Kijowski Majdan, zwycięstwo Wiktora Juszczenki w 2005 roku, nieskrywana radość otoczenia nowego ukraińskiego prezydenta z powodu publicznej porażki Władimira Putina, który nieopacznie poparł jednego z kandydatów na fotel prezydenta sąsiedniego kraju, a następnie gazowa wojna skutecznie zatruły tę atmosferę.
Czołowe postacie ukraińskiej polityki zagranicznej, czyli prezydent oraz ministrowie spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych i obrony, przez swych rosysjkich odpowiedników przyjmowani są z
ledwie skrywaną niechęcią. Przy czym ukraińscy koledzy płacą im tą samą monetą. Nie ma w tym zresztą nic złego, politycy nie muszą się kochać, specjalna bliskość pomiędzy ministrami
Tarasiukiem i Ławrowem czy szefami resortów obrony Anatolijem Hrycenką oraz Siergiejem Iwanowem niepokoiłaby mnie dużo bardziej niż jej brak. Tylko dla więzi korporacyjnych taka bliskość
jest niezbędna. Konieczne jest wspólne chodzenie do łaźni, spotkania małżonek i wspólne żarty z głupich Amerykanów. Tymczasem od dwóch lat w ukraińsko-rosyjskich stosunkach niczego
takiego nie było.
Odrodzenie korporacyjnego ducha?
Powrót Janukowycza do władzy dał Rosji nadzieję, że korporacyjnego ducha uda się odrodzić. Pamiętamy jak tuż przed prezydenckimi wyborami na Ukrainie Wiktora Fiodorowicza Janukowycza prezydent Putin zapraszał do swego urodzinowego stołu. Kilka tygodni temu w Soczi Janukowycz obiadował jak swój z liderami państw Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Także ostatnia wizyta w Moskwie upłynęła w dużo serdeczniejszej atmosferze niż wcześniejsze rozmowy Putina z Juszczenką czy Tarasiuka z Ławrowem.
Serdeczność i korporacyjność to jednak dwie różne rzeczy. Korporacyjność zakłada wspólne podejmowanie decyzji zrozumiałych dla przedstawicieli obu stron i odpowiadających ich wspólnym interesom. Serdeczność to duża sympatia i podobna mentalność, przy różnych interesach. Ukraińsko-rosyjskie stosunki znajdują się na etapie serdeczności. I co? Rosja obniży nam ceny na gaz? Ukraina sprzeda Rosjanom swoje rurociągi? Wreszcie czy Kijów wejdzie do Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej i czy rzeczywiście jest to Moskwie potrzebne?
Rosji tak naprawdę nie zależy ani na zrównaniu statusu języka rosyjskiego z ukraińskim, ani na niewchodzeniu Ukrainy do NATO i UE czy politycznej klęsce Juszczenki. Rosji, a ściślej jej władzom, potrzebne są ukraińskie przedsiębiorstwa. Tyle że te przedsiębiorstwa potrzebne są także najbardziej wpływowemu biznesmenowi z Partii Regionów Rinatowi Achmetowowi. I Wiktorowi Janukowyczowi i wielu innym ważnym postaciom ukraińskiej sceny polityczno-gospodarczej. O wszystkim innym można dyskutować, np. o NATO. Ale tak naprawdę kogo obchodzi to NATO? Na to pytanie ukraiński premier odpowiadał jednak nie w Moskwie, ale w Brukseli.
Europejski sceptycyzm
Europejscy urzędnicy, z którymi spotykał się teraz Janukowycz, już po zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, wszelkimi siłami gasili optymizm prezydenta Wiktora Juszczenki oraz ministra spraw zagranicznych Borysa Tarasiuka, podkreślając, że w najbliższych latach, jeżeli nie dziesięcioleciach, Ukraina nie ma szans na zostanie członkiem zjednoczonej Europy. Przy czym trzeba oddać sprawiedliwość brukselskim decydentom, że podobną ocenę ukraińskich możliwości reprezentowali zawsze. Przed pomarańczową rewolucją i po niej. Nic się więc w tej materii nie zmieniło, może prócz jednego – nieustanne eksploatowanie europejskiej tematyki przez część ukraińskich polityków i dyplomatów wywołuje dużą irytację w unijnych kręgach. W tej sytuacji Wiktor Janukowycz, który o europejskich perspektywach mówi w sposób bardzo umiarkowany – tak że od razu można się zorientować, że jest to swego rodzaju rytuał – w Brukseli jest przyjmowany dużo chętniej niż ukraińscy euroentuzjaści.
Rozczarowana jest tylko Warszawa. W polskiej prasie pojawiły się głosy, że Janukowycz co innego mówił podczas rozmów z premierem Kaczyńskim, a co innego w Brukseli. Tyle tylko, że gdy w
czasie Forum w Krynicy Wiktor Janukowycz zapewniał o niezmienności polityki zagranicznej Ukrainy i jej europejskich dążeń, przyklaskujący mu słuchacze nie chcieli zauważyć, że to dosyć
ogólnikowe stwierdzenia, za którymi nie idą jakiekolwiek konkrety. Z podobnymi oświadczeniami wstępowali praktycznie wszyscy poprzednicy Janukowycza: ukraińscy prezydenci i premierzy. I tylko w
kuluarach im przypominano, że ważne są czyny, a nie deklaracje. Przypominano niezbyt skutecznie – podobna deklaratywność charakteryzuje bowiem także działania ukraińskich
polityków, jeżeli idzie o tworzenie programów. Ukraiński „Uniwersał zgody narodowej” jest w zasadzie zbiorem pięknych słów, przykrywających prawdziwe działania, czyli
podział stanowisk. O NATO napisano tyle, że członkostwo w Sojuszu jest zgodne z polityką bezpieczeństwa Ukrainy, ale możliwe będzie dopiero po ogólnokrajowym referendum. Wiktor Juszczenko
martwiący się przede wszystkim o posady dla swych ludzi oraz zachowanie własnych wpływów nie wymagał od premiera konkretnych działań i takich działań nie ma. Z drugiej strony trzeba by się
zastanowić, czy Europejczycy mają prawo wypominać Wiktorowi Janukowyczowi jego zachowanie, w momencie gdy Bruksela jasno daje do zrozumienia, że nie interesuje jej członkostwo Ukrainy w UE i że
tacy politycy jak Wiktor Juszczenko czy minister spraw zagranicznych Borys Tarasiuk swymi prozachodnimi deklaracjami stawiają unijnych komisarzy w bardzo kłopotliwym położeniu. To, że Janukowycz
niczego zdecydowanie nie deklaruje, jest wygodniejsze.
