Rozbolała mnie głowa i wciąż nie przestaje boleć.
Grand Press to marzenie każdego dziennikarza i olbrzymi sukces. Ale z drugiej strony czuję się jakby mi ktoś założył 10-kilogramowe buty. To również balast. Teraz każda moja wpadka będzie
jeszcze bardziej widoczna, a każdy błąd wytykany ze zdwojoną siłą.
Myślę, że to nagroda za własny styl. Oczywiście, że dziennikarze telewizyjni są uprzywilejowani, bo pracując w telewizji łatwiej zostać "znaną gębą". Ale przecież
Grand Press to nie jest konkurs na fajną i "sympatyczną gębę", tylko na to, co się za nią kryje.
Rzeczywiście miłość czasami zabija, a przesadne głaskanie dziennikarza może go dobić. Każdy prawdziwy dziennikarz, w ogóle każdy człowiek - musi mieć przeciwników. I zapewniam, że ja
też takich mam. Ja nie pracuję po to, żeby być lubianym. Nie na tym polega dziennikarstwo.
Na dociekaniu prawdy, wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. W każdej sprawie i w rozmowie z każdym. Dociskanie polityków w miejscach, w których nie lubią być dociskani. I nie ma dla mnie
znaczenia, czy ktoś zareaguje gniewem na moje pytanie. Nie jest najważniejsze żeby w programie było fajnie.
I bardzo się z tego powodu cieszę. Gdzie jest napisane, że rozmowa z politykami o ważnych sprawach ma być ponura, nudna i mało emocjonująca? Niedzielne przedpołudnie to wyjątkowa pora, ze
swoim własnym klimatem. Bardziej śniadaniowo, bardziej na luzie, i bez sztywniactwa. Wymyśliłem format, który chwycił. Ludzie chcą oglądać polityków również w takiej konwencji. Poza tym
robię także w publicystyce nieco cięższego kalibru, prowadzę wieczorny magazyn "24 godziny"! Tam już nie jest tak miło i nie jestem taki uśmiechnięty.
Nie umawiałem się z nim na ten łeb. Mam takiego pecha - albo szczęście - że jak już Janusz Palikot do mnie przychodzi, to coś przynosi albo wali prostu z mostu. To u mnie zapalił znicz
Romanowi Giertychowi, w moim programie nazwał prezydenta chamem. Telewizja kocha wyraziste postaci, to one przykuwają uwagę, to one wywołują emocje.
Wbrew pozorom nie należy traktować Janusza Palikota jak wariata. Warto go uważnie słuchać i oddzielać "gadżetologię stosowaną", która służy jego kreacji, od tego co
mówi o Platformie, o premierze i ministrach. Stać go na szczerość. Proszę sobie przypomnieć ile było historii, o których nikt inny z PO nie odważyłby się powiedzieć.
Sporo. Na przykład Janusz Palikot jest świetnym barometrem notowań poszczególnych ministrów. Kiedy mówi o kimś nienajlepiej, wkrótce okazuje się, że ten ma rzeczywiście kłopoty. Często
chlapie, ujawniając smaczne szczegóły wewnętrznego życia Platformy. Jednak teraz stoi chyba nad przepaścią politycznego niebytu. Z każdą kolejną prowokacją staje się coraz bardziej
przewidywalny. Z nim jest trochę jak z narkotykami. Na początku wystarczają miękkie, ale później aby osiągnąć efekt - sięga się po coraz twardsze. Pytanie, czy nie przeholuje.
Niektórzy z nas w pewnym momencie z dziennikarzy zamienili się w polityków. I dlatego otwarcie i bez poczucia wstydu stawali po jednej stronie politycznego sporu, a to jest najgorsze co może
zrobić dziennikarz. Stać się dziennikarzem partyjnym. Ja się dawno z tego wyleczyłem. I staram się unikać takich klimatów. Dlatego z zasady nie podpisuję listów otwartych, które często
są polityczną demonstracją sygnatariuszy.
Każdy dziennikarz powinien być niczym samotny wilk, chodzić własnymi ścieżkami. Nie należę do żadnego środowiska, ani do żadnej dziennikarskiej partii. Łatwe to nie jest, bo czasami
dostaje się po głowie. Ale ja wolę być oceniany za to, co robię w telewizyjnym studiu, a nie za to pod czym się podpisałem, czy z kim chodzę na obiad.
Wręcz przeciwnie, jestem z tego powodu szczęśliwy.