Przychodzi Polak do lekarza. Ma gorączkę, boli go gardło i jest osłabiony. - Kiedy pan był ostatnio w Meksyku? - pyta medyk. - Nie byłem - odpowiada pacjent. - Trzeba wziąć aspirynę, następny proszę - mówi lekarz.

Reklama

Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia badanie pod kątem szalejącej na świecie świńskiej grypy wykonuje się na próbkach od pacjentów, tylko jeśli zgłaszająca się z grypowymi objawami osoba nie dalej niż 10 dni wcześniej była w Meksyku lub w innym kraju, w którym potwierdzono przypadki zainfekowania wirusem. A co z resztą? Podejrzenia o zachorowania na świńską grypę odnotowano w wielu miejscach, w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy Australii. Co więcej, jeśli potwierdziłyby się podejrzenia wobec trzech osób hospitalizowanych w Polsce, oznaczałoby to, że wirusem można się także zarazić już w naszym kraju.

I tu zaczyna się problem: gdyby tak się stało, szanse na wykrycie świńskiej zarazy będą u nas znikome. A ministerstwo i jego służby uważają, że wszystko jest w porządku.

Czy jest? Na przykład na lotnisku we Frankfurcie na miejscu wykonuje się badania osób z podwyższoną temperaturą, przylatujących z różnych kierunków. A w Polsce? Panuje błogi spokój.

Czy są leki? Podobno są - w rezerwie państwowej agencji. A lekarze szukają ich w hurtowniach. Bo kolejny problem to informacja. Reporterzy i podróżni na próżno rozglądają się na Okęciu za ulotkami informacyjnymi. Te zostały przygotowane, ale może wydrukowano za mało, a może nie ma kto dyżurować i rozdawać je na lotnisku.

Krajowy konsultant ds. epidemiologii Andrzej Zieliński uważa, że pytania o to, czy przesłano do szpitali i przychodni informację o procedurach na wypadek pandemii, są niewłaściwe. - Lekarz wie, co ma robić - mówi nam krótko.

Lekarze jednak czekają na wsparcie, czekają na informacje o skuteczności leków antywirusowych, o najlepszych maseczkach, o każdym nowym przypadku podejrzenia pojawienia się świńskiego wirusa. Pewne informacje mogą znaleźć na stronie ministerstwa, ale to nie wystarczy. W warunkach nadzwyczajnych komunikat o sytuacji z wieczora poprzedniego dnia to za mało. Placówki w newralgicznych miejscach: miastach przygranicznych, położonych blisko lotnisk i portów, powinny mieć stały dostęp do informacji, którymi dysponuje rządowe centrum, a nie jedynie z telewizyjnych kanałów informacyjnych czy portali internetowych.

Takie sytuacje jak grożący wybuch epidemii to ostry test dla władzy. To właśnie w takich momentach widać, czy państwo właściwie funkcjonuje, a rządzący radzą sobie z rzeczywistością. Bardzo szybko i boleśnie wychodzi na jaw, kto jest kompetentny, a kto nie. I jeśli stałoby się tak, że w wyniku przyjęcia złych kryteriów czy dezynwoltury w prowadzeniu badań zostałoby narażone czyjeś zdrowie, to warto pamiętać, że z tego testu poprawek się nie przewiduje.