Maciej Walaszczyk: To dobrze, że ukazała się kolejna biografia historycznego przywódcy „Solidarności”? Po raz drugi z tego samego powodu rozpętuje się burza ostrych politycznych komentarzy, oponenci historyka nie przebierają w słowach.
Antoni Dudek*: Polska jest krajem, w którym jest wolność słowa i każdy może wydawać, co mu się podoba. Każdy może oczywiście również ponieść konsekwencje tego, co napisze. Jednak w tym momencie Lech Wałęsa nie zamierza wytoczyć Pawłowi Zyzakowi procesu, a przecież w każdym normalnym przypadku, jeżeli ktoś uważa się za pokrzywdzonego, idzie z tym do sądu. Inną sprawą jest, jak takie sprawy w Polsce przebiegają, że ciągną się latami, ale jest to przecież tylko problem niewydolności wymiaru sprawiedliwości. Dlatego poza tym to, co dzieje się wokół tej książki, jest polityką.

Reklama

A jak pan ocenia książkę Pawła Zyzaka?
Moim zdaniem publikacja ta z nadwyżką spełnia standardy pracy magisterskiej, bo nie spotyka się w Polsce 700-stronicowych prac magisterskich. A to, że pan Celiński się strasznie oburza na autora, że wybrał nie te fragmenty jego wypowiedzi, które ten by chciał, jest odwiecznym problemem, sporem pomiędzy historykiem, a osobą udzielającą relacji. Często jest tak, że takiej osobie nie podoba się to, co ze złożonej relacji ostatecznie znalazło się w dziele historyka. I jest to zjawisko powszechne. Można się oczywiście nie zgadzać z jego podglądami, z zastosowaną narracją. Mnie osobiście nie podoba się umieszczanie w pracy relacji anonimowych osób. Gdyby ode mnie zależało, to zasugerowałbym autorowi usunięcie ich z pracy, ponieważ coś, co jest dopuszczalne w dziennikarstwie śledczym, jest niedopuszczalne w pracy naukowej, która wymaga źródła identyfikowalnego dla czytającego. Nie zmienia to faktu, że mamy wprowadzać ograniczenia co do tematów podejmowanych badań czy sposobu przedstawiania ich wyników.

Istnieją jednak pewne ograniczenia prawne czy nawet ustawowe.
Tylko wtedy, gdy naruszy się dobre imię jakiejś osoby. Tymczasem Lech Wałęsa nie zapowiada wytoczenia procesu panu Zyzakowi, ale domaga się ustanowienia jakiejś quasi-prokuratury, której zadaniem będzie zajmowanie się interpretacją jego życiorysu. A co z innymi osobami, których biografie są również badane?

Nie odnosi pan wrażenia, że Lech Wałęsa sam wywołał zainteresowanie swoją osobą? Jego oficjalna biografia wydaje się być trochę zmistyfikowana - stąd pojawiły się próby demistyfikacji.
Rzeczywiście to sam Lech Wałęsa od kilku lat, głównie poprzez swoje wypowiedzi, wywołuje zamieszanie wokół swojej osoby. Ta książka zostałaby pewnie nie zauważona, gdyby nie oświadczenia samego Wałęsy, który wytoczył najcięższe armaty, podsycając jednocześnie zainteresowanie swoją przeszłością. Gdyby milczał, pewnie to zainteresowanie byłoby dużo mniejsze.

Ale głośno o historii debatują politycy. Lecha Wałęsy, bronią ci, którzy - pewnie pan to doskonale widzi jako badacz dziejów III RP - stali po dwóch stronach politycznego sporu i atakowali Wałęsę o wiele bardziej brutalnie. On zresztą również nie przebierał w słowach.
W sensie politycznym, bo w tym sporze to jest w istocie najważniejsze, jest uderzenie w braci Kaczyńskich, którzy jak wiadomo, są głęboko skonfliktowani z Wałęsą. I teraz każda krytyka Wałęsy jest niestety odbierana jako działanie sprzyjające PiS.

Mobilizacja jest ostra: Celiński, Kwaśniewski, Olejniczak.
W związku z tym spór mobilizuje wszystkich oponentów Kaczyńskich, wszystkich, którzy z PiS walczą, a więc od Platformy po lewicę. Rzeczywiście wywołuje to dosyć zabawne sytuacje, gdy pan Szmajdziński stoi w awangardzie obrońców Lecha Wałęsy. Podobnie komicznie wygląda to w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego czy "Gazety Wyborczej". Liderzy lewicy starają się tłumaczyć, że bronią Wałęsę jako przywódcę „Solidarności”, a nie prezydenta, którego politykę krytykowali. Jednak jest to robienie dobrej miny do złej gry i ukazuje stadność polskiego życia politycznego, kompletne rozchwianie i niekonsekwencję w postawach dzisiejszych polityków. W rzeczywistości jest to więc konflikt między PiS a resztą sceny politycznej.

W sprawie biografii Wałęsy oficjalne stanowisko zajął nawet premier Tusk.
Dla mnie wypowiedź premiera była nie do przyjęcia. Po pierwsze oczekuję od premiera rządu, że w sytuacji kryzysu gospodarczego będzie zajmował się ważniejszymi problemami niż biografia Lecha Wałęsy. Po drugie czy gdy np. pracownik Uniwersytetu Warszawskiego napisze kolejną krytyczną książkę o Wałęsie, to premier Tusk będzie groził tej uczelni obcięciem dotacji, bo przecież są to również instytucje utrzymywane z budżety państwa? To pytanie zadałem publicznie i liczę, że premier się do niego odniesie. Będąc szefem rządu, powinien się zastanowić nad konsekwencjami tego, co mówi, bo jego deklaracja o ograniczeniu pieniędzy dla IPN jest bardzo poważną sprawą z punktu widzenia funkcjonowania państwa.

Jan Rulewski czy Tomasz Nałęcz podkreślają, że IPN powinien realizować politykę państwową w odniesieniu do badań historycznych i elementem takiej polityki nie powinno być jednostronne roztrząsanie biografii Wałęsy, pewnego symbolu narodowego. Tomasz Nałęcz przyznaje nawet, że ta państwowa polityka historyczna winna ustąpić w IPN wolności badań naukowych.
Mnie również nie podoba się to, że IPN nie wydał dotąd pełnej biografii Wałęsy. Nie zgadzam się jednak, że Instytut nie powinien wspierać wolności badań naukowych. Przeciwnie, należy godzić priorytety polityki państwa z wolnością badań naukowych.

A jak to wygląda w IPN?
W IPN staramy się to łączyć, ponieważ każdy pracownik pionu naukowego realizuje swojej osobiste projekty badawcze, a do tego uczestniczy w szerszych projektach naukowych, które realizują politykę Instytutu, a przez to politykę historyczną. Te cele określają prezes oraz Kolegium IPN. Osobiście wolałbym, by Kolegium było znacznie szersze i politycznie pluralistyczne, gdy niemal w całości złożone jest z ludzi desygnowanych tam przez dawną koalicję PiS - Samoobrona - LPR. Pytanie jest jednak, gdzie ma być to centrum decyzyjne i kto ma być odpowiedzialny za określanie kierunków polityki historycznej. Rzeczywiście mamy całe mnóstwo podmiotów, począwszy od prezydenta i premiera, a skończywszy na Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ale nie ma jakiegoś ciała koordynującego, które próbowałoby pewne rzeczy uzgadniać.

*Antoni Dudek, politolog, historyk, pracownik Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Badacz dziejów PRL, a także historii Polski po 1989 roku. Od 2001 roku pracownik IPN