: Rzeczywiście, w Hiszpanii straciła pierwsze miejsce rządząca partia premiera Zapatero, a w Niemczech największa porażkę w dziejach poniosła socjaldemokracja.
Wszystko jest jednak dużo bardziej skomplikowane. Również Europejska Partia Ludowa na pozór sporo straciła, bo miała 288 mandatów, a teraz po odejściu brytyjskich torysów będzie miała 267.
Jednocześnie w Parlamencie Europejskim ujawniły się nowe konfiguracje. Pierwszym fenomenem jest wzmocnie postpolitycznego wymiaru europarlamentu.
Mandaty zdobyło wielu przedstawicieli ugrupowań skupiających zielonych, jak choćby francuska Ekologiczna Europa, która wyprzedziła socjalistów i uzyskała tam drugi wynik. Do tego grona można
również zaliczyć holenderską Partię Wolności, która zagrała na socjalnym i kulturowym nacjonalizmie. W Szwecji sukces odniosła Partia Piratów. Wszystkie tego rodzaju ugrupowania zaliczam do
postpolityki, bo akcentują one sprawy zaliczające się do obszaru kulturowego należącego do sfery publicznej, ale nie w wymiarze politycznym. Łącznie grupa ta będzie stanowiła około jedną
piątą parlamentu.
Eurosceptycy wchodzą do PE bardzo silnym blokiem. Będzie tak, mimo że Libertas poniosła klęskę i nie wprowadzi do niego swoich deputowanych. Jak się okazuje, lista „Oddajcie nam
Danię” zdobyła 15 proc. głosów, Prawdziwi Finowie – 10 proc., do tego dochodzi Partia Wolności w Austrii. Wszystko to daje silniejszy akcent eurosceptyczny, w porównaniu z
angielskimi torysami. Jeśli dodać plany zbudowania wraz z czeską ODS i PiS nowej frakcji, co oceniam jako działanie sprzeczne z polska racją stanu, to mamy w Parlamencie bardzo silną grupę
eurosceptyczną i przeciwną traktatowi.
Nie jest to do końca antylewicowy kurs, bo, jak wspomniałam, nowe ugrupowania, które określiłam mianem postpolitycznych, wychodzą poza obszar tradycyjnych haseł i języka politycznego. Jest to
po prostu nowe zjawisko. Natomiast odwrót od socjaldemokracji i lewicowości w dotychczasowym wydaniu wiąże się z tym, że w warunkach kryzysu lewica okazała się całkowicie bezradna. Nie
proponowała niczego innowacyjnego. Oddawała pola regulacjom, w sprawie których decyzje zapadały na szczytach G8, w Banku Światowym czy Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Partie lewicy
przechodzą bardzo duży kryzys ideologiczny.
Zauważalne jest obniżenie poprzeczki „europejskiej poprawności”, która kiedyś blokowała ugrupowania w rodzaju Partii Wolnościowej w Austrii posługujące się m.in.
retoryką antyimigracyjną. Pamiętamy przecież, jaki szok wywołało w Europie wejście partii Haidera do rządu austriackiego. W tej chwili partie rządzące przejmują tego rodzaju retorykę:
Włosi przejściowo zawieszają obowiązywanie układu z Schengen. A reszta tego rodzaju ugrupowań, jak w Holandii, Danii, jest o wiele radykalniejsza niż kiedyś partia Haidera. Zaczyna być to
normą.
Paradoksalnie Libertas sama poniosła klęskę, ale zmienił dyskurs także w innych partiach, kwestionując dotychczasowe wartości UE. Hasło Libertas, aby UE zdemokratyzować, okazało się mniej
nośne niż lokalne fobie specyficzne dla poszczególnych krajów.
Ale w większości wszystkie te grupy opowiadają się przeciwko traktatowi lizbońskiemu. Dziś bez traktatu mamy już przed sobą ścianę, która jest niczym innym jak zamknięciem się krajów
„piętnastki”, co może doprowadzić do zamknięcia się jej w bardziej jednorodnej przestrzeni. Dlatego w tym momencie pojawienie się w krajach znanych dotychczas z przychylnego
nastawienia do pogłębienia integracji nastrojów eurosceptycznych, np. w w Holandii, gdzie klęskę poniósł Apel Chrześcijańsko-Demokratyczny Jana Petera Balkenende, jest znaczące. Bo był on
jednym z tych przywódców, który po problemach z przyjęciem traktatu proponował jeszcze bardziej radykalny projekt integracji.
