Jeśli więc wystawiam się na niechybne kpiny i szyderstwa, to robię to z głębokiego przekonania. ale autora lojalnie uprzedzałem, że tak się skończy. Był to bowiem horror, czyli gatunek, na który jestem całkowicie impregnowany, nie przeraża mnie on, nie wciąga, nic. Nuda i kropka.
Powiedziałem mu wtedy, że bałbym się tego napisać, ale przypomina mi w tym Tyrmanda ze "Złego". Na szczęście okazało się, że podobieństwo owo dostrzegli krytycy. Zdumienie moje wynikało z tego, że w swej publicystyce uciekał Zaremba od jakichkolwiek ozdobników, zabawy stylem i formą. Był bezlitośnie precyzyjny i morderczo logiczny. "Bezlitośnie" i "morderczo" to nie są słowa, które kojarzą się z dobrą prozą, tym większe więc było moje zdumienie.
Kiedy więc dostałem maszynopis "Romansu licealnego" spodziewałem się czegoś podobnego. I tu mnie Zaremba zaskoczył ponownie. Akcja dzieje się znów na warszawskiej Pradze, na przełomie lat 80. i 90, a bohaterami są nauczyciele i uczniowie tamtejszego, dość podrzędnego liceum.
Tyle tylko że byłoby to sztuczne, takich uczniów tam nie było, a . Powiedzą tak oczywiście dzisiejsi trzydziesto-, czterdziestolatkowie, ale i dla młodziaków nie będzie to ramota.