Teraz po kolei: proces wytoczył Jarosław Kaczyński, bo Niesiołowski stwierdził, że książka "Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" powstała z inspiracji lidera PiS.
Jak to w procesach bywa, Kaczyński zarzeka się, że niczego nie inspirował. Niesiołowski się upiera, a obaj autorzy twierdzą, że nikt na nich nie wpływał.
Być może by wygrał, gdyby o inspirowanie oskarżył swojego najserdeczniejszego przyjaciela, czyli Andrzeja Czumę. Obecny minister sprawiedliwości kilka miesięcy temu żarliwie bronił autorów książki o Wałęsie. Bronił, gdy cała postępowa (czyli antypisowska) część naszej sceny politycznej, w tym Niesiołowski, wieszała na nich psy.
Niesiołowski powinien więc oskarżyć Czumę. Ale mógłby to zrobić wtedy, gdyby Czuma był posłem PiS (niewiele brakowało, by tak się stało). Albo gdyby to Niesiołowski był w PiS, a Czuma w PO (to mniej prawdopodobne, bo Kaczyński bardzo nie chciał Niesiołowskiego w swojej partii).
Niesiołowski pewnie doskonale sam zna elastyczność własnego kręgosłupa. To postać także wielce elastyczna. I jakże charyzmatyczna. Wprawdzie niebędąca tytanem intelektu, ale w współczesnym polskim życiu partyjnym nie można tego traktować jako zarzutu.