Temu procesowi towarzyszy mnóstwo emocji i wołania, by Jana Pawła II ogłosić świętym natychmiast. To zupełnie naturalne, ale nie domagajmy się, by jeszcze przyspieszać procedury kanonizacyjne.
Po pierwsze, czas refleksji, czekanie na święto jest przecież wpisane w rytm życia religijnego. Przykładem może być Wielki Post: okres przygotowywania się na Zmartwychwstanie.
No właśnie, Wielki Post ustanowiono po to, by człowiek mógł poznać samego siebie. Proces beatyfikacyjny też jest w pewnym sensie postem - chcielibyśmy widzieć świętego na ołtarzach już,
ale Kościół mówi nam, że musimy się jeszcze chwilę wstrzymać. Choćby po to, byśmy mogli się o kandydacie na ołtarze dowiedzieć jak najwięcej. Dlatego nie warto popędzać watykańskich
urzędników. Dajmy im szansę, żeby zebrali świadectwa, które - jeśli nie zostaną zebrane teraz, gdy jeszcze żyją świadkowie - znikną pewnie na zawsze.
Pamiętajmy, że w tym wypadku wszystko i tak dzieje się ekspresowo. W normalnym trybie procedura kanonizacyjna trwa czasem nawet kilkaset lat. Żeby nie dochodziło do nadużyć, proces zaczyna
się pięć lat po śmierci człowieka. W wypadku Jana Pawła II - jak i Matki Teresy - Kościół zdecydował się na odejście od tej zasady, bo domagali się tego wierni mający intuicję, że
znali kogoś niezwykłego, bardzo bliskiego Bogu. Krzyk „Santo Subito!” na placu Świętego Piotra przypominał sceny z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to sami wierni
stanowczymi okrzykami przesądzali, że ten czy inny zostanie ogłoszony świętym.
Kościół wydłużył jednak drogę do stwierdzenia instytucjonalnie czyjejś świętości. Obostrzenia te mają swój głęboki sens. Za kilkadziesiąt lat - gdy ludzie pamiętający Jana Pawła
II, którzy widzieli jego cuda, którzy go znali, będą już razem z nim na tamtym świecie - ich wnuki zaczną mieć wątpliwości. Nie znali Jana Pawła II, może i był to dobry człowiek, ale
dlaczego ogłoszono go świętym tak szybko, łamiąc procedury? W Polsce, gdzie przywiązanie do Jana Pawła II jest ogromne, takie pytania mogą wydawać się nie do pomyślenia. Wystarczy jednak
przekroczyć granicę, by przekonać się, że działalność papieża nie zawsze spotykała się tylko z uwielbieniem. Nie dawajmy przez zbytni pośpiech spadkobiercom tych krytyków łatwej broni
do ręki.
Jeszcze jedno - o nas samych. Nie chciałbym także, by w tym nacisku na jak najszybszą kanonizację Jana Pawła II pojawił się element "odfajkowania". Stawiam pytanie, nie
stwierdzam: czy krzyk "Santo Subito" nie bywa dla części z nas czymś w rodzaju wymówki? Próbą zagospodarowania dobrych emocji, która może nas zwolnić z refleksji na tym, co
chciał nam przekazać? Z pewnością jest mu bardzo miło, że chcemy udekorować jego skronie aureolą. Czy jednak zajęci (jak najbardziej sensownym) dekorowaniem nie zapominamy, że poważna
relacja ze świętym, to nie tylko potok zapewnień o naszej miłości, ale również próba wsłuchania się w jego słowa.
Nie wróżmy więc, kiedy zakończy się proces beatyfikacyjny Jana Pawła II. Nie zakładajmy się, czy będzie błogosławionym, czy od razu świętym. Dla mnie osobiście nie ma znaczenia, czy
stanie się to za rok, czy za cztery lata. Najważniejsze, że proces jest w toku i mamy pewność, że już teraz możemy się z jego pomocą modlić. Święto, na które się czeka, ma większy
smak. Więc czekam.