Władza w wielkim stopniu uodporniła się na afery. Nie można tego niestety powiedzieć o państwie, które było regularnie psute. To, że owego ciągu skandali i afer nikt nie próbował nawet powstrzymać, jest w mijającym roku aferą największą - pisze w "Fakcie" Tomasz Lis.
W mijającym roku mniej istotne niż to, jakie mieliśmy afery było to, jak zmieniło się znaczenie słowa "afera". Jak osłabł wydźwięk tego słowa
w jego standardowym sensie. Także to, jak generowano sztuczne afery, by ukryć te właściwe i jak ignorowano afery naprawdę wielkie tylko dlatego, że nie miały korupcyjnego charakteru.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, że największe afery miały w większym stopniu wymiar medialny niż realny, nie w sensie znaczenia tego, co się działo, lecz w sensie skutków tych zdarzeń. Weźmy dwie afery najpoważniejsze, czyli sprawę taśm posłanki Beger i seksaferę. Jedna skończyła się niczym, a jeśli czymkolwiek, to - cóż za paradoks - wyłącznie wzmocnieniem koalicji. Druga może się skończy konkretami, może nie, trudno powiedzieć. Charakterystyczne dla naszych afer jest więc to, że wstrząsają one raczej społeczeństwem niż światem władzy, który na owe afery jest całkiem odporny. Można by z tego wyciągnąć wniosek, że media są bezradne, ja wolę jednak wyciągnąć inny wniosek – to politycy są impregnowani na to, co w normalnym świecie łamie kariery, burzy koalicje i obala rządy.
Bardzo wiele dla osłabienia znaczenia wszelkich afer zrobiono jeszcze za rządów SLD, gdy codziennie pojawiały się coraz to nowe afery. Jeśli afera jest normą, to poniekąd przestaje być aferą. Bo kto się będzie przejmował krzyczącymi tłustą czcionką tytułami gazet i dziennikami telewizyjnymi atakującymi widzów szokującymi treściami, skoro stają się one codziennością. Krzyk przestaje być krzykiem, gdy jest normą, szok nie jest szokiem, gdy trwa nieprzerwanie. Do tego siłę afer unicestwili w dużym stopniu politycy przy każdej okazji powtarzający, że są porażeni tym, czego się dowiedzieli. Posłowie Giertych, Wassermann i Macierewicz byli porażeni po każdym posiedzeniu orlenowskiej komisji. Politycy PIS-u są porażeni permanentnie, bo afery i aferzystów widzą wszędzie. Politycy PO byli porażeni oraz zdruzgotani i po wybuchu afery z "taśmami prawdy", i po pojawieniu się rewelacji w seksaferze. Jedynie politycy SLD bywali porażeni rzadko, co w ich przypadku może jednak świadczyć nie o odporności, lecz o cynizmie.
Całkiem spory udział w osłabieniu aferalności afer mieli politycy z aferami walczący, przynajmniej werbalnie, najintensywniej, czyli politycy rządzącego PIS-u. A to poprzez bagatelizowanie afer realnych, a to przez generowanie afer sztucznych, by te realne ukryć, a to z kolei przez doprowadzenie do sytuacji skandalicznych, które były aferami oczywistymi, choć nie miały charakteru korupcyjnego. Jeśli afera taśmowa rozeszła się po kościach, to głównie dlatego, że zasłonięto ją aferami sztucznie stworzonymi. "Taśmy prawdy" zostały szybko przykryte przez "spisek TVN-u i WSI", by obalić koalicję i rząd, przez "porażające informacje", jakie miały wynikać z opublikowania raportu z likwidowania tegoż WSI oraz przez "mord na demokracji", jakim miała być inwigilacja prawicy. Szafa Lesiaka przewróciła się na taśmy prawdy i je zmiażdżyła. A że w szafie Lesiaka nie było nic nowego, że z raportu likwidacyjnego po rozwiązaniu WSI sensacji pewnie nie będzie? Nieważne. Szło o to, by ludzie przestali mówić o aferze Begerowej. I przestali. Afer całkowicie sztucznych, wygenerowanych na potrzeby władzy, było całkiem sporo. Przykłady to wielomiesięczne zamieszanie wokół komisji bankowej, Balcerowicza i rzekomego konfliktu interesów w przypadku państwa Balcerowiczów. Potem była wielka afera z głupiutkim tekstem w niemieckiej gazecie, w którym braci Kaczyńskich porównywano do kartofli. A ostatnio wielka niby-afera z Powiernictwem Pruskim, którym próbowano przerazić miliony Polaków, by uczynić ich zakładnikami władzy, prowadzącej nierozsądną politykę wobec Niemiec.