Szkodliwość NATO
Członkostwo Ukrainy w NATO było poruszane podczas niedawnych negocjacji pomiędzy Wiktorem Juszczenką a Janukowyczem. Jednak szukanie kompromisu pomiędzy nimi polegało głównie na rozdziale stanowisk, a nie uzgadnianiu politycznych kierunków. Dlatego obie strony pozostały zakładnikami własnych politycznych idei i dlatego w Uniwersale Narodowej Zgody polityczne różnice zostały „zagłaskane” za pomocą mało konkretnych formułek.
Mit o szkodliwości NATO należy do jednego z ulubionych w zbiorze legend Partii Regionów. Ugrupowanie to nie zrobiło z antynatowskiej retoryki głównego punktu swojej kampanii wyborczej, jak uczynili to przegrani niedawnych wyborów – blok „NieTak” czy socjaliści Natalii Witrenko. Było jednak jasne, że ani Wiktor Janukowycz, ani jego zwolennicy nie pałają chęcią wejścia do Sojuszu i co więcej, że ten punkt widzenia popiera zdecydowana część społeczeństwa. Premier Janukowycz musi się liczyć z nastrojami swego elektoratu do dzisiaj żyjącego w świecie sowieckich stereotypów. NATO w rozumieniu większości ukraińskich obywateli jest agresywnym blokiem wojennym. Operacja Sojuszu w byłej Jugosławii tylko utwierdziła ludzi w tym mniemaniu, tym bardziej że ukraińskie media przedstawiały bombardowania dokładnie tak, jak ich rosyjscy koledzy. To samo miało miejsce podczas sojuszniczej operacji w Iraku, przy czym warto przypomnieć, że wówczas najzagorzalszymi przeciwnikami skierowania nad Zatokę ukraińskich żołnierzy byli Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko. Wówczas przyszli przywódcy Majdanu uznali, że dla władzy warto wyjść naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa, nie zastanawiając się, jakie to będzie miało późniejsze skutki.
W rezultacie w „Uniwersale Zgody Narodowej” pojawił się kompromisowy zapis, że o członkostwie w NATO zadecyduje ogólnokrajowe referendum. Stało się tak, mimo iż nie istnieje w tej kwestii żaden wymóg prawny. Decyzję o wejściu do Sojuszu spokojnie może podjąć parlament. W tej sytuacji zgoda na referendum jest przyznaniem nie tylko przez Partię Regionów, ale i obóz Wiktora Juszczenki, że wejście do NATO to sprawa dalekiej przyszłości związana z radykalną zmianą nastawienia społeczeństwa. Gdyby bowiem referendum odbyło się jutro, czy nawet za rok, z całą pewnością zostałoby przegrane. I jest bardzo wątpliwe, by sytuację tę szybko zmieniła nawet najlepsza kampania informacyjna. Nasze zsowietyzowane społeczeństwo zdecydowanie różni się w tym względzie od społeczeństwa Polski czy krajów bałtyckich. U nas żyją radzieckie mity. Dlatego zwiększenie wiedzy o NATO wcale nie będzie oznaczać wzrostu sympatii. Do tego Ukraina musi przestać być krajem ludzi sowieckich, gros swojej wiedzy o świecie czerpiących z rosyjskich mediów. Słowem – jest to zadanie na dekady, a nie na jedną prezydencką czy parlamentarna kadencję.
Tak naprawdę Wiktor Janukowycz, zawieszając ukraińskie starania o wejście do NATO, niczym nie ryzykował. Mimo krytyki prezydent Juszczenko swego podpisu spod Uniwersału Zgody Narodowej nie wycofa, a i Zachód z Ukrainą rozmawiać nie przestanie. Jedno co trzeba wytrzymać, to zdenerwowanie Naszej Ukrainy mającej zdecydowaną mniejszość w ukraińskim rządzie. Zresztą Nasza Ukraina i prezydenccy ministrowie też specjalnie nie ryzykują. Teraz, po dwukrotnej wizycie Janukowycza w Brukseli i spotkaniu w Moskwie, parlamentarzyści proprezydenckiej partii mogą przedstawić się elektoratowi jako obrońcy pryncypiów, żeby po pewnym czasie znowu rozpocząć rozmowy o wielkiej koalicji. Najważniejsze dla wszystkich to przetrwać jesień.
Witalij Portnikow, dziennikarz, absolwent i doktorant Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego; w latach 1988 – 1994 korespondent „Mołod’ Ukrajiny” (Kijów), w latach 1989 – 1995 komentator „Niezawisimoj Gaziety” (Moskwa), od roku 1991 korespondent i analityk Radia Wolna Europa (serwis rosyjski i ukraiński), od 1994 roku komentator tygodnika „Dzerkało Tyżnia” (Kijów)