Chciałbym umrzeć z godnością. Nie łapać powietrza rękoma, nie męczyć się podtrzymywany przy życiu respiratorem. Bo z czasem tzw. ratowanie życia zamienia się w sankcjonowane prawem znęcanie się społeczeństwa nad nieszczęśnikiem - napisał do DZIENNIKA śmiertelnie chory Wojtek Niepokulczycki.
O eutanazji powinni mówić przede wszystkim ci, którzy zetknęli się z nią osobiście. Są bardziej kompetentni.
Temat wywołał przypadek sparaliżowanego Janusza Świtaja, o którym od pewnego czasu na łamach DZIENNIKA toczy się debata i który zapoczątkował ogólnonarodową dyskusję. Wypowiadają się w niej społeczne czy kościelne autorytety moralne, i to raczej w podobnym tonie: z punktu widzenia etyki - eutanazji nie można dokonywać. Jest wszak jedna wspólna cecha wyrażających opinię autorytetów: są zdrowi i dylemat nie dotyczy ich osobiście. Łatwiej jest im budować teorie zgodne z przekonaniami. Tymczasem do dyskusji o eutanazji należy wciągnąć możliwie wielu ludzi, których problem dotyczy bezpośrednio.
Mam 54 lata. Rok temu cztery razy w tygodniu wskakiwałem w samochód, jechałem do lasu i przebiegałem 12-kilometrową trasę. W kwietniu po takim biegu silny kaszel zmusił mnie do złożenia wizyty u lekarza. Wyrok usłyszałem po tygodniu - adenocarcinoma, nowotwór złośliwy płuca. W tym samym tygodniu badanie scyntygraficzne kości wykazało pęknięcie 11-go kręgu w kręgosłupie. Przerzut z płuca do kości i uszkodzony kręgosłup. Los wyszykował mi paskudny wybór: czy mam umierać sparaliżowany, czy też szybko udusić się, chodząc. Opinia ortopedy była jednoznaczna - jeśli nie poddam się operacji, będę sparaliżowany.
"To skomplikowana operacja, może pan jej nie przeżyć" - powiada mi lekarz. "Operacja miała być przeprowadzona w trakcie chemioterapii..."
"Wolę nie żyć, niż być sparaliżowany" - skwitowałem krótko ostrzeżenie.
Takiego wyboru wówczas dokonałem.
Nowotwór z nową siłą zaatakował osłabiony operacją organizm i dzisiaj już wiem, że mam cztery przerzuty do węzłów chłonnych i tomograf wykazał zaatakowane następne dwa segmenty płuca. Takie koszty poniosłem, robiąc unik przed porażeniem.
Chciałbym umrzeć z godnością. Nie łapać powietrza rękoma, nie męczyć się podtrzymywany przy życiu respiratorem. Bo z czasem tzw. ratowanie życia zamienia się w sankcjonowane prawem znęcanie się społeczeństwa nad nieszczęśnikiem. A wszystko to w imię nie zawsze dobrze pojmowanej etyki.
Współczuję Panu Januszowi. Sam nie może o niczym zdecydować, bo jest sparaliżowany.
Siłą rzeczy, znaleźć musiałby się ktoś, kto do jego śmierci przyczyni się osobiście. Znalezienie takiej osoby jest chyba niemożliwe. Przynajmniej w tym przypadku. Określenie zasad eutanazji uprościłoby temat, lekarz z urzędu pomógłby Panu Januszowi godnie umrzeć.
Sąd nie mógł postąpić inaczej, niż pozew oddalić, bo funkcjonuje w specyficznych polskich warunkach prawnych. Dyskusja powinna toczyć się na polu rozwiązań ustawowych i zabezpieczeń prawnych przed nadużyciami. Ale powinna się toczyć. Większą wagę powinniśmy przykładać do wypowiedzi osób, których problem dotyczy.
Normy etyczne, jakie narzucają tu osobnicy zdrowi, są ważne, ale powinniśmy zdawać sobie sprawę, że żyjąc w innych standardach, "zdrowy" autorytet nie jest do końca kompetentny.
A standardy są ważne. W moim przypadku zawaliły się one tak dramatycznie, że chodząc po mieszkaniu, mam czasami ochotę wyjść na balkon. Mieszkam na 9-tym piętrze. Bywa, że myślę o innych formach odejścia.
To nie jest wybór prosty i ktokolwiek wyobraża sobie, że chory lekkomyślnie wybierze śmierć, ten się głęboko myli. Akurat pośród nas, śmiertelnie chorych, jest najmniej osobników z manią samobójczą. Wybór jest kwestią parametrów życia, jakich już nie akceptujemy. Taka decyzja wymaga ogromnej odwagi.
Pozew Pana Janusza to wynik jego dramatycznych, wieloletnich zmagań. Mam ogromny szacunek do tej decyzji i życzę mu powodzenia w walce o godną śmierć. Jemu i tym śmiertelnie chorym, którzy w warunkach polskiej służby zdrowia nie znajdą właściwego wsparcia.
Ukryta eutanazja odbywa się codziennie w polskich szpitalach. Materialna sytuacja służby zdrowia przekłada się na dramatyczne decyzje lekarzy. Bo przecież nie wszystkim potrzebującym chorym starcza urządzeń podtrzymujących życie. Tu wyboru musi dokonać lekarz. A jak nazwać decyzję NFZ, który odmawia refundowania skutecznego leku, bo ten jest zbyt drogi? Takie dramaty często poruszają media. Kilku szczęśliwcom uda się dzięki nim uratować życie. Społeczeństwo polskie w takich sytuacjach sprawdza się znakomicie i wpłaca datki na konta śmiertelnie chorych. Ale ogromna rzesza niemających "układów" umiera z braku środków.
