W Prawie i Sprawiedliwości wrzenie. Poznań się ruszył i wyszedł z partii na wieść o usunięciu Libickiego. A przecież Libicki nie został, jak Dorn, wyrzucony z partii, i to w atmosferze tabloidowej. Ale zaledwie, w atmosferze powagi i troski, odebrano mu jedynkę na liście gwarantującą wejście do europarlamentu. PiS-owska Bydgoszcz zawrzała na wieść o przesunięciu do nich Czarneckiego, którego obecność na liście do europarlamentu - na miejscu gwarantowanym - sprawi, że dla lokalnych działaczy partii może zabraknąć miejsc stypendialnych w Brukseli.
. Bo wcześniej, kiedy partie przerabiane są na personalne dwory, ale lider rządzi, jest mocny i rozdaje frukta - ma do zaproponowania stanowiska ministrów, wojewodów czy gwarantowane miejsca na listach - wtedy wszyscy są cicho jak na najlepszym azjatyckim dworze. Kiedy na horyzoncie własnej partii nie rysuje się jeszcze żadna apokalipsa, wtedy przeciętny polski partyjny aparatczyk ma duszę dworaka. Zgodzi się na wszystko lub na prawie wszystko. Będzie bez żalu oglądał likwidację przez wodza swoich najbliższych kolegów, kiedy np. Wałęsa, Kaczyńscy czy Tusk... będą akurat przeżywać typowy atak personalnej paranoi. I wykańczać ludzi o nielojalność choćby podejrzewanych, wobec których urządza się czystki prewencyjne.
- nie wiadomo, przejściowy czy definitywny. W Polsce prawie nikt dobrowolnie, uniesiony demokratycznym honorem, nie wychodzi z partii rządzącej, chyba że tak jak późny AWS jest to partia pozornie rządząca, na którą zapadł już wyrok.
Ta właśnie zasada budzenia się ducha demokratycznego, republikańskiego dopiero w partii, której liderowi akurat nie idzie, sprawia, że polski ustrój zawsze zmierza do jednopartyjności. Zawsze jest w nim partia rządząca - której aparat jest chwilowo lojalny i zdyscyplinowany, bo coś z tego ma, a także ludzie z innych partii czy „nurtów ideowych” tłoczą się na jej listy - i liczne rozpadające się partie opozycyjne, których aparat odkrywa, że jest zbyt dumny i zbyt honorowy, aby słuchać wodza w czasach dekoniunktury. Więc zamiast chronić własną instytucję szukają sobie nowych inicjatyw, a każdy pretekst jest wtedy dobry, żeby się unieść honorem, żeby mieć alibi.
No bo po co być BBWR-owskim wyznawcą Wałęsy, przyznającym się do Leszka Millera SLD-owcem, lojalnym wobec Krzaklewskiego członkiem AWS, a dzisiaj słuchającym Jarosława Kaczyńskiego PiS-owcem - kiedy taka lojalność nie zapewnia już posady wojewody, ministra albo przynajmniej dobrego miejsca na liście gwarantującej zostanie posłem albo europosłem? .
Oczywiście, Jarosław Kaczyński zawsze był surowym panem i nie stosował zasad demokracji wewnątrzpartyjnej. Jurek czy Ujazdowski mogliby opowiedzieć sporo wesołych i niewesołych anegdot o naturalnym piłsuderyzmie lidera PiS. Kaczyński wewnątrzpartyjnej demokracji nie uznaje nadal, nie uznaje nawet zasady zupełnie podstawowego partnerstwa, czego przykładem jest los Ludwika Dorna. Ale