Partii rządzącej dziś Polską trzeba oddać, że jej politycy nie dali się złapać w korupcyjne sieci, w których wylądowało tylu polityków SLD. Niestety, wolni od korupcji politycy PiS-u odpowiadają za liczne niekorupcyjne afery. Nie były one zwykle tożsame ze złamaniem prawa, ale stanowiły zamach na jego ducha. Twórcze rozwinięcie TKM-u, któremu tak przeciwstawiał się kiedyś Jarosław Kaczyński, kompromitujące błędy w polityce zagranicznej, obrażanie sędziów, adwokatów, lekarzy i dziennikarzy, wizerunkowa katastrofa za granicą, obrażanie byłych ministrów spraw zagranicznych, wyciek notatki ze spotkania z amerykańskim dyplomatą, zatrzymywanie i przewożenie przez całą Polskę wyłącznie dla efektu medialnego byłego ministra skarbu, kradzież przez władzę mediów publicznych - to tylko kilka z, niestety, bardzo wielu przykładów. To był ciąg skandali i afer, nie korupcyjnych, ale całkiem realnych. Tak, trzeba przyznać, że władza w wielkim stopniu uodporniła się na afery. Nie można tego niestety powiedzieć o państwie, które było regularnie psute, choć nikt nikomu niczego nie ukradł. To, że owego ciągu skandali i afer nikt nie próbował nawet powstrzymać, jest w mijającym roku aferą największą.
Tomasz Lis, dyrektor programowy Polsatu
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, że największe afery miały w większym stopniu wymiar medialny niż realny, nie w sensie znaczenia tego, co się działo, lecz w sensie skutków tych zdarzeń. Weźmy dwie afery najpoważniejsze, czyli sprawę taśm posłanki Beger i seksaferę. Jedna skończyła się niczym, a jeśli czymkolwiek, to - cóż za paradoks - wyłącznie wzmocnieniem koalicji. Druga może się skończy konkretami, może nie, trudno powiedzieć. Charakterystyczne dla naszych afer jest więc to, że wstrząsają one raczej społeczeństwem niż światem władzy, który na owe afery jest całkiem odporny. Można by z tego wyciągnąć wniosek, że media są bezradne, ja wolę jednak wyciągnąć inny wniosek – to politycy są impregnowani na to, co w normalnym świecie łamie kariery, burzy koalicje i obala rządy.
Bardzo wiele dla osłabienia znaczenia wszelkich afer zrobiono jeszcze za rządów SLD, gdy codziennie pojawiały się coraz to nowe afery. Jeśli afera jest normą, to poniekąd przestaje być aferą. Bo kto się będzie przejmował krzyczącymi tłustą czcionką tytułami gazet i dziennikami telewizyjnymi atakującymi widzów szokującymi treściami, skoro stają się one codziennością. Krzyk przestaje być krzykiem, gdy jest normą, szok nie jest szokiem, gdy trwa nieprzerwanie. Do tego siłę afer unicestwili w dużym stopniu politycy przy każdej okazji powtarzający, że są porażeni tym, czego się dowiedzieli. Posłowie Giertych, Wassermann i Macierewicz byli porażeni po każdym posiedzeniu orlenowskiej komisji. Politycy PIS-u są porażeni permanentnie, bo afery i aferzystów widzą wszędzie. Politycy PO byli porażeni oraz zdruzgotani i po wybuchu afery z "taśmami prawdy", i po pojawieniu się rewelacji w seksaferze. Jedynie politycy SLD bywali porażeni rzadko, co w ich przypadku może jednak świadczyć nie o odporności, lecz o cynizmie.
