Dziennik Gazeta Prawana logo

"Antylustratorzy, pokażcie pozytywny program"

12 października 2007, 15:04
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
Od Rybińskiego różnię się tym, że dla mnie początek końca Polski Michnika i Kiszczaka zaczął się dawno. Można wskazać kolejne słupy milowe tej drogi klęski - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
"Ojciec Hejmo to człowiek złamany" - przekonywał pewien dziennikarz "Gazety Wyborczej" w telewizyjnym programie. "W jaki sposób złamano ojca Hejmo?" - spytał już po programie jeden z dyskutantów. "Jak to jak? Pieniędzmi" - odpowiedział bez zmrużenia oka obrońca dominikanina.

Czy takie „argumenty skutkują? Na pewno 15 lat temu były przyjmowane ze śmiertelną powagą, także przez masę dziennikarzy, intelektualistów czy po prostu inteligentów, którzy dziś się od nich dystansują. Maciej Rybiński uznał na naszych łamach, że to oznacza definitywny koniec "Polski Kiszczaka i Michnika".

Jan Lityński porównał ten tekst z kampaniami antysyjonistycznymi i antyinteligenckimi z Marca ’68. Nie wiem, dlaczego zestawienie Michnika z Kiszczakiem miałoby być obraźliwie, skoro naczelny "Gazety Wyborczej" generała chwalił i uznawał za twórcę polskiej demokracji. Piszę to z pełnym respektem dla Lityńskiego, który w sprawie lustracji czy rozliczeń komunizmu miał od pewnego momentu inne zdanie niż Michnik. Choć i on wylądował w końcu w bloku Lewica i Demokraci, którego kolejni radni okazują się esbekami. Ale z pewnością Lityński zasługuje na poważne potraktowanie. Czy zasługuje Michnik, który wychował zastępy adeptów plotących dziś trzy po trzy o "złamaniu pieniędzmi"? I dlaczego Lityński nie oburzał się wielotygodniowymi kampaniami na łamach "Gazety Wyborczej", z których wynikało - to jeden tylko przykład - że rzecznik Nizieński, sędzia usunięty w stanie wojennym, jest postacią podejrzaną, podczas gdy Kiszczak - jak wyżej.

Gazeta czy sekta?
Od Rybińskiego różnię się tym, że dla mnie początek końca Polski Michnika i Kiszczaka zaczął się dawno. Można wskazać kolejne słupy milowe tej drogi klęski. Afera Oleksego, powstanie Instytutu Pamięci Narodowej, afera Rywina. Wreszcie trochę straceńczy gest Bronisława Wildsteina, który ujawniając wewnętrzny indeks z IPN, ożywił debatę o tym, ile Polacy mają prawo wiedzieć. Nie tylko o politykach, ale na przykład o ludziach zaufania publicznego. Także o duchownych.

Oczywiście, patrząc na całą historię III Rzeczypospolitej, środowisko "Gazety Wyborczej" - szersze niż sam zespół redakcyjny - ma też prawo do świętowania zwycięstw. Polska wstąpiła do NATO i Unii Europejskiej, mamy gospodarkę rynkową. Tyle że to wszystko są sprawy, tematy, cele, które trudno jest zawłaszczać tej jednej grupie. Tym, co tę grupę wyróżniało najbardziej, była niechęć do lustracji. O to, aby jej nie było, środowisko to prowadziło walkę najzacieklejszą, sprowadzającą chwilami racjonalnych przecież ludzi o szerokich horyzontach do roli zacietrzewionej sekty. Przy tym lustracja jest tylko symbolem pewnej postawy. Stosunku do przeszłości, o czym napisano już tomy, a czego przejawem jest łączenie nazwisk bohatera podziemia z nazwiskiem dawnego szefa tajnej policji komunistycznej dyktatury. Ale i stosunku do teraźniejszości, w której prosty clearing równa się na mocy publicystycznego werdyktu odwetowi i nienawiści.

Warto by kiedyś zebrać w całość argumenty, którymi wojowano. Okazałyby się - zestawione obok siebie - czymś na kształt gabinetu osobliwości. Oto główny specjalista od tematyki lustracyjnej w "Gazecie Wyborczej" Paweł Smoleński rekonstruował po wielekroć wiedzę o dawnej Służbie Bezpieczeństwa na podstawie relacji dawnych jej funkcjonariuszy. W tym przypadku nie było poszukiwania różnych źródeł - czego żąda się dziś od prasowych "lustratorów". To od esbeków, za pośrednictwem całkiem bezkrytycznego dziennikarza, czytelnik "Wyborczej" dowiadywał się o praktykach spisywania nazwisk agentów z list lokatorów na klatkach schodowych i o masowym fałszowaniu danych w policyjnych kartotekach. Równocześnie na tym samym wydechu publicyści "Wyborczej" na czele z Michnikiem dowodzili, że lustracja to pośmiertne zwycięstwo dawnej SB z całą jej ohydą. Skąd ta ohyda, skoro ludzie tej SB urastali w wolnej Polsce do roli ekspertów?

Brudne chwyty
Gdy argumentów nie stało, pojawiały się brudne chwyty. Do kanonów tego gatunku należy tekst tegoż samego Smoleńskiego z 14 listopada 1998 roku "I ty zostaniesz konfidentem" poświęcony kilku historiom dawnych opozycjonistów uwikłanych w niejednoznacznych okolicznościach w gry z bezpieką. Tak oto wróg grzebania się w brudach wyruszał nagle z wielką pasją w świat, którego ponoć nie chciał oglądać. Podobnie zresztą jak sam Michnik, odmawiając innym dostępu do teczek, pogalopował jako pierwszy przeglądać je w roku 1990. Sylwetki tych nieszczęśników zostały napisane przez Smoleńskiego umiejętnie - tak że średnio nawet wtajemniczeni potrafili je rozpoznać, ale już nie szeroka widownia. Było to więc coś na kształt znaku, przestrogi, pogrożenia palcem. Bo ci ludzie byli politykami. To między innymi od ich partii czy środowisk zależał los lustracji.

Równie kontrowersyjne moralnie było ostatnio potraktowanie wystąpienia Jana Turnaua w obronie księdza Michała Czajkowskiego jako redakcyjnego komentarza, gdy sprawa ta stała się głośna dzięki mediom. Rozumiem emocje człowieka, któremu przychodzi bronić przyjaciela prostym: ja mu wierzę i koniec. Nie rozumiem gazety, która czyni z tego, przed sprawdzeniem czegokolwiek, własne stanowisko. Turnau sformułował przy okazji zdumiewającą tezę: o lustracyjnych historiach nie wolno pisać przed wyrokiem sądowym. A o aferach? O politycznej lub finansowej korupcji? O molestowaniu kobiet przez polityków Samoobrony? To wszystko nie sprowadza na bohaterów infamii? Niewątpliwie na długo przed tym, zanim sędzia, ba! prokurator, otworzą usta. Tak to gazeta powołująca się na światłe europejskie standardy zakwestionowała nagle prawidła obowiązujące w naszym zawodzie już nie od dziesiątek, lecz setek lat. Najadłszy się w zasadniczej sprawie wstydu - bo ksiądz był jednak agentem. To wyrzekanie się przez wykształconych, postępowych Europejczyków zasad, które przynajmniej powinni wyznawać, jest zresztą najbardziej fascynującym wymiarem tej sprawy.

Im więcej widzieliśmy tej zaciekłości, tym mniej okazywała się ona skuteczna. Trudno upatrywać w popieraniu lustracji - jak w 1991 czy 1992 roku - przypadłości samej tylko prawicy, zwłaszcza tej skrajnej, czarnosecinnej, której tak bał si Michnik. Po stronie procedur sprawdzających byli od początku Andrzej Rzepliński czy świętej pamięci Marek Nowicki, niewątpliwi obrońcy praw człowieka. Tezę, że warto szukać wiedzy w esbeckich papierach - choć nie tylko w nich - upowszechniali historycy o umiarkowanych liberalnych poglądach: Andrzej Paczkowski czy Paweł Machcewicz. Około 1996 roku przekonała się do lustracji znaczna część Unii Wolności, partii wychowanej przez Adama Michnika. To właśnie to ugrupowanie z Lityńskim na czele było współtwórcą zarówno pierwszej ustawy lustracyjnej, jak i ustawy tworzącej IPN.

Kto się okrył niesławą?
Empiria w końcu się przebijała, choć początkowo musiała drążyć skałę. O tym, że antylustracyjnym homiliom Michnika zaprzeczała rzeczywistość krajów sąsiednich, że najtwardsze antylustracyjne rozwiązania przyjmowały te o najbardziej zaawansowanej demokracji, wspominam już tylko z obowiązku. - Czy pan myśli, że wschodni Niemcy są szczęśliwsi od czasu, gdy otworzyli archiwa Stasi? A może dzięki lustracji szczęśliwsi są Czesi? - mówi Smoleńskiemu dawny esbek w jego tekście "I ty zostaniesz konfidentem". Czytelnikom "Wyborczej" to musiało wystarczyć.

Odpowiedzią na empirię była jeszcze większa agresja przyjmująca niekiedy zadziwiającą postać. To Jacek Kuroń powiedział, że "polityka jest sztuką racji podzielonych". I to Adam Michnik oraz jego zwolennicy odrzucali to rozumowanie, choćby jako roboczą hipotezę wobec lustracji jakkolwiek rozumianej. Znalazło to swój zabawny finał dzień po tym, jak Sejm zdecydował w 1999 roku o utworzeniu IPN. Adam Michnik swój komentarz kwitujący tę tragedię rozpoczął od zdania: "Sejm okrył się niesławą". Pisał o wszystkich posłach, którzy głosowali "za" na czele z liderem UW Leszkiem Balcerowiczem, chwalonym kilka stron dalej za osiągnięcia gospodarcze. Okryć się niesławą to nie to samo, co pomylić się albo mieć inne zdanie. Notabene niesławą okrył się też Mirosław Czech, ówczesny sekretarz generalny Unii, który dziś na łamach "Gazety Wyborczej" wyśmiewa pogląd, jakoby w esbeckich aktach można było szukać prawdy. To jednak jeden z ostatnich przypadków reedukacji w tę stronę. Fala zmierza bowiem w zupełnie przeciwnym kierunku.
Czy to gazeta Michnika, jego środowisko, zablokowała lustrację? Można znaleźć wiele argumentów za tym, że niekoniecznie. To nie "Gazeta Wyborcza" rozwiązała w 1993 roku parlament pracujący nad ustawą lustracyjną. To nie Michnik kazał Prawu i Sprawiedliwości napisać w ostatnim roku lustracyjną ustawę, którą musi jeszcze przed wejściem w życie zmieniać PiS-owski prezydent. Takich sytuacji zebrało się całkiem sporo.

Można na to jednak spojrzeć nieco inaczej. Siła antylustracyjnej propagandy "Gazety Wyborczej" powtarzanej zwłaszcza w pierwszej połowie lat 90. przez dużą część polskich mediów i elit intelektualnych miała wpływ na decyzje wyborców. Na przykład ułatwiając - choć oczywiście nie przesądzając, bo ten sukces miał wielu ojców - dwa zwycięstwa antylustracyjnej lewicy. Ta propaganda wpływała też na niesłychanie wyrozumiały stosunek sądownictwa do potencjalnych kłamców lustracyjnych. Choćby na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego pozwalające oczyścić nawet kogoś, kto donosił, jeśli z donosów nie da się wyczytać, zdaniem bardzo wyrozumiałych sędziów, że "szkodził".

Tor przeszkód
Ale przede wszystkim ta propaganda stawiała zwolenników lustracji przed istnym torem przeszkód. To oni nieustannie tłumaczyli się ze swoich argumentów "za", starając się - świadomie lub podświadomie - dostosować procedury i praktykę do medialnych zarzutów, wyjść im choć częściowo naprzeciw. Tymczasem te zarzuty były formułowane nie po to, aby uczynić sprawdzanie przeszłości bardziej humanitarnym, sprawiedliwym czy bezpiecznym. One były nastawione wyłącznie na to, aby lustrację, a w gruncie rzeczy wszelkie przejawy badania komunistycznej przeszłości sprowadzić do absurdu i sparaliżować.

Drobny przykład takich zabiegów. Kiedy Wildstein wyniósł z IPN indeks, "Wyborcza" zaatakowała nie tylko jego, ale i sam Instytut. Miał on zgrzeszyć tym, że umieścił w jednym wykazie niewątpliwych agentów, ludzi tylko zarejestrowanych jako agenci oraz takich, którzy byli przedmiotem inwigilacji. Gdyby jednak IPN sporządził indeks, wyróżniając te kategorie, zostałby natychmiast oskarżony o to, że arbitralną decyzją archiwisty przesądza, kto jest winien, a kto nie. Do tego przecież sprowadzały się zarzuty tej samej "Wyborczej" wobec przewidzianej w ustawie zasady przyznawania przez Instytut statusu pokrzywdzonego. Ponieważ zaś IPN-owscy historycy nie mogli prowadzić badań bez takiego indeksu, sens kampanii był jeden: jakąkolwiek procedurę IPN by wybrał, zawsze pozostawał w cieniu podejrzenia.

Taki tor przeszkód działał przez lata niezawodnie. Teraz zaczynamy się wyzwalać od jego morderczej logiki. Wystarczy bowiem odwrócić problem. Zadać pytanie: jaki pomysł na dawne esbeckie papiery mają wrogowie lustracji? Jaki jest ich pozytywny program? Bo jej zwolennicy byli wywoływani do tablicy tysiące razy.

Bardzo trudno jest wyczytać odpowiedź na to pytanie z setek tekstów poświęconych lustracji - od uczonych wywodów Andrzeja Romanowskiego, który poświęcił walce z IPN szmat swego życia, po najbardziej cięte komentarzyki Andrzeja Zagozdy wyzywające pracowników IPN od „gówniarzy. Niewiele wskazówek przynoszą też wystąpienia takich wiernych zwolenników Michnikowego poglądu na tę kwestię jak Krzysztof Kozłowski czy wiecznie zniesmaczona "lustracyjn nagonką" Janina Paradowska.

Spalić czy zamknąć papiery?
Zacznijmy od najbardziej radykalnej hipotezy. Można by dokończyć to, czego nie zrobili ludzie Kiszczaka, i po prostu te papiery spalić. Wydawało mi się, że taka propozycja nawet na łamach "Wyborczej" nie padła. Ale wyczytałem ją dwa dni temu - w artykule Pawła Wrońskiego.

"Krzysztof Kozłowski powstrzymał palenie teczek. Ale stwierdził, że są tak niebezpieczne, że najlepiej byłoby je spali. To, co się w tej sprawie działo, łącznie z uderzeniem w autorytet Kościoła, wskazuje, że chyba miał rację" - pisze Wroński. W tym przypadku uczeń - jak się zdaje - przerósł mistrza. Nie pamiętam takiego wezwania Michnika.

Można by zacząć od złośliwości: płomienie to dobra recepta na każdy kłopot. Jest afera trudna do rozwikłania przez prokuratorów: buch, akta do pieca! Ale potraktujmy spóźniony o kilkanaście lat postulat Wrońskiego poważnie. Przyjmijmy założenie, że te magiczne teczki pracy, teczki osobowe i rejestry to coś zupełnie odmiennego niż każdy inny dokument.