Holandia wprowadziła u siebie ustawę o eutanazji. Nie musimy powielać dokładnie jej wzorców, ale możemy przyjrzeć się wadom i zaletom tamtej ustawy i na tej bazie wypracować swoją.
Temat wywołał przypadek sparaliżowanego Janusza Świtaja, o którym od pewnego czasu na łamach DZIENNIKA toczy się debata i który zapoczątkował ogólnonarodową dyskusję. Wypowiadają się w niej społeczne czy kościelne autorytety moralne, i to raczej w podobnym tonie: z punktu widzenia etyki - eutanazji nie można dokonywać. Jest wszak jedna wspólna cecha wyrażających opinię autorytetów: są zdrowi i dylemat nie dotyczy ich osobiście. Łatwiej jest im budować teorie zgodne z przekonaniami. Tymczasem do dyskusji o eutanazji należy wciągnąć możliwie wielu ludzi, których problem dotyczy bezpośrednio.
Mam 54 lata. Rok temu cztery razy w tygodniu wskakiwałem w samochód, jechałem do lasu i przebiegałem 12-kilometrową trasę. W kwietniu po takim biegu silny kaszel zmusił mnie do złożenia wizyty u lekarza. Wyrok usłyszałem po tygodniu - adenocarcinoma, nowotwór złośliwy płuca. W tym samym tygodniu badanie scyntygraficzne kości wykazało pęknięcie 11-go kręgu w kręgosłupie. Przerzut z płuca do kości i uszkodzony kręgosłup. Los wyszykował mi paskudny wybór: czy mam umierać sparaliżowany, czy też szybko udusić się, chodząc. Opinia ortopedy była jednoznaczna - jeśli nie poddam się operacji, będę sparaliżowany.
"To skomplikowana operacja, może pan jej nie przeżyć" - powiada mi lekarz. "Operacja miała być przeprowadzona w trakcie chemioterapii..."
"Wolę nie żyć, niż być sparaliżowany" - skwitowałem krótko ostrzeżenie.
Takiego wyboru wówczas dokonałem.
Nowotwór z nową siłą zaatakował osłabiony operacją organizm i dzisiaj już wiem, że mam cztery przerzuty do węzłów chłonnych i tomograf wykazał zaatakowane następne dwa segmenty płuca. Takie koszty poniosłem, robiąc unik przed porażeniem.
Chciałbym umrzeć z godnością. Nie łapać powietrza rękoma, nie męczyć się podtrzymywany przy życiu respiratorem. Bo z czasem tzw. ratowanie życia zamienia się w sankcjonowane prawem znęcanie się społeczeństwa nad nieszczęśnikiem. A wszystko to w imię nie zawsze dobrze pojmowanej etyki.
Współczuję Panu Januszowi. Sam nie może o niczym zdecydować, bo jest sparaliżowany.
Siłą rzeczy, znaleźć musiałby się ktoś, kto do jego śmierci przyczyni się osobiście. Znalezienie takiej osoby jest chyba niemożliwe. Przynajmniej w tym przypadku. Określenie zasad eutanazji uprościłoby temat, lekarz z urzędu pomógłby Panu Januszowi godnie umrzeć.
Sąd nie mógł postąpić inaczej, niż pozew oddalić, bo funkcjonuje w specyficznych polskich warunkach prawnych. Dyskusja powinna toczyć się na polu rozwiązań ustawowych i zabezpieczeń prawnych przed nadużyciami. Ale powinna się toczyć. Większą wagę powinniśmy przykładać do wypowiedzi osób, których problem dotyczy.
Normy etyczne, jakie narzucają tu osobnicy zdrowi, są ważne, ale powinniśmy zdawać sobie sprawę, że żyjąc w innych standardach, "zdrowy" autorytet nie jest do końca kompetentny.
A standardy są ważne. W moim przypadku zawaliły się one tak dramatycznie, że chodząc po mieszkaniu, mam czasami ochotę wyjść na balkon. Mieszkam na 9-tym piętrze. Bywa, że myślę o innych formach odejścia.
To nie jest wybór prosty i ktokolwiek wyobraża sobie, że chory lekkomyślnie wybierze śmierć, ten się głęboko myli. Akurat pośród nas, śmiertelnie chorych, jest najmniej osobników z manią samobójczą. Wybór jest kwestią parametrów życia, jakich już nie akceptujemy. Taka decyzja wymaga ogromnej odwagi.
Pozew Pana Janusza to wynik jego dramatycznych, wieloletnich zmagań. Mam ogromny szacunek do tej decyzji i życzę mu powodzenia w walce o godną śmierć. Jemu i tym śmiertelnie chorym, którzy w warunkach polskiej służby zdrowia nie znajdą właściwego wsparcia.
Ukryta eutanazja odbywa się codziennie w polskich szpitalach. Materialna sytuacja służby zdrowia przekłada się na dramatyczne decyzje lekarzy. Bo przecież nie wszystkim potrzebującym chorym starcza urządzeń podtrzymujących życie. Tu wyboru musi dokonać lekarz. A jak nazwać decyzję NFZ, który odmawia refundowania skutecznego leku, bo ten jest zbyt drogi? Takie dramaty często poruszają media. Kilku szczęśliwcom uda się dzięki nim uratować życie. Społeczeństwo polskie w takich sytuacjach sprawdza się znakomicie i wpłaca datki na konta śmiertelnie chorych. Ale ogromna rzesza niemających "układów" umiera z braku środków.
Holandia wprowadziła u siebie ustawę o eutanazji. Nie musimy powielać dokładnie jej wzorców, ale możemy przyjrzeć się wadom i zaletom tamtej ustawy i na tej bazie wypracować swoją.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl