Całkiem nieoczekiwanie kanclerz Angela Merkel podała właśnie w wątpliwość sens przyjęcia do Unii sześciu krajów Bałkanów Zachodnich, bez entuzjazmu podtrzymując jedynie unijną perspektywę dla Chorwacji („mamy na oku zakończenie rozmów z tym krajem”). Argumentem ma być potrzeba „konsolidacji Unii” po traktacie lizbońskim. Niespodzianką jest skala niemieckiego oficjalnego eurosceptycyzmu. Merkel była bowiem dotąd jedynym z przywódców unijnych mocarstw, wiążącym mocno kwestię wolności i pokoju na Bałkanach z ideą południowego rozszerzenia. Z takim przesłaniem występowała na przykład w ubiegłym roku w Gdańsku wespół z premierem Tuskiem. Przez całe lata zresztą uważaliśmy, że kto jak kto, ale Niemcy rozbudowują świadomie swoje europejskie wpływy metodą politycznego „Drang nach Osten und Sueden”. Więc w swoim interesie muszą chcieć w Unii tak Polski, jak i zachodnich Bałkanów.

Reklama

Parę dni wcześniej Niemcy rozpętały inny wewnątrzeuropejski zatarg - gdy pani kanclerz zakwestionowała ideę unijnego wsparcia finansowego dla projektu europejskiego gazociągu Nabucco. Przy czym - wbrew pozorom - w tym sporze idzie tylko o politykę, a nie o unijne pieniądze. Komisja Europejska zaproponowała bowiem minimalną dotację dla tego projektu (250 mln, wobec 8 mld euro kosztów inwestycji), jedynie aby zwiększyć bezpieczeństwo uzyskiwanych na ten cel w przyszłości kredytów bankowych. Co ciekawe, Merkel powtórzyła publicznie argument wielokroć wcześniej podnoszony przez Putina. Mówiła: „Dla Nabucco trzeba szukać nie inwestorów, ale gazu”. Sednem tej argumentacji jest wiara, że prawdziwy gaz można dostać tylko od Rosji, a gaz z Azerbejdżanu albo Iraku czy Iranu to iluzja amerykańskich, polskich i - o dziwo - także czeskich rusofobów. Jest to więc argument mający wspierać zależność gazową Europy od Rosji niemal jako zrządzenie Opatrzności.

W obu sprawach Niemcy jadą na kontrze wobec Brukseli i unijnych władz. Nie jest rzeczą zwyczajną w unijnych obyczajach, aby brukselscy komisarze otwarcie polemizowali z kanclerzem Niemiec. Tym razem odpowiedzialny za rozszerzenie komisarz Olli Rehn sprzeciwił się zamknięciu Unii dla Bałkanów, wprost wytykając Merkel, że żaden traktat lizboński ani żadna „konsolidacja” nie ma tu nic do rzeczy. Zaś gdy idzie o gazociąg - szef Unii Mirek Topolanek uznał niedawno, że Nabucco jest warunkiem zarówno gospodarczej prosperity, jak i politycznej niezależności Europy. Nie jest jasne do końca ostateczne stanowisko Komisji w sprawie owej symbolicznej kwoty 250 milionów. Ciekawe, że media rosyjskie rozprzestrzeniają z satysfakcją wiadomość, jakoby Komisja po cichu uległa już presji niemieckiej dyplomacji. Wiemy natomiast, że niezależnie od ostatecznej treści wniosku Komisji Topolanek wraz z Tuskiem, mając poczucie sukcesu po ostatniej Radzie Europejskiej, i tym razem szykują się do boju. Tyle że tamtym razem mieli Niemców za sobą, a dzisiaj przeciw. I o tyle trudniej będzie o jakiekolwiek powodzenie.

W obliczu gospodarczego kryzysu, który dotyka Niemcy mocniej niźli większość krajów Unii, Berlin coraz bardziej wyrzeka się kohlowskiego europejskiego idealizmu. I częściej niż dotąd wybiera politykę defensywną, zamkniętą na świat i skoncentrowaną na pilnowaniu własnego nosa. Świadom zaś swojej potęgi zachowuje się w Unii jak zmęczony dinozaur. Oba przypadki są tego dobrym przykładem. W żadnym z nich – poza własną siłą i własnym uporem – Berlin nie ma jakichkolwiek poważnych argumentów. I wbrew oczywistemu interesowi Europy w obu może wygrać.