A więc spalić - ale skąd mieć gwarancję, że nie powrócą pod postacią kserokopii zgromadzonych przez esbeckich weteranów? Kopii stokroć groźniejszych niż teraz, skoro nie ma oryginałów. Więc spalić i pozbawić dawnych opozycjonistów bohaterskiej przeszłości? Bo przecież w teczkach inwigilowanych można znaleźć i cudze donosy, i świadectwa heroizmu. Spalić i odebrać inwigilowanym prawo wiedzy, co mieli na nich ich prześladowcy? Ofiarom taka wiedza chyba się należy? Wreszcie zaś: spalić i pozbawić w barbarzyński sposób polskich historyków kapitalnego źródła?

Może więc nie spalić, ale zamknąć na 50 lat w niedostępnych pomieszczeniach? Niech tam czekają na historyków przyszłych pokoleń. Taką propozycję rzucił kiedyś sam Michnik. Można ją więc uznać za najbardziej miarodajną dla jego obozu.

Problem w tym, że większość argumentów z poprzedniego punktu pasuje i do tego scenariusza. Jako owoc zakazany i niedostępny, a mający śmiertelną moc rażenia, akta te stałyby się w dodatku przedmiotem rozmaitych zabiegów. Ich zamknięcie postawiłoby na porządku dziennym pytanie, kto będzie strażnikiem. Dysponentem klucza.

W pierwszej połowie lat 90. tym dysponentem były zresztą służby specjalne nowego niepodległego państwa. Wówczas nikt specjalnie nie ukrywał, że z tych akt nadal się korzysta, a niektórych ludzi werbuje w nowej Polsce, opierając się na starych zależnościach. Tym bardziej to było oczywiste, że wielu oficerów nowych służb przyszło z aparatu dawnego reżymu. Wałęsowski szef MSW Andrzej Milczanowski powiedział w sierpniu 1992 roku na otwartym posiedzeniu sejmowej komisji przesłuchującej go przed powołaniem rządu Suchockiej, że wertuje czasem te akta. - Każdemu zdarza się schodzić do spiżarki - oznajmił. Nikt z "Wyborczej" nie zareagował na to do bólu szczere oświadczenie choćby zaniepokojeniem.

Ważniejsze jest wszakże co innego. Można mieć pewność, że skoro robił to Milczanowski, jedynie zafascynowany dawnymi esbekami, ale bądź co bądź funkcjonariusz demokratycznego państwa, tym chętniej spiżarkę odwiedzał Kiszczak. Scenariusz "zabetowania" akt to wydanie polskiego państwa, jego polityków, urzędników i opiniotwórczych środowisk na łup tych, z którymi Kiszczak podzielił się swoimi zapasami.
W pewnej telewizyjnej audycji lewicowy dziennikarz zareagował na podobne uwagi rozbrajająco: przecież żadna taka historia nie jest mu znana. Można by przypomnieć choćby esbeka Wieczorka, świadka obrony Zyty Gilowskiej, który przechowywał teczki na działce rekreacyjnej. Można, tyle że te polemiki nie mają sensu, bo podobne akty naiwności bynajmniej z naiwności nie wynikają. Podobnie skwituję wywody Pawła Wrońskiego dowodzącego, że skoro Polska nie jest uległa wobec Rosji, to przynajmniej jedno jest pewne - kopie tych dokumentów nie trafiły do Moskwy. To tak, jakby twierdzić, że Noel Field czy Alger Hiss nie mogli być sowieckimi szpiegami w USA, bo przecież Ameryka zachowała w latach 40. XX wieku niezależność wobec sowieckiego politbiura, a nawet walczyła z ZSRR. Niestety, Field czy Hiss byli szpiegami.

Może jednak - skoro warianty spalenia i zamknięcia na klucz nastręczają tyle wątpliwości zachować te archiwa w stanie półotwartym, dopuszczając do nich tylko historyków. W takiej sytuacji każdy badacz najnowszych dziejów Polski przy każdej próbie publikacji nieautoryzowanej przez Michnika stałby się już nie tylko "gówniarzem", ale... (tu dodajmy dowolne soczyste słowo znane z dialogów z Rywinem czy Gudzowatym). Z drugiej strony taki monopol zapewniłby korporacji historycznej rzeczywistą, pozbawioną większej kontroli władzę nad ludzkimi losami. A nie zapobiegłby większości niebezpieczeństw wymienionych przy okazji poprzednich scenariuszy. W dodatku ciekawość ludzka byłaby i tak zaspokajana - tyle że w sposób nieuporządkowany, bez prawa bohaterów przecieków do obrony.

Nieciekawi dyskusji
Wniosek, że jakaś forma korzystania z tych akt i jakaś forma otwarcia tych archiwów jest jednak korzystniejsza, uczciwsza, bezpieczniejsza niż poprzednie warianty, nasuwa się sam. Oczywiście, oponenci lustracji są w stanie wylać w tym momencie całe morze zastrzeżeń, wysypać na stół całe mnóstwo niebezpieczeństw.

Rzecz w tym, że nigdy nie próbowali takiego początkowego bilansu rachunku zysków i strat, krzywd rzeczywistych i potencjalnych dokonać. Radykalni zwolennicy lustracji byli ośmieszani. Umiarkowani - traktowani jak powietrze, nawet jeśli chwalono ich za inne rzeczy. - Moi przyjaciele z Unii Wolności zmienili zdanie - zauważał Michnik w maju 1997, po roku dyskusji. - Chętnie bym się dowiedział, jakie to nowe argumenty wpłynęły na to, że dziś chcą tak zajadle lustrować - dodawał. Lityński pisze, że wielokrotnie z nim dyskutował. Najwyraźniej argumenty przepływały obok.

Dlaczego tak się działo? Może Michnik uważał, że rozliczenia czasów komunizmu trzeba poświęcić na ołtarzu strategicznego sojuszu z postkomunistyczną lewicą. Może wyczytał w teczkach, które sam obejrzał, coś strasznego - dla swojego środowiska lub w ogóle dla tak zwanych autorytetów? Może naprawdę wierzy, że jeden przypadek omyłki lub krzywdy nieweluje wszystkie zagrożenia wywołane zaniechaniem lustracji? Nie podejmuję się ważyć jego motywów.

Wiem jedno. Nie zadał sobie trudu, aby zrozumieć choć jeden argument przeciwnej strony tego sporu. Nie spróbował choć teoretycznie uznać go za spór w rodzinie - dawnych opozycjonistów lub ludzi inaczej traktujących dobro publiczne. Każąc zwolennikom lustracji wyjaśniać każdy swój pomysł, naginać każdą procedurę do antylustracyjnych lęków, sam nie wykazał woli posunięcia się o jotę. Nie objawił choćby zaciekawienia cudzymi racjami.

Dziś z antylustracyjnej nadgorliwości pozostało niewiele. Błazeńskie miny Mirosława Czecha, który już tylko przedrzeźnia, mówiąc o IPN-owskich historykach jako wierzących w maksymę "prawda was wyzwoli". Dziwne rozważania samego Michnika, który widzi lustratorów w dowolnej opowieści - czy o XIX-wiecznej Rosji czy Francji czasów Stendhala. Retoryczne pytania dziennikarzy z "Wyborczej" zadawane w telewizyjnych programach: czy można wyczytać całą prawdę z esbeckich teczek, choć nikt nie szuka w teczkach CAŁEJ prawdy ani nie próbuje pisać historii Polski TYLKO na podstawie tych materiałów.

W 1992 roku młodzi dziennikarze "Wyborczej" przychodzili do redakcji w koszulkach z napisem "jestem agentem". Była w tym nie tylko solidarność z "niewinnie posądzonymi" przez Antoniego Macierewicza, ale młodzieńczy, prawda, że niemądry, symboliczny akt - może zawierzenia liderowi, a może odcięcia się od dylematów niedawnej przeszłości. Dziś zaprawiona w "młodziackich" bojach, gdy trzeba wieść licealistów na barykady przeciw Giertychowi, "Gazeta Wyborcza" w sprawie lustracji posługuje się dziwnie starczym, tetryckim tonem. Urąganie "gówniarzom" to przecież wystawianie sobie - przynajmniej w tej sprawie - świadectwa porażki.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj