Z ustawy lustracyjnej sędziowie zrobili durszlak - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba. "Zasiadamy teraz nad gąszczem skasowanych i utrzymanych artykułów próbując zrozumieć logikę tego co pozostało z pierwotnego tekstu" - dodaje.
Uzasadniając werdykt, prezes Trybunału Jerzy Stępień opowiadał, jak powinna wyglądać cywilizowana lustracja przestrzegając aby przekształciła się ona w zemstę.
Nie odnosiłem wrażenia aby groziła nam przesada w stosowaniu odwetu.
Przeciwnie - to ustępując wobec skrupułów zwolenników "cywilizowanej lustracji"prezydent wprowadził do ustawy lustracyjne oświadczenia pozwalające lustrowanym odwoływać się do sądu na korzystniejszych zasadach. Zresztą polska ustawa była w wielu punktach o wiele łagodniejsza niż przepisy czeskie czy niemieckie - nie przewidywała przecież zakazu pełnienia funkcji przez byłych agentów. Karani mieli być kłamcy, ale nie donosiciele.
Sędziowie odrzucili przepisy wątpliwe - na przykład zobowiązanie IPN do sporządzania list "osobowych źródeł informacji". Na tych listach mogli się przecież znaleźć bardzo różni ludzie według kryteriów ich formalnego zakwalifikowania, a nie oceny czynów. Ale wiele ich decyzji jawi się na pierwszy rzut oka jako bardzo arbitralne.
Czy rzeczywiście przeszłość dziennikarzy, wykładowców, rektorów prywatnych szkół wyższych nie powinna być przejrzysta? W imię jakiej konstytucyjnej wartości? Czy nie powinni jej znać czytelnicy albo studenci?
Politycy partii stawiających na transparentność życia publicznego powinni teraz ocenić, czy to co z ustawy zostało jest spójną całością. Czy rozmiary dziur w lustracyjnym durszlaku pozwalają mu nadal pełnić rolę użytecznego naczynia. PiS nie powinien się kierować urażoną ambicją, że uśmiercono jego ukochane dziecko.
A PO nie powinna się kierować opozycyjną zapiekłością. Możliwe, że tę ustawę da się jednak wykonywać. A jeśli nie - warto się spokojnie zastanowić nad nowym prawem - przede wszystkim gwarantującym obywatelom jak najszerszy dostęp do archiwów. Zemsta nie jest nam potrzebna. Wiedza - tak.
Przeciwnie - to ustępując wobec skrupułów zwolenników "cywilizowanej lustracji"prezydent wprowadził do ustawy lustracyjne oświadczenia pozwalające lustrowanym odwoływać się do sądu na korzystniejszych zasadach. Zresztą polska ustawa była w wielu punktach o wiele łagodniejsza niż przepisy czeskie czy niemieckie - nie przewidywała przecież zakazu pełnienia funkcji przez byłych agentów. Karani mieli być kłamcy, ale nie donosiciele.
Sędziowie odrzucili przepisy wątpliwe - na przykład zobowiązanie IPN do sporządzania list "osobowych źródeł informacji". Na tych listach mogli się przecież znaleźć bardzo różni ludzie według kryteriów ich formalnego zakwalifikowania, a nie oceny czynów. Ale wiele ich decyzji jawi się na pierwszy rzut oka jako bardzo arbitralne.
Czy rzeczywiście przeszłość dziennikarzy, wykładowców, rektorów prywatnych szkół wyższych nie powinna być przejrzysta? W imię jakiej konstytucyjnej wartości? Czy nie powinni jej znać czytelnicy albo studenci?
Politycy partii stawiających na transparentność życia publicznego powinni teraz ocenić, czy to co z ustawy zostało jest spójną całością. Czy rozmiary dziur w lustracyjnym durszlaku pozwalają mu nadal pełnić rolę użytecznego naczynia. PiS nie powinien się kierować urażoną ambicją, że uśmiercono jego ukochane dziecko.
A PO nie powinna się kierować opozycyjną zapiekłością. Możliwe, że tę ustawę da się jednak wykonywać. A jeśli nie - warto się spokojnie zastanowić nad nowym prawem - przede wszystkim gwarantującym obywatelom jak najszerszy dostęp do archiwów. Zemsta nie jest nam potrzebna. Wiedza - tak.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|