: Częściowo tak. Przywództwo Jarosława Kaczyńskiego bardzo osłabło, chociaż wciąż wielu parlamentarzystów tej partii pamięta, że ma on moc decydowania
o ich przyszłości. Więc raczej mówiłbym o głębokim kryzysie przywództwa.
Na pewno widzą tę słabość, widzą ciągły spadek wpływów pisowskich. PiS przypomina trochę Francuską Partię Komunistyczną. Też jest partią, która ma poparcie, wpływy, i to niemałe,
ale nie ma żadnej możliwości zdobycia władzy. Dlatego stawiam tezę, że próg buntu w PiS jest dziś bliższy, niż był kiedykolwiek. Buntu właśnie, bo na reformy wewnętrzne, które mogłyby
to napięcie rozładować, szans nie widać.
Na pewno coraz więcej osób ma świadomość, że PiS nie jest i raczej nie będzie skuteczną alternatywą dla Platformy. Na razie widzą to subtelni komentatorzy polityczni, nie dostrzegają tego
wyborcy partii Jarosława Kaczyńskiego. Ale jeśli kolejne wybory będą przegrane wysoko i jeśli perspektywy reelekcji Lecha Kaczyńskiego będą wyglądały tak słabo jak dzisiaj, to za chwilę
uruchomi się proces zastępowania przez nową siłę PiS w roli centroprawicowej alternatywy. I nie chodzi o tylko punkt widzenia Polski XXI, ktoś to będzie musiał zrobić, bo taka jest logika
życia politycznego. Bo naoczna stanie się nieużyteczność Prawa i Sprawiedliwości i brak odpowiedzi na pytanie, do czego ta partia służy.
Proces, o którym mówię, już się zaczął. Jeśli prezes PiS bardzo szybko nie zmieni metody sprawowania przywództwa, nie zmieni swojego stosunku do ludzi, to będzie on postępował dużo
szybciej, niż ktokolwiek dziś sądzi.
Zapomina pan, że ta formacja miała złoty róg, wygrała wybory prezydenckie i parlamentarne, że ze skuteczności politycznej zrobiła swój sztandar. Tym bardziej że jesteśmy już prawie dwa
lata po wyborach, a sytuacja PiS wygląda coraz gorzej. Kaczyński nie robi nic, by się zmienić.
Nie chciałbym uczestniczyć w jakimś sądzie nad Jarosławem Kaczyńskim. Ma swoje zasługi i talenty. Jego problem polega na tym, że nie umie przezwyciężyć swojej największej wady,
niezdolności do współpracy z ludźmi niezależnymi. Buduje armię, a powinien budować wspólnotę polityczną. To jedyna szansa dla prawicy, za którą nie stoją te siły i te zasoby, które
wspierają PO. Bez tego - powtarzam - nie będzie dla Platformy alternatywą.
Problem w tym, że Platforma i jej rząd nie są formacją ambitną.
Tak, to dobre słowo. Donald Tusk ma słuch społeczny, jest zręczny. Ale jego potęgi nie byłoby bez błędów strategicznych Prawa i Sprawiedliwości, bez tego wszystkiego, co doprowadziło tę
partię do izolacji. PO jest wciąż bardziej anty-PiS-em niż pozytywną, dynamiczną siłą. I w jej interesie leży to, by utrzymywać ten stan rzeczy, ten ostry podział na stateczną Platformę
i niebezpieczne rzekomo PiS. I dlatego potrzebna jest nowa, atrakcyjna alternatywa dla PO - gdy się coś takiego pojawi, ta przewaga zblednie, bo zniknie ten napęd fałszywego, nakręcanego
sztucznie konfliktu.
Choć eksperyment z aniołkami Kaczyńskiego najwyraźniej się nie powiódł.
Gdy PiS powstawało, było wspólnotą, organizmem wielonurtowym, czymś, co mogło przekształcić się w instytucję zdolną do radzenia sobie z kryzysami wewnętrznymi. Skończyło się na
zbudowaniu partii prywatnej i na partii kaprysu. I dziś widzimy efekty. A że polityka nie znosi próżni, to ta alternatywa musi powstać gdzie indziej.
Nie mam pretensji do Platformy, że przesuwa się ku centrum. Mój zarzut dotyczy porzucenia celu, jakim jest ofensywne rządzenie, umocnienie państwa. Jej polityka jest dziś w niewielkim stopniu
związana z tym, co ważne dla obywateli. To jest podobnie anachronicznie, choć mniej widoczne i bardziej eleganckie, jak działania PiS. I Platforma musi się doczekać kontroferty.
Tak. I każda inicjatywa niezależna jest objawem zdrowia, pluralizmu i w warunkach polskich czymś, co osłania niezależnych liderów w samorządzie. Bo ten świat pada ofiarą brutalnej walki
dwóch wielkich partii politycznych.
Jeśli SD będzie partią rozciągającą parasol nad niezależnością samorządu, to istnieje możliwość może nie współpracy, ale na pewno wzajemnego szacunku. Ale oni są centrolewicą, my
centroprawicą. Oni chcą się na PO odgrywać, my - zmieniać reguły polskiej polityki. Bo to, co mnie naprawdę interesuje, to zdolność przekucia 50 procent poparcia społecznego na choćby 50
kilometrów autostrad. Z tym zaś, jak widać, jest dziś duży problem.
Wiem o tym i jestem na to absolutnie odporny. Pamiętam, jak byłem kiedyś gromiony przez ludzi, którzy potem po odejściu z partii Kaczyńskiego komplementowali mnie. Ale jeśli chodzi o kontekst
społeczno-kulturowy, to mam wrażenie, że jest na odwrót, niż myślą w PiS. Ta partia ze swoim zamknięciem na świat nie jest zdolna do aktywnej obrony tego, co nazywamy cywilizacją życia,
patriotyczną kulturą. Nie potrafi i nie umie bronić tego świata, jeśli będzie naprawdę zagrożony.
PiS może swój protest wykrzyczeć, ale nie umie bronić skutecznie ważnych zasad. Także dlatego, że jest zdominowane przez optykę taktyczną, poddającą wszystko sondażom.
Przełomowe znaczenie będą miały wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli różnica między PO a PiS będzie większa niż w roku 2007, to choćby propagandyści PiS mocno się starali,
porażka będzie niemożliwa do ukrycia. A w następnej kolejności - wybory prezydenckie.
Na dziś nie ma szans na reelekcję Lecha Kaczyńskiego. To wymusi zmiany na scenie politycznej. Bo kiedy partia przegrywa kolejne wybory i nic nie zmienia, to u ambitniejszych rodzi się bunt. U
części zaś działaczy wygrywa mały realizm - przekonanie, że niczego się już w kraju i dla kraju nie zrobi, ale że partia to rodzaj przedsiębiorstwa zapewniającego dobre życie. To
napięcie będzie szansą dla nowych inicjatyw.
To projekt rozłożony na lata. Gra zespołowa. Ale nie gramy tak jak 6-, 7-letni chłopcy, gdzie każdy chaotycznie biegnie do piłki w tym samym momencie. Mamy strategię, mamy napastników i
obrońców, mamy też czas.
Kazimierz Michał Ujazdowski, poseł, współtwórca inicjatywy Polska XXI; wicemarszałek Sejmu V Kandencji, minister kultury i dziedzictwa narodowego najpierw w rządzie Jerzego Buzka, a następnie Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego.