Pisanie o książce przyjaciela, a w dodatku pisanie dobrze, to śliska sprawa. Jeśli więc wystawiam się na niechybne kpiny i szyderstwa, to robię to z głębokiego przekonania.Pierwszej powieści Zaremby, "Plamy na suficie", nie doczytałem do końca, ale autora lojalnie uprzedzałem, że tak się skończy. Był to bowiem horror, czyli gatunek, na który jestem całkowicie impregnowany, nie przeraża mnie on, nie wciąga, nic. Nuda i kropka.

Reklama

Piotr zaskoczył mnie jednak wówczas niebywale wyostrzonym wzrokiem, reporterską pasją w portretowaniu warszawskiej Pragi. Powiedziałem mu wtedy, że bałbym się tego napisać, ale przypomina mi w tym Tyrmanda ze "Złego". Na szczęście okazało się, że podobieństwo owo dostrzegli krytycy. Zdumienie moje wynikało z tego, że w swej publicystyce uciekał Zaremba od jakichkolwiek ozdobników, zabawy stylem i formą. Był bezlitośnie precyzyjny i morderczo logiczny. "Bezlitośnie" i "morderczo" to nie są słowa, które kojarzą się z dobrą prozą, tym większe więc było moje zdumienie.

Kiedy więc dostałem maszynopis "Romansu licealnego" spodziewałem się czegoś podobnego. I tu mnie Zaremba zaskoczył ponownie. Akcja dzieje się znów na warszawskiej Pradze, na przełomie lat 80. i 90, a bohaterami są nauczyciele i uczniowie tamtejszego, dość podrzędnego liceum. Zaremba tym razem odpuścił sobie nie tylko reporterskie popisy, ale i nie uległ pokusie epatowania swą erudycją. Nie uczynił więc bohaterem licealisty rozprawiającego z nauczycielem choćby na temat meandrów polityki amerykańskiej, w czym mógłby się z łatwością wykazać.

Tyle tylko że byłoby to sztuczne, takich uczniów tam nie było, a największą zaletą "Romansu licealnego" jest jego niesłychanie przenikliwy i wiarygodny portret tamtych czasów. Portret tak dokładny, że wręcz dokumentalny, fotograficzny. Trudno po przeczytaniu tej książki nie powiedzieć: "Cholera, tak właśnie było!". Powiedzą tak oczywiście dzisiejsi trzydziesto-, czterdziestolatkowie, ale i dla młodziaków nie będzie to ramota. Zaremba nie leci Orzeszkową, tylko trafnie oddaje dylematy i emocje wkraczających w dorosłość nastolatków, a te się nie starzeją.

W przeciwieństwie do Zaremby. I do autora tych słów, niestety.