Moje pierwsze, instynktowne wspomnienie z tamtych czasów nie dotyczy samego czerwca 1989 roku. Jest koniec sierpnia 1988. Schodzę z Babiej Góry z bliskim kolegą Piotrem Skwiecińskim. On, ważny działacz NZS, dostał właśnie wiadomość o wystąpieniu generała Kiszczaka zapowiadającym niejasno Okrągły Stół. Przerywając wspólną kilkudniową wyprawę w góry, śpieszy więc do Warszawy organizować uliczne zadymy, które mają wspierać stronę solidarnościową.

Ja zaś dopiero co zrobiłem mu awanturę. - Czego chce ta "Solidarność"? Tego już nie można wytrzymać. Tylko zniszczy falą strajków gospodarkę, a nic z tego nie będzie - przekonywałem emocjonalnie kolegę, który miał na tyle dużo zdrowego rozsądku aby nie przerywać moich tyrad.

>>> 4 czerwca. 45 stopni w cieniu – pisze Andrzej Talaga

BŁĄDZILIŚMY WE MGLE

Ewidentnie nie miałem wtedy racji - wolna Polska została wkrótce potem przywrócona pod sztandarem związkowym, antykomunistycznym, ale i roszczeniowym. Co więcej popadłem wówczas w sprzeczność z własnymi przekonaniami - bo to ja byłem przez lata strażnikiem świętego ognia. Typowy przykład młodego inteligenta, który trzymał się solidarnościowego wyznania wiary, który znaków czasu szukał w drobnym druczku Tygodnika Mazowsze, a w sztandarze związku Wałęsy widział jedynej trwałej inwestycji na przyszłość.

Ci politycy opozycji którzy wybrali tę drogę, w ostateczności wygrali - i dotyczy to zarówno Geremka, Mazowieckiego czy Michnika jak Kaczyńskich, Tuska czy Halla. Ale dla mnie to właśnie mniej więcej w roku 1988, u samego kresu drogi przestało być oczywiste. Pamiętam chwilowe, lecz silne zwątpienia w ten sztandar, poszukiwanie na oślep nowych mód i wyznań wiary - takich jak gospodarczy liberalizm z kultem bogacenia się, czy przekonanie, że partie a właściwie kluby polityczne, są lepsze, ciekawsze, od związkowej nowomowy.
One żadną realną alternatywą dla strajkowo-związkowej formuły likwidacji PRL w ostateczności nie były, raczej ułatwiały słabnącej komunistycznej władzy sianie zamętu w szeregach opozycji. Choć często stanowiły równocześnie dobrą zapowiedź tego, co potem, po odzyskaniu niepodległości, kiedy i wolny rynek się bardzo przydał, i partie stały się potrzebne raczkującej demokracji.

A mnie udało się nawet napisać, dzięki koleżeństwu ze studiów z Wojtkiem Załuską, artykulik w podziemnym piśmie "Wola", w którym wzywałem aby porzucić związkowe fantasmagorie i zacząć liczyć pieniądze w spółdzielniach i polonijnych spółkach. Ogarnął mnie amok - twórczy i zarazem bardzo głupi. Błądziliśmy wtedy, jak dzieci we mgle.
W teorii mój własny punkt obserwacyjny był całkiem wygodny. Zupełnie jak bohater mojej najnowszej powieści "Romans licealny" przemianę 1989 roku oglądałem z pogranicza dwóch światów. Z jednej strony uczyłem w peryferyjnym praskim liceum, gdzie polityki było, poza najbardziej podstawowymi państwowymi rytuałami, jak na lekarstwo. Z drugiej - zachowywałem silną więź z buzującym rozpolitykowanym Uniwersytetem Warszawskim, znałem czołowych działaczy NZS, chodziłem na ich manifestacje, przypatrywałem się ich naradom przy piwie.

>>> Rokita: Szatan zmienił się wtedy w wiejskiego diabełka

Byłem nawet bardziej aktywny niż powieściowy Paweł. Razem z Pawłem Zalewskim, moim dobrym kolega z historii, dziś kandydatem na europosła z ramienia PO, przygotowaliśmy dla NZS-u projekt ustawy o szkolnictwie wyższym. Obdarzał środowisko akademickie i zwłaszcza studentów wręcz utopijnymi wolnościami i uprawnieniami, stał się zresztą nawet powodem jednej z demonstracji na uniwersyteckim dziedzińcu - wiosną 1989. Sam w sobie nie miał żadnego znaczenia - był bowiem krojony na miarę społeczeństwa idealnego, gdzie wszyscy chcą uczestniczyć w zarządzaniu własna uczelnią. Jako jeden ze sztandarów - i owszem.

NIE BYŁO MĄDRYCH

Praca w szkole uczyła pokory. Pokazywała, jak bardzo niejednorodne i bierne jest w gruncie rzeczy społeczeństwo. W mojej powieści jest scena, gdy nauczyciel WF próbuje agitować jedną z klas za kandydatami Komitetu Obywatelskiego i spotyka się z mieszanina apatii i rozbawienia, a jeden z uczniów, syn oficera, wręcz go przegania tłumacząc, że ma swój rozum. Paweł, nauczyciel historii, jest ostrożniejszy, dyskutuje tylko z wybranymi, nie chce nikomu niczego narzucać. Tak właśnie było ze mną.
Ale i uliczne dymienie nie było receptą na łatwy optymizm. Strajk studencki w maju 1988 (też pokazany w powieści) skupił ledwie jedną trzecią słuchaczy zajęć na uniwersytecie. Gdzie były wtedy te nieobecne dwie trzecie? Co myślały? Z czym i kim się identyfikowały? Nie wiadomo.

Nieomal do ostatniej chwili nie było wiadomo. Z dostępnych źródeł nie wynika aby ktokolwiek wiedział, także solidarnościowi gracze rozmawiający z obcymi dyplomatami, i członkowie Biura Politycznego, na których biurka spływały raporty i sondaże. Mając na uwadze ówczesną atmosferę nie dziwota, że powieściowy Paweł pytany przez swoich uczniów o ewentualne wyniki, jest ostrożny, wręcz sceptyczny. Sceptycyzm opozycji i nadzieje władzy na to że społeczeństwo jest jednak "ich", opisane ostatnio tak plastycznie w wywiadzie dla DZIENNIKA przez Jerzego Urbana, były uzasadnione. Warto o tym pamiętać i nie opisywać ostatnich gorących tygodni przed 4 czerwca jako marszu ku temu co nieuchronne, bo mądrych wtedy nie było.

To przyczynek do zasadniczego sporu, który wyrażała plastycznie dawna wymiana zdań między Tadeuszem Mazowieckim i Sewerynem Jaworskim z obozu internowanych w 1981 roku: "panie Tadeuszu, trzeba było ostrzej. panie Sewerynie, trzeba było mądrzej". Rzecz w tym, że bierność społeczeństwa, słabość opozycji, porwanie społecznych więzi przez stan wojenny i lata beznadziei wcale nie przesądzają do końca o racji jednej tylko strony. Można było z tego wszystkiego wyprowadzać kurs na ostrożność i porozumienie elit (niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu) i można na radykalizm i robienie rewolucji - bo zawsze dokonuje jej zdeterminowana mniejszość. Na ile pamiętam swój ówczesny stan świadomości byłem tym, który wtedy nieustannie skakał. Jednego dnia ogłaszałem, że porozumienie nie ma sensu, bo postkomuniści przechytrzą "naszą stronę" wrabiając ją w odpowiedzialność za zrujnowaną Polskę, a drugiego opiewałem mądrość naszych przywódców takich jak Michnik i Geremek. Do dziś nie ma pewności, w którym momencie miałem rację.

Ostatecznie skończyło się triumfem, trochę ukradkowym, zanadto wmontowanym w ciąg wcześniejszych i późniejszych ewolucyjnych zmian, ale jednak triumfem. 4 czerwca 1989 większość odrzuciła tę władzę, mniejszość wybrała raczej absencję niż afirmację reżymu Jaruzelskiego. Był to wyrok wyraźny. potwierdzony następnie w wyborach prezydenckich 1990 i parlamentarnych - 1991. Ludzie z których większość z pewnością nie była skłonna zaryzykować czegokolwiek, ukarali w zdrowym odruchu swoich wieloletnich nadzorców, a potem skłonni byli nawet trzymać się swojego odruchu przez dłuższy czas.
To nie unieważniło podstawowego sporu. Jedni będą przywoływać te wyniki jako argument za polityką opozycji dużo twardszą, za odwlekaniem porozumienia okrągłego stołu, za przyduszeniem komunistów strajkami i ewentualnym układaniem się z nimi z pozycji siły. Inni przeciwnie - dostrzegą w przyczajonych, gotowych do odrzucenia komunizmu przy urnie choć nie na ulicy milionach argument za drogą, którą wybrano. Za drogą wypraną z rewolucyjnego heroizmu.

Powtórzę raz jeszcze: nie mam pewności. Przywołuję najpierw opowieść moich przyjaciół z NZS, radykałów, choć jednak na obrzeżu drużyny Wałęsy, o Zbigniewie Bujaku, który obwieszcza im arogancko: "ta elita, która wyłoni się przy Okrągłym Stole, będzie rządzić przez 50 lat". Przywołuję i widzę w wyrzeczeniu się rewolucyjności osłonkę dla grupowego interesu "solidarnościowej starszyzny". Ale gdy przypominam sobie, jak ci moi przyjaciele rzucali z kolei buńczucznie: "widzisz przed sobą alternatywną elitę", zadaję od razu pytanie, które w "Przeminęło z wiatrem" rzucił Rett Butler pod adresem zapaleńców południowców, chcących się mierzyć z rządem federalnym: "Gdzie wasza broń? Gdzie wasze fabryki amunicji?" Przy czym nie chodzi o samą broń, raczej o plany, o potencjał, o mądrość, o konkurencyjny scenariusz.

O jedno mam do "solidarnościowej starszyzny" wielką pretensję - o to co potem. O moment, gdy nie pozwolili się Polakom nawet chwilę cieszyć ze zwycięstwa. Gdy na potężny kłopot PZPR z przegraną listą krajową odpowiedzieli natychmiast ofertami nowego paktowania, Gdy nie spróbowali zaryzykować, wówczas tak naprawdę bardzo już niewiele. Gdy nagle odebrali tysiącom solidarnościowych wyborców choćby odrobinę satysfakcji. Ludziom takim jak moja mama, bezimienna kurierka, która w latach stanu wojennego woziła po blokowiskach Tygodniki Mazowsze narażając w nieustannym stresie swoje zdrowie. Ona i jej podobni nigdy nie upomnieli się o swoje.

To odbieranie satysfakcji a potem owoców zwycięstwa będzie trwało przez następne lata, a największym odbierającym okaże się o paradoksie nie Michnik czy Geremek nawet, a Lech Wałęsa. Pamiętam - raz jeszcze odwołam się do swojej nauczycielskiej połówki doświadczenia - jak w 1990 roku byłem zaszokowany siłą prowałęsowskich sentymentów w mojej zwyczajnej peryferyjnej szkole. Nie wśród grona pedagogicznego, a wśród uczniów najstarszych klas, którzy z opóźnieniem (nie załapali się wszak na zadymy) zasmakowali w antykomunistycznym radykalizmie. To był wtedy potencjał do wykorzystania w procesie zmieniania Polski - w jakim kierunku i do jakich granic, rzecz warta debaty. Wałęsa zgubił go kompletnie i roztrwonił - w słownych bredniach i międzypartyjnych gierkach.

JEDNAK WYGRALIŚMY

To wszakże nie oznacza, że dam sobie odebrać radość z 4 czerwca. Ludziom, którzy twierdzą, że tamtego dnia nic się nie zdarzyło. Także i tym, którzy chcą abym świętował wraz nimi wspólny sukces z generałem Kiszczakiem. Nawet jeśli Kiszczak przestraszył się tych wyników na krótki moment, przestraszył się ich realnie.

Praca w szkole uniemożliwiła mi wówczas codzienną krzątaninę w "Niespodziance" i w komitecie obywatelskim na Fredry, gdzie odnalazło się przy kampanii innej niż wszystkie późniejsze wielu moich kolegów ze studiów. Ale pamiętam jak w pełnym słońcu (to była słoneczna późna wiosna) łażę po blokowiskach Grochowa i rozlepiam na klatkach karteczki z podobizną Ryszarda Bugaja, kandydata do Sejmu z okręgu Praga Południe. Niekiedy towarzyszą mi uczniowie - ci których to jednak obchodziło, a ostatecznie wyroiło się ich na tej pozornej politycznej pustyni całkiem niemało. Myślę, że oni także nie chcą sobie dać odebrać tego czasu.

W mojej powieści Paweł dzwoni do swego bardziej wyrobionego politycznie kolegi z NZS. Dzwoni z automatu znalezionego gdzieś na osiedlu (nie było jeszcze wtedy komórek i nie każdy miał aparat w domu).
"Paweł zaczął opowieści przez telefon od Szczepkowskiej. Jego mama prawie się popłakała, gdy aktorka, którą wszyscy w ich domu bardzo lubili, obwieściła kres komunizmu. On sam zawsze łatwo się wzruszał historycznymi chwilami. Nawet ojciec się wyciszył, choć potem zrobił matce awanturę, że Paweł za długo zajmuje łazienkę.
Inaczej Witia. Ten od razu zaczął narzekać na przywódców. Po co oddali listę krajową? Można było docisnąć komunistów nogą zwycięzcy, jak mówił kiedyś Piłsudski. I co ten Geremek wygadywał? Trochę go za to skrytykowano, ale to jego słowa przesądziły.

– To wszystko szczegóły, nieważne szczegóły — cisnęło się na usta Pawłowi. Bez znaczenia, czy będzie dwóch komunistów więcej czy dwóch mniej w Sejmie. Coś wreszcie własnego mamy. Koniec akademii o rewolucji październikowej. i nie będą cię więcej Witia prali na komendach i posterunkach".
Mój bohater nie całkiem miał rację, a jednak miał ją trochę. Bo może na krótko i nie całkiem - ale 4 czerwca akurat WYGRALIŚMY.