.
Antoni Dudek*: Polska jest krajem, w którym jest wolność słowa i każdy może wydawać, co mu się podoba. Każdy może oczywiście również ponieść konsekwencje tego, co napisze. Jednak w tym
momencie Lech Wałęsa nie zamierza wytoczyć Pawłowi Zyzakowi procesu, a przecież w każdym normalnym przypadku, jeżeli ktoś uważa się za pokrzywdzonego, idzie z tym do sądu. Inną sprawą
jest, jak takie sprawy w Polsce przebiegają, że ciągną się latami, ale jest to przecież tylko problem niewydolności wymiaru sprawiedliwości. Dlatego poza tym to, co dzieje się wokół tej
książki, jest polityką.
Moim zdaniem publikacja ta z nadwyżką spełnia standardy pracy magisterskiej, bo nie spotyka się w Polsce 700-stronicowych prac magisterskich. A to, że pan Celiński się strasznie oburza na
autora, że wybrał nie te fragmenty jego wypowiedzi, które ten by chciał, jest odwiecznym problemem, sporem pomiędzy historykiem, a osobą udzielającą relacji. Często jest tak, że takiej
osobie nie podoba się to, co ze złożonej relacji ostatecznie znalazło się w dziele historyka. I jest to zjawisko powszechne. Można się oczywiście nie zgadzać z jego podglądami, z
zastosowaną narracją. Mnie osobiście nie podoba się umieszczanie w pracy relacji anonimowych osób. Gdyby ode mnie zależało, to zasugerowałbym autorowi usunięcie ich z pracy, ponieważ coś,
co jest dopuszczalne w dziennikarstwie śledczym, jest niedopuszczalne w pracy naukowej, która wymaga źródła identyfikowalnego dla czytającego. Nie zmienia to faktu, że mamy wprowadzać
ograniczenia co do tematów podejmowanych badań czy sposobu przedstawiania ich wyników.
Tylko wtedy, gdy naruszy się dobre imię jakiejś osoby. Tymczasem Lech Wałęsa nie zapowiada wytoczenia procesu panu Zyzakowi, ale domaga się ustanowienia jakiejś quasi-prokuratury, której
zadaniem będzie zajmowanie się interpretacją jego życiorysu. A co z innymi osobami, których biografie są również badane?
Rzeczywiście to sam Lech Wałęsa od kilku lat, głównie poprzez swoje wypowiedzi, wywołuje zamieszanie wokół swojej osoby. Ta książka zostałaby pewnie nie zauważona, gdyby nie oświadczenia
samego Wałęsy, który wytoczył najcięższe armaty, podsycając jednocześnie zainteresowanie swoją przeszłością. Gdyby milczał, pewnie to zainteresowanie byłoby dużo mniejsze.
W sensie politycznym, bo w tym sporze to jest w istocie najważniejsze, jest uderzenie w braci Kaczyńskich, którzy jak wiadomo, są głęboko skonfliktowani z Wałęsą. I teraz każda krytyka
Wałęsy jest niestety odbierana jako działanie sprzyjające PiS.
W związku z tym spór mobilizuje wszystkich oponentów Kaczyńskich, wszystkich, którzy z PiS walczą, a więc od Platformy po lewicę. Rzeczywiście wywołuje to dosyć zabawne sytuacje, gdy pan
Szmajdziński stoi w awangardzie obrońców Lecha Wałęsy. Podobnie komicznie wygląda to w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego czy "Gazety Wyborczej". Liderzy lewicy starają
się tłumaczyć, że bronią Wałęsę jako przywódcę „Solidarności”, a nie prezydenta, którego politykę krytykowali. Jednak jest to robienie dobrej miny do złej gry i
ukazuje stadność polskiego życia politycznego, kompletne rozchwianie i niekonsekwencję w postawach dzisiejszych polityków. W rzeczywistości jest to więc konflikt między PiS a resztą sceny
politycznej.
Dla mnie wypowiedź premiera była nie do przyjęcia. Po pierwsze oczekuję od premiera rządu, że w sytuacji kryzysu gospodarczego będzie zajmował się ważniejszymi problemami niż biografia
Lecha Wałęsy. Po drugie czy gdy np. pracownik Uniwersytetu Warszawskiego napisze kolejną krytyczną książkę o Wałęsie, to premier Tusk będzie groził tej uczelni obcięciem dotacji, bo
przecież są to również instytucje utrzymywane z budżety państwa? To pytanie zadałem publicznie i liczę, że premier się do niego odniesie. Będąc szefem rządu, powinien się zastanowić
nad konsekwencjami tego, co mówi, bo jego deklaracja o ograniczeniu pieniędzy dla IPN jest bardzo poważną sprawą z punktu widzenia funkcjonowania państwa.
Mnie również nie podoba się to, że IPN nie wydał dotąd pełnej biografii Wałęsy. Nie zgadzam się jednak, że Instytut nie powinien wspierać wolności badań naukowych. Przeciwnie, należy
godzić priorytety polityki państwa z wolnością badań naukowych.
W IPN staramy się to łączyć, ponieważ każdy pracownik pionu naukowego realizuje swojej osobiste projekty badawcze, a do tego uczestniczy w szerszych projektach naukowych, które realizują
politykę Instytutu, a przez to politykę historyczną. Te cele określają prezes oraz Kolegium IPN. Osobiście wolałbym, by Kolegium było znacznie szersze i politycznie pluralistyczne, gdy niemal
w całości złożone jest z ludzi desygnowanych tam przez dawną koalicję PiS - Samoobrona - LPR. Pytanie jest jednak, gdzie ma być to centrum decyzyjne i kto ma być odpowiedzialny za określanie
kierunków polityki historycznej. Rzeczywiście mamy całe mnóstwo podmiotów, począwszy od prezydenta i premiera, a skończywszy na Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ale nie ma
jakiegoś ciała koordynującego, które próbowałoby pewne rzeczy uzgadniać.
*Antoni Dudek, politolog, historyk, pracownik Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Badacz dziejów PRL, a także historii Polski po 1989 roku. Od 2001 roku pracownik IPN