Nie. To jest prawo do wyboru. Każdy ma prawo nie chcieć być leczony. I każdy ma prawo umrzeć bez uporczywego ratowania.
Ale mają wybór. Decydują się na to, by korzystać ze zdobyczy medycyny, albo rezygnują z tego i nie idą do lekarza, kiedy coś ich boli. Ostateczna decyzja zawsze należy do człowieka.
Chciałbym, żeby tak samo było w tym ostatnim momencie, kiedy już samemu nie można nic powiedzieć. Temu właśnie w moim wyobrażeniu służyłyby testamenty życia.
Diabeł tkwi w szczegółach. To powinno zostać dokładnie opisane w prawie.
Prawo powinno wyliczyć, co ma się znaleźć w testamencie życia, żeby był to dokument skuteczny. Nie wyobrażam sobie więc, żeby skutecznym dokumentem była karteczka, na której jest
napisane: nie ratować, kiedy będę nieprzytomny. Ale: nie ratować, kiedy będę nieodwracalnie nieprzytomny - już tak. Chodzi o to, że ludzie mogą przewidzieć niektóre sytuacje. Człowiek,
który ciężko choruje może wyobrażać sdobie różne scenariusze, wie, co jest dla niego nie do zniesienia i to może dokładnie opisać w testamencie. Albo ktoś, kto uprawia sporty ekstremalne,
jest kierowcą rajdowym czy alpinistą, może przewiedzieć, że nie chce być ratowany, kiedy będzie trwale nieprzytomny po upadku ze skały.
Nie. Chodzi tylko o to, żeby przygotowanie takiego dokumentu nie było kaprysem. I żeby on sam nie budził żadnych wątpliwości, bo to przecież bardzo poważna sprawa. Testament ma służyć
pacjentowi, żeby uchronić go przed niechcianą uporczywą terapią, dać mu gwarancję, że jego życie potoczy się w tej ostatecznej chwili tak, żeby jemu było lepiej . Ale ma też pomóc
lekarzowi, który powinien bez cienia wątpliwości zidentyfikować, czego nie chce człowiek, którego on ratuje.
*dr Paweł Łuków jest filozofem i etykiem z Uniwersytetu Warszawskiego