Wolty współtwórcy „Solidarności”, jego obrotowość w bieżącej polityce, to cecha, na której każdy biograf musiałby budować oś swojej opowieści o polskiej legendzie.
Dał miejsce w Sejmie dla syna, kampanię przeciw IPN i studentowi Zyzakowi oraz miejsce w europejskiej Radzie Mędrców. Dał to wszystko, oczekując w zamian zaledwie zwykłej politycznej lojalności. Mniejszej, niż żąda od Władysława Bartoszewskiego, Radosława Sikorskiego czy Julii Pitery. Chciał lider Platformy tylko jednego – by Wałęsa przy nim był. By bywał na forach krajowych i międzynarodowych. By zaświadczał, że polska solidarnościowa tradycja jest dziś przy Tusku. Bo dla świata, tam gdzie jest Lech Wałęsa, tam też obecne jest dziedzictwo panny „S”. I dlatego właśnie to film o Wałęsie otwierał warszawski kongres Europejskiej Partii Ludowej. A potem sam Wałęsa był gwoździem programu tego spotkania w Pałacu Kultury. To było apogeum tej miłości. Powtórzmy, bo to ważne – nigdy po 1995 r. były prezydent nie znaczył tyle, nie był tak ważny, jak właśnie przed zaledwie kilkoma tygodniami.
Dokonuje kolejnej wolty. Znów odpycha i znów zaskakuje. Wywyższony na europejskim poziomie tam właśnie dokonuje ruchu dla unijnych elit europejskich niemal zbrodniczego. Wspiera Declana Ganleya, człowieka, który pogrzebał sen o wielkim skoku zjednoczeniowym Europy, o europejskim państwie, o prezydencie Europy. Wspiera nie raz, nie dwa, ale pięć razy. Bo tyle ma mieć wystąpień na mityngach Libertas. A może i więcej? Na końcu zaś ma pojawić się w Warszawie. A dalej? Może na plakatach Libertas w całej Europie? Sprawa jest dla Unii ważniejsza, niż nam się wydaje – we Francji nowy ruch przekracza właśnie 5 proc. poparcia.
Może nikt nie pójdzie już tak daleko jak Radosław Sikorski narzekający, że Wałęsa zrobił to dla pieniędzy, czy Janusz Palikot oferujący więcej, niż dał Ganley, ale też nikt nie cofnie czasu. Nigdy już Wałęsa nie będzie znaczył w PO tyle ile przedtem, a ta mu już tak nie zaufa.
Ale to nie największy problem PO. Bo jak Wałęsa mówi, że może robić, co chce, bo „jest wolnym człowiekiem”, to naprawdę trzeba uruchomić wyobraźnię. I wszystkich możliwych pośredników. Choć przypuszczam, że ten etap już za nami. Musiał nastąpić po pierwszym wyjeździe na spotkanie Libertas – do Rzymu. Jak widać, bez efektu.
Ale może chodzi o coś więcej? Nurtuje mnie zdanie, jakie wypowiedział związany z Libertas Roman Giertych w ostatnim wywiadzie dla Piotra Zaremby. Teza, że książka Cenckiewicza i Gontarczyka w specyficzny sposób go uwolniła. „Jego niczym nie można już szantażować. On jest wolny. Bo co mu mogą zrobić? W moim przekonaniu jego związek z salonem oparty był na strachu przez ujawnieniem papierów »Bolka«. Ten motyw znika” – mówił Giertych.
Na pewno Lech Wałęsa odzyskał, także dzięki wsparciu, jakie dostawał w ostatnich latach, pole manewru. I najwyraźniej postanowił pobawić się na serio. Trochę dla poczucia, że jest w prawdziwej grze, trochę dla zemsty, bo chciał od PO jeszcze więcej, a nie dostał. A trochę też i dla pieniędzy. Odrzuca gustowny kostiumik prymusa szkolnego i ulubieńca cioć, w który go ostatnio ubierano, schodzi z cokołu i z radością rzuca się w wir kolejnej rewolucji w swoim życiu.