Dziennik Gazeta Prawana logo

Pomocnik esbeków opluł Wildsteina

17 lutego 2009, 13:33
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Piotr Zaremba
Piotr Zaremba/Inne
Lekarz, który orzekł w 1977 roku, że Stanisław Pyjas spadł ze schodów, pisze dziś, że do śmierci krakowskiego studenta mógł się przyczynić Bronisław Wildstein - przyjaciel Pyjasa, a dziś publicysta "Rzeczpospolitej". To diaboliczny zamysł uczynienia z ofiar podejrzanych - pisze o oskarżeniach Zdzisława Marka publicysta DZIENNIKA Piotr Zaremba.

Komentator powinien unikać takich sformułowań, jak "podłość" czy "draństwo". Ale czasem innych słów znaleźć nie sposób. Nie tak dawno bezwzględny morderca, sprawca zbrodni na tle seksualnym, pozwał przed sądem rodziców swojej ofiary, bo nazwali go psychopatą. Jakimi słowami to opisywać? Teraz z kolei .

>>> Skandaliczna teoria o Wildsteinie i Pyjasie

Mowa o profesorze Zdzisławie Marku, krakowskim lekarzu, który w 1977 roku zaświadczał, że krakowski student Stanisław Pyjas nie padł ofiarą morderstwa. Dziś posuwa się do tego, że próbuje wmieszać w sprawę Bronisława Wildsteina. Wildstein, człowiek, który przez lata kołatał do wymiaru sprawiedliwości ,aby wyjaśniono sprawę zabójstwa jego przyjaciela, jest opisywany we właśnie wydanej książce profesora Marka - nie wprost, ale aluzjami - jako ktoś, kto mógł się przyczynić do śmierci Pyjasa. Nic się w tych twierdzeniach nie zgadza - w tekście Marka pada sugestia, że Wildstein po śmierci przyjaciela musiał szybko wyjeżdżać z kraju, choć wyjechał w 4 lata później, biorąc wcześniej walny udział w organizowaniu krakowskiej opozycji. No ale nie chodzi o precyzję. Chodzi o diaboliczny zamysł uczynienia z ofiar podejrzanych.

Sprawa tajemniczej śmierci Pyjasa wstrząsnęła w latach 70. Krakowem. Marek, wtedy szef Zakładu Medycyny Sądowej, orzekł wbrew świadectwom między innymi Wildsteina, który widział zwłoki ze śladami pobicia, że Pyjas spadł ze schodów. Sprawa była tematem kilku śledztw dziennikarskich (ostatniego utrwalonego w TVN-owskim filmie "Trzech kumpli"), z których wynikało, że w sprawę wmieszana była komunistyczna tajna policja - Służba Bezpieczeństwa. Nie przeszkadzało to Markowi powtarzać swoje twierdzenia o wypadku, a nawet zadawać ciosy ludziom z otoczenia ofiary. W 1993 roku wygrał nawet proces cywilny z Wildsteinem. Teraz idzie dalej. Ktoś, kto powinien szukać zapomnienia w mysiej dziurze, szuka rozgłosu.

Warto przypomnieć jeszcze jeden, może mniej znany fakt. Reputacji profesora Marka w latach 90. bronił mecenas, a obecnie poseł lewicy i bywalec krakowskich salonów Jan Widacki. Specjalnie przyjechał do Krakowa z Wilna, gdzie był ambasadorem, aby świadczyć przed sądem o jego "nieskazitelnym charakterze". Pokaż mi twoich przyjaciół, a powiem ci, kim jesteś. Może i krakowskie salony powinny się nad tym zastanowić.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj