W tym nowym lepszym świecie Kiszczaka ciągle było bardzo dużo. O mało co nie został premierem, był bardzo ważnym ministrem – co pozwoliło ciepło urządzić się rzeszy starych towarzyszy. Ale z roku na rok Kiszczaka było coraz mniej. Nie znikał tak szybko, jak byśmy chcieli, stąd często 4 czerwca zdawało się nam być pustym i fałszywym świętem. Wtedy jednak był to wielki dzień. To moment otarcia się o historię, Bitwa Warszawska naszego pokolenia. Dzień, w którym i my pogoniliśmy bolszewika. Tamta euforia była naiwna i napuszona. Ale nie była wynikiem ułudy czy ślepoty.

Cezary Michalski, Andrzej Talaga i Piotr Zaremba, wspominając w „Dzienniku” swój 4 czerwca, opisują go z punktu, który – jak sądzę – w ich mniemaniu był żabią perspektywą. Punktem widzenia szeregowych działaczy opozycji i kontestatorów, ale nie liderów znających meandry układów z władzą i niuanse ówczesnej polityki. W porównaniu z nimi to mój punkt widzenia jest perspektywą prawdziwie żabią. Osoby, która wówczas była młoda, naiwna i nieświadoma, jak bardzo skomplikowana wówczas toczyła się gra. Jednocześnie osoby, która bardzo chciała mieć w tym udział. To też przykład o tyle typowy, że takich ludzi jak ja były w Polsce setki tysięcy.

Mój przypadek to historia 18-letniego ucznia liceum w małym prowincjonalnym miasteczku. W Braniewie, 40 kilometrów od Elbląga. Wtedy mieszkało tam 17 tys. ludzi. Opozycji praktycznie nigdy tam nie było, a docierające z rzadka ulotki tylko niektórzy czytali z zainteresowaniem. W miasteczku stał duży garnizon, a oficerowie LWP – o poglądach łatwych do zrekonstruowania – byli czymś w rodzaju lokalnej elity. PRL była ich państwem. Potencjalna opozycja to kilku niedobitków z pierwszej „Solidarności”, nieco zgorzkniałych inteligentów, nieliczni przedstawiciele prywatnej inicjatywy. W sumie garść wąsatych zazwyczaj facetów, obarczonych rodzinami i świadomością, że jeśli wpadną w ręce lokalnych esbeków, to marny będzie ich los. Bo nikt nie ogłosi w ich obronie strajku solidarnościowego ani nawet Wolna Europa nie wspomni, gdy padną ofiarą nieznanych sprawców. Te lęki nie były wcale przesadne, bo w takich miasteczkach milicja naprawdę miewała ciężką rękę.

Podstawą społecznego krajobrazu była przytłaczająca większość biernych statystów. Ludzi, którzy nie wierzyli ani komunie, ani „Solidarności” – bo „oni wszyscy tacy sami”. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła emisja nagranej w Arłamowie rozmowy Lecha Wałęsy z jego bratem. Przez następne lata był to powód do kłótni, czy to prawdziwa rozmowa, czy fałszywie zmontowana. Jestem pewien, że w 1989 roku wielu ludzi jeszcze ją pamiętało.

Wspólną cechą łączącą reprezentantów tych trzech grup była apatia i poczucie beznadziei. Nawet najbardziej zaangażowani adwokaci starego ustroju – jak np. dyrektor mojej szkoły – przekonywali, że główną zaletą władzy PZPR jest to, że bez niej będzie tylko gorzej. Nie przedstawiali ani jednego pozytywnego argumentu za jej władztwem. Właściwie były tylko trzy sposoby radzenia sobie z tamtą przygnębiającą nudą: ucieczka w życie rodzinne, alkoholizm albo emigracja do Reichu. W tej sytuacji polityczny wstrząs przynosił więcej nadziei niż strachu przed nieznanym.

Osobiście pamiętam, że wtedy byłem pesymistą, co do szans „Solidarności”. Wydawało mi się, że komuna jest silna, cieszy się sporym poparciem – co naturalne z perspektywy mojej miejscowości – a poza tym nie miałem wiary w Lecha Wałęsę. Podzielałem częsty pogląd, że, owszem, jest on bardzo dzielny, że jest bohaterem, ale poza tym to tylko elektryk. Jego proste słownictwo i dosadne frazy nie imponowały nikomu w moim miasteczku, bo tam nigdy nie brakowało takich plebejskich „mędrców”. Oglądając debatę Wałęsy z Alfredem Miodowiczem, sam myślałem, że Wałęsa przegrał. Z miłym zaskoczeniem potem słyszałem, że ogół widzów był innego zdania.

Wagi tego dnia nie pomniejsza fakt, że była to wolność oktrojowana. Przyniesiona z zewnątrz, bo zaangażowanie miejscowej ludności było bardzo małe. W kwietniu reaktywowała się lokalna „Solidarność”, ale podejrzewam, że do ogółu mieszkańców nie dotarła ta wiadomość. Przyjeżdżały z zewnątrz lotne ekipy „S” i plakatowały dużo sprawniej niż czerwoni. Szata graficzna plakatów „S” różniła się od sztampy afiszy kandydatów PZPR i nam, licealistom, wydawała się nadzwyczaj szykowna i nowoczesna. Tak bardzo wpasowała się w nasze gusta, że nie było obciachem powieszenie takiego plakatu na meblościance obok postera The Cure albo The Clash. Podobnym cywilizacyjno-estetycznym wstrząsem było pojawienie się „Gazety Wyborczej”. W naszych oczach różnica między nią a „Głosem Wybrzeża” (regionalnym periodykiem PZPR) była taka jak między mercedesem a dużym fiatem.

Sama kampania wyborcza jak na dzisiejsze standardy była niemrawa. Kandydaci obozu władzy nie zrobili ani jednego wiecu. „S” zrobiła jeden lub dwa. Na placu pod kościołem stanęła rolnicza przyczepa w roli trybuny, pielgrzymkowe głośniki pożyczył proboszcz i kandydaci mogli przemówić do tłumu. Nie pamiętam, o czym mówili, raczej nie chodziło tam o argumenty i hasła, ale o wyrzucenie z siebie emocji. Podobnie reagował tłum, bo mógł zadawać pytania. Pewna pani po dorwaniu się do mikrofonu poinformowała, że urodziła się w Brześciu nad Bugiem i w związku z tym żąda, by „S” doprowadziła do przyłączenia jej stron rodzinnych do Polski.

Nie pamiętam odpowiedzi kandydatów, czego dziś żałuję, bo jednym z nich był Jarosław Kaczyński – chwilę później senator ziemi elbląskiej. Co ciekawe, był on wówczas traktowany u nas jako kandydat mało znany, ktoś w rodzaju spadochroniarza ze związkowej centrali. Naszym kandydatem był Edmund Krasowski, postać, o której dziś mało kto pamięta, ale wtedy myśleliśmy, że on – prawdziwy bohater walki z komuną – będzie kimś bardzo ważnym w nowej Polsce. Samego zaś Kaczyńskiego miałem okazję później zapytać o przemówienie z przyczepy. Pamiętał tamten wiec, ale nie przez to, co mówił, lecz z powodu jakiegoś uczulenia, które dopadło go tamtego dnia. A przyczepa – skądinąd własność kogoś z moich krewnych – zakończyła swój pracowity żywot na szrocie, więc nie ma już szansy, by stała się eksponatem w Muzeum III bądź IV RP.

Nie wiem, czy 4 czerwca obowiązywały reguły ciszy wyborczej. Mnie i moich kolegów nie obowiązywały. Jeszcze w dniu wyborów wciskaliśmy ulotki ludziom idącym do głosowania. Pod drzwiami lokali wyborczych mieszczących się w szkołach, w których się uczyliśmy i w których członkami komisji byli nasi nauczyciele. Zdawało się nam to wielką odwagą. I nawet by było, gdyby ta część nauczycieli, która utożsamiała się komuną, postanowiła nas poobcinać na koniec roku szkolnego. Albo rok później na maturze. Nic jednak takiego się nie stało, najprawdopodobniej z tego powodu, że mieli oni poczucie, że kończy się ich epoka. Dziś widzę, że oni naprawdę się bali.

Wtedy nie widzieliśmy ich strachu. Woleliśmy widzieć własną odwagę. Przewodniczącym komisji wyborczej, w której mieliśmy głosować, był nasz dyrektor. Postanowiliśmy nie kreślić kandydatów obozu władzy za kotarą, ale na jego oczach. Dodatkowym znakiem bojowym w naszych rękach były ulotki „S” ze wzorem, jak kreślić, by wyciąć czerwonych. Dziś to sprawa zapomniana, ale wtedy ta instrukcja była przedmiotem ostrego sporu między władzą a opozycją. W każdym razie gest kreślenia na oczach dyrektora spełnił swoją rolę emocjonalnego zamanifestowania sprzeciwu wobec komuny i szkoły. Chyba mieliśmy wtedy spory kłopot w odróżnieniu tego, co było dla nas bardziej opresyjne.

W ten sposób do mojego miasteczka, w którym nie wydarzyło się nic ciekawego od 1945 r., na moment zawitała historia. I mieszkańcy to zauważyli. Zresztą historia zawitała w niejednoznaczny sposób. Kilka tygodni po wyborach przyjechał na naszą plebanię ks. Sylwester Zych, wcześniej więzień polityczny tutejszego zakładu karnego. Przyjechał na wakacje, stąd ruszył do Krynicy Morskiej. Następnego dnia nie żył. Według oficjalnego komunikatu: nieznani sprawcy, ksiądz rzekomo upił się, sprowokował awanturę – melodia dobrze znana w latach 80. To signum wszystkiego, co stało się z Polską w ciągu tych 20 lat. Bo z jednej strony skończył się czas nieznanych sprawców, mordercy księży i nie tylko są odnajdywani stosunkowo prędko, a z drugiej do dziś nie wiemy, kto i dlaczego zamordował ks. Zycha.

Nieznani sprawcy nie mogli jednak już zatrzymać biegu wydarzeń w najbardziej apatycznych mieścinach. I jeśli wybory 4 czerwca były dla prowincji – na której według oczekiwań komunistów „S” miała przegrać, a jednak triumfująco wygrała – czymś z zewnątrz, to szybko potem ludzie wzięli sprawy we własne ręce. Jesienią we wszystkich miasteczkach powstały komitety obywatelskie. W moim mieście ciało to wybrało nazwę Klub Obywatelski, bo słowo „komitet” wszystkim kojarzyło się z PZPR. Jego obrady przypominały nieco szlachecki sejmik, ale z drugiej strony uczestniczyli w nim najciekawsi przedstawiciele lokalnej społeczności. Ich wielogodzinne debaty w kłębach papierosowego dymu kończyły się jednak jakimiś efektami. Jeszcze w 1989 roku klub założył własną gazetę – pierwszą w powojennej historii miasta. Szok dla tubylców nawykłych do tego, że gazety wydaje się tylko w dużych miastach, i że nie pisze się w nich o sprawach miast małych, takich jak ich własne. W następnym roku klub wygrał wybory samorządowe, a żaden z kandydatów nieboszczki partii nie znalazł się w nowej radzie.

Co dla mnie to znaczyło osobiście? Np. to, że pomagając w wydawaniu wspomnianej lokalnej gazety, dostałem zadanie napisania krótkiej notki o spróchniałej kładce. Musiałem zadzwonić do naczelnika miasta. Wystraszony zadałem pytanie, a z drugiej strony usłyszałem drżący głos naprawdę przerażonego notabla, który tłumaczył mi się z finansowych problemów gminy. Zmiana znaczyła też, że moje wymarzone studia historyczne staną się przygodą z prawdziwą nauką, światem ciekawszym niż znany mi do tej pory. Gdzie nie będzie już żadnych białych plam czy też nieznanych sprawców. Czy ktoś jeszcze pamięta te określenia?