Traktat dawał odpowiednie narzędzia i władzę Komisji Europejskiej. Dzięki niej Komisja miała skutecznie kontrować działania najsilniejszych krajów UE, do których zalicza się np. Wielka
Brytania, w ich zewnętrznych kontaktach. Dla krajów średnich takich jak Polska biurokracja ta wydawała się idealnym sprzymierzeńcem do forsowania swoich interesów. Paradoksalnie pierwszy
mówił o tym Jarosław Kaczyński. Wiem, że to rozumie, ale obierając zupełnie błędną optykę, całkowicie zrezygnował z akcentowania tego wymiaru traktatu. Dokument ten miał uruchomić
mechanizm wzmacniający krajowe parlamenty. Dawał innowacyjne narzędzia, jednocześnie bardzo trudne w użyciu. Wymagające podejścia, które jest zakorzenione w pewnej tradycji intelektualnej, a
która w Polsce jest niestety słaba. Unia jest pewną abstrakcją, która równocześnie odwołuje się do pewnego wspólnego fundamentu wartości, a różnice między poszczególnymi krajami są
widoczne, tylko gdy odwołamy się do tego fundamentu. W mojej ocenie była to najlżejsza forma integracji jaka była możliwa.
Jest to wyścig z czasem. Nawet jeśli traktat lizboński zostanie szybko ratyfikowany przez Irlandczyków, co wymusi podpisy prezydentów Klausa i Kaczyńskiego, to istnieje obawa, że Gordon Brown
rozpisze przyspieszone wybory, a potem referendum w sprawie przyjęcia traktatu. Torysi, jeśli go wygrają doprowadzą do referendum w sprawie traktatu, co może skończyć się jego porażką. Poza
tym jest również wyścig z kryzysem, bo zrodził on w Europie inną formę władzy. W przestrzeni międzyrządowej odbudowała się hierarchia i większa spójność państw dawnej
„piętnastki”. Dlatego powrót do traktatu i myślenia w kategoriach wspólnotowości i solidarności dla tych krajów może oznaczać trudności w wychodzeniu z kryzysu.
Najważniejsze kraje UE stworzą hierarchę. Nie chodzi w tym miejscu już nawet o Europę dwóch prędkości, ale podział Europy na wielkie regiony, które będę prowadziły własne polityki. Inaczej o polityce energetycznej mówi się w basenie Morza Śródziemnego, a inaczej u nas. W każdym z tych wielkich regionów kryzys wymusił wprowadzenie nowych zasad. Wielkie konsorcja działają wspólnie z agendami UE, ale bez udziału Komisji Europejskiej tylko po politycznym parasolem kraju, który w danym regionie jest hegemonem. W przypadku Polski będą to Niemcy. W basenie Morza Śródziemnego będą to Włochy lub Francja. W każdym razie z tak prowadzonej polityki, będzie trudno wrócić do traktatu.
Nie jest to dobry sygnał dla Moskwy ponieważ, kryzys wymusił w krajach Unii myślenie chłodne, pozbawione sentymentów, w którym istotną sprawą jest skuteczność działania i ponoszenie przy
tym jak najmniejszych kosztów. Jednak bez brania pod uwagę wartości takich jak solidarność czy wspólnotowość. Jeśli więc wspomnianym konsorcjom uda się np. wejść w interesy paliwowe na
wschodzie, bo taki będzie interes krajów UE, to Rosja będzie w tym momencie przegrana.
W te bardzo racjonalne działania Unii będziemy najwyżej włączani po drodze, jako ewentualny partner, ale nie jako podmiot liczący się w grze. Unia w ten sposób będzie funkcjonowała dalej,
głównie w gronie ścisłej "piętnastki", ewentualnie poszerzając się o kraje które przyjęły euro. Dla takich krajów jak Wielka Brytania, która posiada własny model
gospodarczy, własne złoża gazu faktyczny rozpad unii nie będzie żadnym kosztem. Dla nas będzie dramatem.
Jeśli przedstawiciele PiS znajdą się we frakcji, którą będą współtworzyli torysi, będący zwolennikami radykalnego ograniczenia dotychczasowego budżetu UE, skutki dla Polski nie będą
korzystne. To działanie osłabiające nas na własne życzenie. Jeśli ujawnią swoją siłę przedstawiciele ugrupowań postpolitycznych, które zwracają uwagę na ekologię niezależnie od
kosztów rozwojowych, to z perspektywy realizowania naszych interesów w najbliższych latach, kiedy w Kopenhadze w przyszłym roku będą ustalane warunki pakietu klimatycznego, sytuacja będzie dla
nas trudniejsza. A brak traktatu wzmocni, jak to określam, przemoc strukturalną – a więc forsowanie jednakowych rozwiązań, niezależnych od poziomu rozwoju, co np. odczuliśmy przy
okazji stoczni.
Co pan mówi? Za pięć lat może w ogóle nie być takiej Unii. Nasza pozycja będzie zależała od tego, w jaki sposób przetrwamy kryzys. Dlatego tak ważne jest, by europosłowie PiS i PO
ściśle ze sobą współpracowali, najlepiej w jednej frakcji.