Demianiuk już raz odpowiadał za te zbrodnie, ale sąd najwyższy Izraela ostatecznie oczyścił go z zarzutów. Od tego czasu pojawiały się w sprawie nowe dowody i wątpliwości, gdzie miałby stanąć ponownie przed sądem. Izrael odpadał, a do postawienia go przed wymiarem sprawiedliwości nie palili się Ukraińcy, bo poza pochodzeniem „Iwana Groźnego” nie łączy z Ukrainą nic.
Cóż by bowiem się stało, gdyby John (z urodzenia Iwan) Demianiuk był swojskim Janem Demianiukiem zamieszkałym w Legnicy?
Być może zbrodniarza hitlerowskiego potraktowanoby ciut surowiej, może nawet ogłoszonoby nadzór policyjny i wszczętoby procedurę obniżenia nadzwyczajnej emerytury? Gdyby jednak swe ofiary mordował nie w Sobiborze, ale w Rawiczu, Wronkach czy na Mokotowie, mógłby liczyć nie tylko na dostatek i spokój do końca życia, ale – niczym Helena Wolińska – także na wsparcie światowych mediów. Sam mam w tej sprawie wątpliwości, ale z drugiej strony Demianiuk ich nie miał, gdy mordował swoje ofiary.
W zasadzie wszystko to wiem i nic nie powinno dziwić. Toteż nie dziwi, ale po obejrzeniu „Generała Nila” po raz kolejny w niepodległej Rzeczypospolitej dopada człowieka poczucie wstydu i zażenowania. Tak na marginesie, nie mogę się powstrzymać przed podziwem nad genialnymi epizodami w filmie Bugajskiego: Adam Woronowicz (swoją drogą to diaboliczne, gdy Popiełuszko gra Igora Andrejewa) czy Andrzej Deskur w ostatniej scenie byli wstrząsający. Samego siebie przeszedł jednak Maciej Kozłowski w roli, która może śnić się po nocach.
Film nie ma oczywiście z Demianiukiem nic wspólnego, ale pokazuje, że