Magdalena Środa: Absolutnie nie. „Niezależność” straciłam dawno temu, gdy - zapewne zupełnie przypadkiem - zaczęto prosić mnie o komentarze i stałam się osobą publiczną. Straciłam ją również wtedy, gdy zostałam ministrem w rządzie Marka Belki. Gdy przeszłam chrzest bojowy, osaczona przez prasę po wypowiedziach ze Sztokholmu. Ja zresztą nigdy nie byłam zamknięta w świecie akademickim. Mam społeczny temperament. Działałam w „Solidarności” (tej dawnej), w ruchach feministycznych, strajkowałam, manifestowałam, gadałam, komentowałam, krytykowałam. Zwłaszcza okropny czas rządów PiS spowodował, że zrozumiałam, że nie można być biernym, że nie tylko trzeba przeciwstawiać się autorytaryzmowi i zaściankowości, ale tworzyć wizje Polski otwartej, wykształconej, tolerancyjnej. I nie rozumiem, skąd to porównanie z dr. Migalskim? Pan doktor nie lubi uniwersytetu, gdzie pracuje z racji jego PRL-owskich korzeni, miał kłopoty z habilitacją, więc ucieka w politykę i to do PiS, gdzie sporo jest takich uciekinierów. Ziobro też nie dostał się na aplikaturę adwokacka, więc poszedł do polityki. Ja jestem profesorem i nie zamierzam poza tym rozstać się z uniwersytetem.
Zna pan sposób wejścia na listy wyborcze poza polityką? Nie wchodzę do żadnej partii, raczej wzmacniam to ugrupowanie, którego zestaw wartości i pewna wizja Europy mi odpowiada. Uważam
ponadto, że dobrym pomysłem jest, by intelektualiści, zwłaszcza ci, którzy są niezależni - bo habilitacja i profesura to niezależność akademicka - uczestniczyli w życiu publicznym, a nie
tylko kontestowali je. Najlepszą kadencją polskiego parlamentu była ta wybrana w 1989 r. i wspierająca rząd Mazowieckiego, kiedy wielu profesorów i ludzi spoza polityki zdobyło mandaty
posłów i senatorów.
Znam bardzo dobrze ten parlament i wiem, na co się decyduję. To jest polityka dużego formatu, więcej w niej debat o charakterze niemal naukowym niż przepychanek o charakterze czysto politycznym.
Pracuje się tam również nad wizją przyszłej wspólnej Europy, a to praca intelektualna. I dlatego tak strasznie marginalizowani są tam polscy prawicowi, zaściankowi politycy, a tych jest
przecież większość. Poza tym startuje w wyborach głównie z powodu kobiet, by pokazać im, że warto i że trzeba aktywizować się politycznie, bo inaczej nie tylko produkcją, ale i
reprodukcją będą rządzić wyłącznie mężczyźni. Mężczyźni dominują w polskiej polityce, na rynkach pracy, w domach i decydują - politycznie - o naszym macierzyństwie i zdrowiu. Takiego
ubezwłasnowolnienia kobiet nie ma w całej Europie. I to trzeba zmienić.
Moim priorytetem jest równość. Rzeczywista równość szans oraz możliwości kobiet i mężczyzn. Ale również pewna wizja silnej zjednoczonej Europy, zbudowanej na takich wartościach, jak:
pluralizm, tolerancja, laickość, aktywne obywatelstwo.
Ależ skąd. Nie zamierzam tego robić ani nikt również nie zamierzał mnie do jakiejkolwiek partii wciągać.
Miedzy innymi Dariusz Rosati, którego osobiście bardzo cenię i którego praca w Parlamencie Europejskim jest bardzo wysoko oceniana. Niemałą pracę nade mną wykonała Agnieszka Grzybek, szefowa
Zielonych, przede wszystkim jednak różne kobiety, z którymi się spotykam, które namawiam na politykę i które coraz częściej mnie pytały: a pani? Dlaczego pani trzyma się na uboczu?
To formacja na tyle spluralizowana i pozbawiona autorytaryzmu, że dobrze się w niej czuję, będąc absolutnie spoza. Jest to formacja proeuropejska, ale nie tylko w sensie ekonomicznym jak PO, ale
w sensie nowoczesnym; chodzi nie tylko o korzyści i bezpieczeństwo, ale o wartości wspólnotowe, o nową Europę i nowoczesną wizję obecności w niej Polski. Jednocześnie w formacji tej mam
Zielonych, którzy przestrzegają parytetu i mają dobry program „zielonej Europy”, to jest Europy zbudowanej na standardach ekologicznych. Jest Unia Wolności, czyli Partia
Demokratyczna, z którą czuję się historycznie i sentymentalnie związana. Jej szefową jest kobieta. To też ważne.
