"Kreml chce znowu dominować w świecie. A żeby dominować, musi z kimś walczyć. I tak jak kiedyś wrogiem numer jeden znowu jest Ameryka. To dobra kontynuacja starej sowieckiej tradycji" - pisze w DZIENNIKU Władymir Bukowski, były sowiecki dysydent.
Putin zawsze mówi tak, jakby właśnie zerwał się ze smyczy, ale teraz przerósł sam siebie. Znalazł się w bardzo niezręcznej sytuacji w związku z zabójstwami
Politkowskiej i Litwinienki. Cały czas jest o to pytany, zarówno przez zachodnich dziennikarzy, jak i polityków. Denerwuje się, bo nie wie, jak na zaostrzenie linii zareaguje świat i jakie
konsekwencje wyciągnie w stosunku do Rosji. Prewencyjnie więc grozi wszystkim - głównie Amerykanom – licząc na to, że się przestraszą i ustąpią. To typowe dla rosyjskich
polityków. Oni rozumieją tylko strach. W Rosji nawet jest powiedzenie - "boisz się mnie, a to znaczy, że mnie szanujesz".
Nie sądzę jednak, żeby Rosji w rzeczywistości zależało na konfrontacji z Zachodem. W Monachium Putin odegrał z zimną krwią teatr. Ale wygląda na to, że kiedyś taka konfrontacja musi nastąpić - właśnie po kolejnej rosyjskiej prowokacji. Z każdym dniem bowiem władcy Kremla mają coraz większe poczucie, że po raz pierwszy od wielu lat stanęli twardo na nogach. Mają najbardziej stabilną sytuację gospodarczą od lat, dużo pieniędzy, wiele możliwości. Ale Kreml wciąż czuje się niedowartościowany. Rosja dąży więc do przezwyciężania swoich kłopotów psychologicznych, próbując udowodnić samej sobie, że jest znacznie potężniejsza niż w rzeczywistości. Musi mieć najwięcej rakiet, czołgów, karabinów maszynowych... "Jesteśmy mocarstwem" - to dziś dla Rosjan główny motyw i najważniejszy cel.
Niektórzy twierdzą, że prowokacyjne wystąpienia Putina są związane z przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, że Putin próbuje podgrzewać atmosferę, pokazywać swoją siłę. To mało prawdopodobne, do wyborów jest przecież rok, a i tak są kontrolowane przez władzę. Monachium i wszelkie podobne ruchy w przyszłości są więc skierowane wyłącznie na użytek zachodniej opinii publicznej - aby ją wystraszyć i podzielić.
Nie sądzę jednak, żeby Rosji w rzeczywistości zależało na konfrontacji z Zachodem. W Monachium Putin odegrał z zimną krwią teatr. Ale wygląda na to, że kiedyś taka konfrontacja musi nastąpić - właśnie po kolejnej rosyjskiej prowokacji. Z każdym dniem bowiem władcy Kremla mają coraz większe poczucie, że po raz pierwszy od wielu lat stanęli twardo na nogach. Mają najbardziej stabilną sytuację gospodarczą od lat, dużo pieniędzy, wiele możliwości. Ale Kreml wciąż czuje się niedowartościowany. Rosja dąży więc do przezwyciężania swoich kłopotów psychologicznych, próbując udowodnić samej sobie, że jest znacznie potężniejsza niż w rzeczywistości. Musi mieć najwięcej rakiet, czołgów, karabinów maszynowych... "Jesteśmy mocarstwem" - to dziś dla Rosjan główny motyw i najważniejszy cel.
Niektórzy twierdzą, że prowokacyjne wystąpienia Putina są związane z przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, że Putin próbuje podgrzewać atmosferę, pokazywać swoją siłę. To mało prawdopodobne, do wyborów jest przecież rok, a i tak są kontrolowane przez władzę. Monachium i wszelkie podobne ruchy w przyszłości są więc skierowane wyłącznie na użytek zachodniej opinii publicznej - aby ją wystraszyć i podzielić.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz