Autorzy nie spostrzegli najwyraźniej światowego kryzysu, nie przejęli się ani cięciami w budżecie, ani problemami z przezbrojeniem wojska. Jedno jest pewne - za dziewięć lat z pewnością nie będziemy mieli armii opisanej w programie.

Reklama

Oto niektóre marzenia sztabowców. Kupimy bezzałogowe samoloty rozpoznawcze, śmigłowce różnorakiego przeznaczenia, bojowe wozy piechoty z bezzałogowymi systemami wieżowymi, nowoczesną broń strzelecką, granatniki automatyczne, celowniki. Wyposażymy żołnierzy w zintegrowany indywidualny system walki. To skomplikowana aparatura pozwalająca obserwować pole bitwy, wzywać wsparcie oraz koordynować działania. Zaopatrzymy się także w mobilne zastawy przeciwlotniczej broni rakietowej (np. Patriot). Wspaniałe plany. Za co jednak MON zamierza kupić wojenne wyposażenie na miarę XXI wieku?

Po cięciach budżetowych armia nie odbiera zamówionych rosomaków, na które czekają oddziały w Afganistanie. Żołnierze dojeżdżają na ćwiczenia wynajętymi autokarami, bo tak taniej niż armijnimi ciężarówkami. Gdyby nawet kryzys minął po roku, nasze PKB nie skończy w górę na tyle, by budżet Rzeczypospolitej podołał potrzebom sztabowców. Doświadczenia z przeszłości także nie napawają optymizmem. Owszem, mamy F-16, ale ile było problemów z ich awariami. Zdarzało się, że jedna trzecia maszyn stała niezdolna do lotu. Nie możemy się doczekać wysłużonych herculesów, a bez nich nie mamy transportowców, które zaspokajałyby nasze potrzeby. Wątpliwe, by powstała w Polsce baza tarczy antyrakietowej, nie dotaniemy zatem także baterii Patriot.

W dokumencie niepokoją także generalne założenia. Jak ocenia sztab generalny, w perspektywie długoterminowej zagrożenia dla bezpieczeństwa granic RP będą utrzymywały się na niskim poziomie. Wzrośnie za to zagrożenie terroryzmem. Do 2018 roku będziemy mieli 100 tysięcy zawodowych żołnierzy i 20 tysięcy w Narodowych Siłach Rezerwowych. Dokument nie wspomina o siłach obrony terytorialnej. Gdyby sprawy poszły gorzej, niż zakłada MON, Polski broniłoby 120 tysięcy przeszkolonych żołnierzy oraz masa poborowych, którzy wcześniej nie mieli broni w ręku. To za mało na tak rozległe terytorium.

Polska potrzebuje dobrze wyposażonej armii do obrony naszych granic. Gotowość do działań za morzami powinna stać na drugim miejscu. Skoro brakuje pieniędzy, trzeba je wydawać tak, by w maksymalnym stopniu zaspokoić te wymagania. Z projektu wyłaniają się jednak inne priorytety. Ideałem byłby skomputeryzowany robocop zintegrowany ze śmigłowcem i wyrzutnią rakiet. Taki wojak wystraszy talibów, ale czy obroni Polskę przed siermiężną ruską armią? Zresztą, nigdy nie powstanie, bo zabraknie nań pieniędzy.