Kryzys odsłonił w jak bardzo patriarchalny sposób jest skonstruowana Europa. Obecny kryzys jest kryzysem, który najbardziej dotknie mężczyzn, bo to oni dominują w najważniejszych sektorach
gospodarki takich jak finanse, motoryzacja, budownictwo i to męski sposób zarządzania, nastawiony na szybki zysk i wysoką konkurencyjność spowodował załamanie gospodarki. Moim zdaniem gdyby w
sektorach tych było więcej kobiet, więcej kobiecego sposobu zarządzania, do kryzysu by nie doszło. W Europie prowadzi się obecnie wiele dyskusji związanych z płciowym postrzeganiem
gospodarki, kryzysu i jego konsekwencji. Poważne pismo, jakim jest "Financial Times", skomentowało kryzys w Islandii uwagą, że gdyby w finansach dominowały kobiety, do kryzysu
mogłoby nie dojść. Warto zwrócić uwagę, że w życiu codziennym kobiety znacznie bardziej rozsądnie podchodzą do kredytów, biorą je z reguły wtedy, gdy są pewne, że mogą je spłacić.
Patriarchalna gospodarka wspiera się na patriarchalnej polityce, gdzie rządzą mężczyźni, to jest szczególnie widoczne w Polsce. W Europie zrodziła się już dawno temu idea demokracji
parytetowej. Trzeba ją wzmacniać.
To jest nasza ważna szansa i Polska powinna być krajem pomostowym. Tylko powinniśmy robić to w sposób inteligenty. Pokazywać się jako przestrzeń do pewnych negocjacji, a nie jako skarlały
lew, który rzuca się na Rosję, bo taka polityka wydaje mi się kompletnie bezsensowna. Zauważam niestety, jak od jakiegoś czasu Polska się marginalizuje w Europie. Jesteśmy postrzegani jako
kraj dziwaczny, kraj fundamentalizmu religijnego, gdzie rządzą księża, gdzie politycy słyszą krzyk zamrażanych zarodków, a nie widzą krzywd kobiet; gdzie ciągle tli się zarzewie
autorytaryzmu. Przede wszystkim jednak widzą nas jako kraj bardzo silnie proamerykański, a niektórzy wręcz zastanawiają się, czy był sens rozszerzać UE o Polskę.
Nie wiem, o kim pan mówi. Oburzenie w świecie wywołują raczej politycy konserwatywni, katoliccy tacy jak Giertych czy posłanka Tomaszewska. Zdziwienie wywołują zwolennicy mianowania Jezusa na
króla Polski czy panowie, którzy robią politykę na obronie zarodków.
Jeśli chodzi o mnie, to zapewne moje niektóre opinie budzą zdziwienie w naszym zaściankowym kraju. Kiedy jednak to samo głoszę w Europie, to moje poglądy są tak oczywiste, że nawet nie ma co
ich dyskutować. Polityka równościowa, prawa kobiet, parytet, tolerancja, walka z wykluczeniem, zmiana kryteriów w mainstreamie politycznym, polityka socjalna - to wszystko są pewne
oczywistości. Problemem jest praktyka. W Polsce sprawy te są zupełnie nieobecne, w wyborach nie ma kwot, w miastach nie ma żłobków, nikt nie zajmuje się nierównościami między zarobkami
kobiet i mężczyzn, nikogo nie dziwi, że to biskupi decydują o rozrodczości itd. Z pewnego punktu widzenia jesteśmy w Europie kuriozum.
Z całą pewnością, bo albo osuniemy się w jakieś średniowiecze, albo przezwyciężymy to i staniemy się państwem postępowym, nowoczesnym, wykształconym. A tego nie da się zrobić bez
lewicy.
Nie, tam jest po protu dużo kobiet, a dla mnie będzie ważne, że przy okazji kampanii wyborczej będę tam prowadzić debaty z kobietami. Traktuje to jako ważną lekcję.
Nie oceniam, chce startować i cieszę się na spotkania w Łodzi.