Całkiem spory udział w osłabieniu aferalności afer mieli politycy z aferami walczący, przynajmniej werbalnie, najintensywniej, czyli politycy rządzącego PIS-u. A to poprzez bagatelizowanie afer realnych, a to przez generowanie afer sztucznych, by te realne ukryć, a to z kolei przez doprowadzenie do sytuacji skandalicznych, które były aferami oczywistymi, choć nie miały charakteru korupcyjnego. Jeśli afera taśmowa rozeszła się po kościach, to głównie dlatego, że zasłonięto ją aferami sztucznie stworzonymi. "Taśmy prawdy" zostały szybko przykryte przez "spisek TVN-u i WSI", by obalić koalicję i rząd, przez "porażające informacje", jakie miały wynikać z opublikowania raportu z likwidowania tegoż WSI oraz przez "mord na demokracji", jakim miała być inwigilacja prawicy. Szafa Lesiaka przewróciła się na taśmy prawdy i je zmiażdżyła. A że w szafie Lesiaka nie było nic nowego, że z raportu likwidacyjnego po rozwiązaniu WSI sensacji pewnie nie będzie? Nieważne. Szło o to, by ludzie przestali mówić o aferze Begerowej. I przestali. Afer całkowicie sztucznych, wygenerowanych na potrzeby władzy, było całkiem sporo. Przykłady to wielomiesięczne zamieszanie wokół komisji bankowej, Balcerowicza i rzekomego konfliktu interesów w przypadku państwa Balcerowiczów. Potem była wielka afera z głupiutkim tekstem w niemieckiej gazecie, w którym braci Kaczyńskich porównywano do kartofli. A ostatnio wielka niby-afera z Powiernictwem Pruskim, którym próbowano przerazić miliony Polaków, by uczynić ich zakładnikami władzy, prowadzącej nierozsądną politykę wobec Niemiec.
Partii rządzącej dziś Polską trzeba oddać, że jej politycy nie dali się złapać w korupcyjne sieci, w których wylądowało tylu polityków SLD. Niestety, wolni od korupcji politycy PiS-u odpowiadają za liczne niekorupcyjne afery. Nie były one zwykle tożsame ze złamaniem prawa, ale stanowiły zamach na jego ducha. Twórcze rozwinięcie TKM-u, któremu tak przeciwstawiał się kiedyś Jarosław Kaczyński, kompromitujące błędy w polityce zagranicznej, obrażanie sędziów, adwokatów, lekarzy i dziennikarzy, wizerunkowa katastrofa za granicą, obrażanie byłych ministrów spraw zagranicznych, wyciek notatki ze spotkania z amerykańskim dyplomatą, zatrzymywanie i przewożenie przez całą Polskę wyłącznie dla efektu medialnego byłego ministra skarbu, kradzież przez władzę mediów publicznych - to tylko kilka z, niestety, bardzo wielu przykładów. To był ciąg skandali i afer, nie korupcyjnych, ale całkiem realnych. Tak, trzeba przyznać, że władza w wielkim stopniu uodporniła się na afery. Nie można tego niestety powiedzieć o państwie, które było regularnie psute, choć nikt nikomu niczego nie ukradł. To, że owego ciągu skandali i afer nikt nie próbował nawet powstrzymać, jest w mijającym roku aferą największą.
Tomasz Lis, dyrektor programowy Polsatu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|