Tymon Tymański, lider kultowego zespołu Kury, okazał się politycznym prorokiem - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba. W piosence "Kibolski" napisanej z perspektywy wyborów 1995 malowniczy skin opowiada, że głosował zarówno na Wałesę, jak i na Kwaśniewskiego.
Biedny kibol nie mógł oczywiście głosować na obu. To znaczy mógł, ale jego głos stracił w takim przypadku ważność. Natomiast wizja "Bolka i Olka,
politycznego konkubinatu, który stworzy jedną partię", z perspektywy połowy lat 90. abstrakcja, spełnia się po latach.
Oczywiście nie do końca. Wałęsa i Kwaśniewski raczej nie stworzą jednej partii. Trudno sobie wyobrazić, aby ten pierwszy stał się zdyscyplinowanym członkiem ruchu kierowanego przez kogoś innego niż on sam. A to jednak Kwaśniewski ma w rękach karty pomocne do budowania - jak to nazwała "Gazeta Wyborcza" - "centrolewicowego frontu".
Poglądy? Raczej nie
Niemniej byli prezydenci zamierzają się wspierać w wystąpieniach wymierzonych w braci Kaczyńskich. Tak naprawdę to zbliżenie było możliwe już dawno, choć na przeszkodzie stały emocje. Przede wszystkim Wałęsy, który nie był w stanie ścierpieć swojej porażki wyborczej. To na tym poczuciu urazy opierał się cały ten spór.
Gdy jednak obrać ich dawne wymiany ciosów z retoryki (przyznajmy, że atakował przede wszystkim Wałęsa), nie znajdziemy większych programowych różnic, poza manifestacyjną pobożnością pierwszego i równie ostentacyjnym agnostycyzmem drugiego.
Nie znajdziemy, bo też ciężko znaleźć spójny program. Zwłaszcza poglądy Wałęsy na jakąkolwiek kwestię są w najlepszym razie niejasne. Jego antykomunistyczna retoryka rozwiała się wraz z kurzem kampanii wyborczej 1990 r. i powracała tylko wówczas, gdy trzeba było zrobić krzywdę któremuś z polityków SLD. Jego stosunek do lustracji czy posługiwania się sprawdzonymi peerelowskimi fachowcami w aparacie przemocy nie dzielił go z postkomunistyczną lewicą. Tyle że obie strony chciały mieć wpływy w tych samych środowiskach. Inne tematy interesowały Wałęsę w niewielkim stopniu. Nie wiadomo na przykład, jakiej polityki gospodarczej oczekiwał, bo jednym tchem, w zależności od doraźnych potrzeb, agitował za wolnym rynkiem, popierał radykalne roszczenia związkowców i wracał do dziwacznych pomysłów z upowszechnieniem własności, których nigdy jasno nie wytłumaczył. Stałym elementem było jedynie żądanie dla siebie "dodatkowych uprawnień". Do jakich przedsięwzięć chciał je wykorzystać? Trudno orzec.
Plastikowiec kontra twardziel
Bez wątpienia Kwaśniewski musiał posługiwać się większym konkretem. Pomijając czasy PRL-u, wielką karierę zaczął przecież robić jako polityk partii lewicowej, podczas gdy Wałęsa wybrał drogę singla instrumentalnie traktującego związki z wszelkimi ugrupowaniami. W poniedziałek stawiającego na ZChN, we wtorek - na Unię Demokratyczną, a w piątek - na Platformę Obywatelską. Jego następca w Pałacu Prezydenckim poglądy miewał. Ale już jako prezydent bardzo dowolnie - nawet jak na przeciętnego polityka - obracał pomysłami i hasłami. Był za Balcerowiczem i kokietował socjalnymi obietnicami mieszkańców popeegerowskich regionów.
Raz podpisywał ustawę legalizującą aborcję na życzenie. Kiedy indziej uznawał ją za "naruszenie kompromisu". Trudniej wskazać stałe punkty - poza własnym interesem wyborczym.
Oczywiście Kwaśniewskiego i Wałęsę dzieliły realne różnice. Tradycji - tyle że z czasem ta różnica stała się rytuałem, zważywszy, że Wałęsa jako prezydent wyżej sobie cenił współpracę z generałem komunistycznego wywiadu Jasikiem niż z dawnymi kolegami z "Solidarności". Była też różnica stylu. Kwaśniewski jawił się jako polityk gładki, na ogół niekonfliktowy, chyba że ktoś nadepnął mu mocno na odcisk. Wałęsa przeciwnie - chętnie następował innym na odciski. Nie nadał przez to prezydenturze blasku. Kwaśniewski był z kolei poprawny, choć Tomasz Lis sprzed paru lat narzekał, że drugi szef III RP jest w zbyt małym stopniu wychowawcą Polaków i symbolem patriotyzmu.
Dziś łączy ich obrona... no właśnie, czego? III Rzeczypospolitej. Trudno się w ich wypowiedziach, i wcześniejszych i obecnych, doszukiwać szerszego projektu politycznego. Nieco konkretniejszy jest znów Kwaśniewski. Niewtpliwie opowiada się za bardziej ostrożną polityką zagraniczną niż ta, którą prowadzi fortunnie ekipa PiS, za szybszą integracją z Europą, za uchwaloną w 1997 r. konstytucją. Wałęsa żądający dla siebie "dekretów" tamtej konstytucji nie wspierał, a jego poglądy na politykę zagraniczną pozostały tajemnicą - poza żądaniami stworzenia NATO-bis na początku lat 90. Dziś prawdopodobnie opowie się za wszystkim, co nie podoba się braciom Kaczyńskim, i zaatakuje wszystko, co oni chwalą
Walka, ale o co?
Sojusz to więc co do wspólnych celów pozytywnych tyleż doraźny, co mgławicowy. Może jednak nie należy takich celów szukać? W obronie demokratycznych standardów, państwa prawa, dobrych obyczajów mogą przecież stanąć obok siebie politycy, których nie tylko nic nie łączy, ale którzy oddzielnie nie za wiele mają do zaproponowania. Poza, w przypadku Wałęsy, historycznym nazwiskiem, a Kwaśniewskiego - dobrej reputacji wśród polityków zachodniego świata.
To Adam Michnik pisał przed laty, gdy postkomuniści powracali po raz pierwszy do władzy, o miękkiej oportunistycznej restauracji lepszej od nadgorliwości ideologów. Więc może powinniśmy wybrać polityków, „których wady już znamy” ponad wojowniczych ludzi twardej ręki psujących państwo, czy wręcz zdradzających autorytarne pokusy?
Czy jednak rzeczywiście tak wygląda to zestawienie? Pomińmy groteskowe szczegóły, na przykład to, że Wałęsa wywołuje owacje, oskarżając braci Kaczyńskich o konfliktowość, podczas gdy jego rządy były jednym wielkim konfliktem. Złapmy byka za rogi, odpowiadając na pytanie, czy lekarze przestrzegający przez upadkiem demokracji nie powinni uleczyć najpierw sami siebie. I czy diagnoza przez nich formułowana jest rzeczywiście trafna.
To pod skrzydłami wałęsowskiego prezydenckiego ministra Andrzeja Milczanowskiego pracowano nad dezintegracją i szpiegowaniem legalnych ugrupowań politycznych, co potwierdził sąd w procesie pułkownika Lesiaka. To z inicjatywy Wałęsy blokowano cywilną kontrolę nad armią, a wreszcie zorganizowano regularny bunt generałów w Drawsku przeciw ministrowi obrony. To pod patronatem prezydenckiego pałacu próbowano wykorzystywać wojsko do kampanii politycznych. Wałęsa jest wielkim współtwórcą naszej niepodległości. Czy jest jednak rzeczywiście budowniczym zrębów liberalno-demokratycznego państwa?
Z kolei Kwaśniewski... cóż, tu opis jest bardziej skomplikowany. Dawny lider SLD nie miał - jak sądzę - pokus gnębienia opozycji. Niemniej jeśli przemówi teraz na temat zawłaszczania instytucji publicznych przez PiS, przypomnę, w czyim imieniu Danuta Waniek z Robertem Kwiatkowskim wydali telewizję publiczną na łup postkomunistycznej lewicy. Gdy padną jutro z jego ust słowa oburzenia na pokazowe zatrzymania polityków, spytam, czy słowem zaprotestował, gdy ludzie z jego politycznego obozu w czasach, gdy był prezydentem, a bliski mu człowiek, Zbigniew Siemiątkowski szefem służb specjalnych, montowali intrygę przeciw prezesowi Orlenu Andrzejowi Modrzejewskiemu po to, aby załatwić jedną biznesową transakcję.
Demokratyczne grzechy
Rzecznicy dzisiejszego "obywatelskiego buntu" z Wałęsą i Kwaśniewskim w roli sztandarów mówią nam - jak Mieczysław Rakowski w TVN 24 - nie bądźmy drobiazgowi. Oceniajmy dzisiejsze racje, nie zaś przeszłość tych, którzy je głoszą. Rzecz w tym, że w polityce istnieje, a w każdym razie powinna istnieć, elementarna odpowiedzialność za własny dorobek. Co byśmy powiedzieli, gdyby za naprawianie finansów cudzej firmy wziął się ktoś, kto wcześniej, całkiem niedawno, zrujnował własną?
Ale jest i drugi, może ważniejszy motyw tego lustrowania niedawnej i całkiem jawnej przeszłości. Ktoś, kto chce robić politykę na podstawie tezy, że walczy z wyjątkowo ciężką patologią, musi przekonać, że rzeczywiście jest ona tak ciężka i wyjątkowa. A jeśli ci potencjalni uzdrowiciele robili rzeczy podobne lub gorsze?
W tej sprawie wpływowy odłam zorganizowanej opinii publicznej jest wyraźnie ślepy na jedno oko. Jeśli wałkowanym przez tygodnie skandalem bywa każda napastliwa wypowiedź obecnego premiera, to jaką wrzawę powinien budzić skandal z nękaniem opozycji przez tajną policję? Jeśli wciąż tak naprawdę nie wiemy, czy Barbara Blida była winna, czy nie, to przecież okoliczności zatrzymania Modrzejewskiego zostały prześwietlone - dzięki mediom i komisji śledczej. A jednak nie organizowano w następstwie tego prześwietlenia komitetów obrony demokracji.
Można twierdzić, że standardy były śrubowane w Polsce wraz z rozwojem demokracji, więc dziś wymagamy od polityków więcej niż, powiedzmy, 15 lat temu. Rzecz w tym, że Wałęsa, walcząc z ucywilnieniem armii czy manipulując służbami specjalnymi, w ustanawianiu tych standardów przeszkadzał, a Kwaśniewski zrobił niewiele, by utrwaliły się one w polskim państwie.
Obecne grzechy PiS, partii, która doszła do władzy na fali oburzenia tymi patologiami, są zgodne z logiką demokracji - z wszystkimi jej blaskami i małościami, zwłaszcza w polskim wydaniu. Kaczyńscy tym się różnią od Wałęsy i Kwaśniewskiego, że sprawują władzę „po coś”, mając wyrobione poglądy i cele. Równocześnie ich ekipa wchodzi zbyt często w buty poprzedników. Pozwalają swojemu ugrupowaniu na pazerność, przedkładają moszczenie własnych ludzi w strukturach państwa ponad zmiany systemowe. Tylko że jeżeli Jacek Żakowski nazywa to zjawisko „demokracją elektoralną” (ludowy werdykt wyborczy plus praktyka władzy sprzeczna ze standardami), to taką ułomną demokrację mieliśmy od roku 1989. A nawet mechanizm kontroli opinii publicznej nad najbardziej nawet arogancką władzą jednak się udoskonalił.
Wachowski patronem
Potencjalnym zwolennikom „walki o demokrację” pod batutą byłych przywódców Polski dedykuję wywiad, jakiego udzielił DZIENNIKOWI najbliższy współpracownik Wałęsy Mieczysław Wachowski. Pytany, dlaczego nie doprowadził do porozumienia byłych prezydentów wcześniej, były minister, zwany również kapciowym, przypomina o swoim niedawnym pobycie w areszcie. Można by to skwitować jednym zdaniem: jaki patron, takie przedsięwzięcie. Rozumiem, że patrona na razie trochę schowano, aby profesor Geremek nie musiał się z nim pokazywać na programowych konferencjach. Choć może i Wachowski wkrótce zostanie pasowany na kolejną ofiarę IV RP.
Ryszard Bugaj, odległy od rządzącej prawicy, powiedział w TVN 24, że Wałęsa i Kwaśniewski będą bronić "oligarchii". Może to przesada, choć obecność wielkich biznesmenów u boku obu prezydentów nie była przecież podyktowana jedynie ich towarzyskimi walorami. Myślę, że broniąc III RP, bronią przede wszystkim takiej społecznej atmosfery, gdy ani jeden, ani drugi nie był nadmiernie niepokojony trudnymi pytaniami o własne kontakty i interesy, o grzeszki i zaniechania.
Nie jest to pewnie ich jedyna motywacja. Nie tylko Wałęsa ma gigantyczne zasługi dla Polski, ale i Kwaśniewski ucywilizował postkomunistyczną lewicę, a nawet parę razy naraził się Rosji w imię polskiej racji stanu. Ale wolałbym, aby decydując się na uprawianie polityki opartej na moralnych cenzurkach, obaj dokonali najpierw porządnego rachunku sumienia.
Oczywiście nie do końca. Wałęsa i Kwaśniewski raczej nie stworzą jednej partii. Trudno sobie wyobrazić, aby ten pierwszy stał się zdyscyplinowanym członkiem ruchu kierowanego przez kogoś innego niż on sam. A to jednak Kwaśniewski ma w rękach karty pomocne do budowania - jak to nazwała "Gazeta Wyborcza" - "centrolewicowego frontu".
Poglądy? Raczej nie
Niemniej byli prezydenci zamierzają się wspierać w wystąpieniach wymierzonych w braci Kaczyńskich. Tak naprawdę to zbliżenie było możliwe już dawno, choć na przeszkodzie stały emocje. Przede wszystkim Wałęsy, który nie był w stanie ścierpieć swojej porażki wyborczej. To na tym poczuciu urazy opierał się cały ten spór.
Gdy jednak obrać ich dawne wymiany ciosów z retoryki (przyznajmy, że atakował przede wszystkim Wałęsa), nie znajdziemy większych programowych różnic, poza manifestacyjną pobożnością pierwszego i równie ostentacyjnym agnostycyzmem drugiego.
Nie znajdziemy, bo też ciężko znaleźć spójny program. Zwłaszcza poglądy Wałęsy na jakąkolwiek kwestię są w najlepszym razie niejasne. Jego antykomunistyczna retoryka rozwiała się wraz z kurzem kampanii wyborczej 1990 r. i powracała tylko wówczas, gdy trzeba było zrobić krzywdę któremuś z polityków SLD. Jego stosunek do lustracji czy posługiwania się sprawdzonymi peerelowskimi fachowcami w aparacie przemocy nie dzielił go z postkomunistyczną lewicą. Tyle że obie strony chciały mieć wpływy w tych samych środowiskach. Inne tematy interesowały Wałęsę w niewielkim stopniu. Nie wiadomo na przykład, jakiej polityki gospodarczej oczekiwał, bo jednym tchem, w zależności od doraźnych potrzeb, agitował za wolnym rynkiem, popierał radykalne roszczenia związkowców i wracał do dziwacznych pomysłów z upowszechnieniem własności, których nigdy jasno nie wytłumaczył. Stałym elementem było jedynie żądanie dla siebie "dodatkowych uprawnień". Do jakich przedsięwzięć chciał je wykorzystać? Trudno orzec.
Plastikowiec kontra twardziel
Bez wątpienia Kwaśniewski musiał posługiwać się większym konkretem. Pomijając czasy PRL-u, wielką karierę zaczął przecież robić jako polityk partii lewicowej, podczas gdy Wałęsa wybrał drogę singla instrumentalnie traktującego związki z wszelkimi ugrupowaniami. W poniedziałek stawiającego na ZChN, we wtorek - na Unię Demokratyczną, a w piątek - na Platformę Obywatelską. Jego następca w Pałacu Prezydenckim poglądy miewał. Ale już jako prezydent bardzo dowolnie - nawet jak na przeciętnego polityka - obracał pomysłami i hasłami. Był za Balcerowiczem i kokietował socjalnymi obietnicami mieszkańców popeegerowskich regionów.
Raz podpisywał ustawę legalizującą aborcję na życzenie. Kiedy indziej uznawał ją za "naruszenie kompromisu". Trudniej wskazać stałe punkty - poza własnym interesem wyborczym.
Oczywiście Kwaśniewskiego i Wałęsę dzieliły realne różnice. Tradycji - tyle że z czasem ta różnica stała się rytuałem, zważywszy, że Wałęsa jako prezydent wyżej sobie cenił współpracę z generałem komunistycznego wywiadu Jasikiem niż z dawnymi kolegami z "Solidarności". Była też różnica stylu. Kwaśniewski jawił się jako polityk gładki, na ogół niekonfliktowy, chyba że ktoś nadepnął mu mocno na odcisk. Wałęsa przeciwnie - chętnie następował innym na odciski. Nie nadał przez to prezydenturze blasku. Kwaśniewski był z kolei poprawny, choć Tomasz Lis sprzed paru lat narzekał, że drugi szef III RP jest w zbyt małym stopniu wychowawcą Polaków i symbolem patriotyzmu.
Dziś łączy ich obrona... no właśnie, czego? III Rzeczypospolitej. Trudno się w ich wypowiedziach, i wcześniejszych i obecnych, doszukiwać szerszego projektu politycznego. Nieco konkretniejszy jest znów Kwaśniewski. Niewtpliwie opowiada się za bardziej ostrożną polityką zagraniczną niż ta, którą prowadzi fortunnie ekipa PiS, za szybszą integracją z Europą, za uchwaloną w 1997 r. konstytucją. Wałęsa żądający dla siebie "dekretów" tamtej konstytucji nie wspierał, a jego poglądy na politykę zagraniczną pozostały tajemnicą - poza żądaniami stworzenia NATO-bis na początku lat 90. Dziś prawdopodobnie opowie się za wszystkim, co nie podoba się braciom Kaczyńskim, i zaatakuje wszystko, co oni chwalą
Walka, ale o co?
Sojusz to więc co do wspólnych celów pozytywnych tyleż doraźny, co mgławicowy. Może jednak nie należy takich celów szukać? W obronie demokratycznych standardów, państwa prawa, dobrych obyczajów mogą przecież stanąć obok siebie politycy, których nie tylko nic nie łączy, ale którzy oddzielnie nie za wiele mają do zaproponowania. Poza, w przypadku Wałęsy, historycznym nazwiskiem, a Kwaśniewskiego - dobrej reputacji wśród polityków zachodniego świata.
To Adam Michnik pisał przed laty, gdy postkomuniści powracali po raz pierwszy do władzy, o miękkiej oportunistycznej restauracji lepszej od nadgorliwości ideologów. Więc może powinniśmy wybrać polityków, „których wady już znamy” ponad wojowniczych ludzi twardej ręki psujących państwo, czy wręcz zdradzających autorytarne pokusy?
Czy jednak rzeczywiście tak wygląda to zestawienie? Pomińmy groteskowe szczegóły, na przykład to, że Wałęsa wywołuje owacje, oskarżając braci Kaczyńskich o konfliktowość, podczas gdy jego rządy były jednym wielkim konfliktem. Złapmy byka za rogi, odpowiadając na pytanie, czy lekarze przestrzegający przez upadkiem demokracji nie powinni uleczyć najpierw sami siebie. I czy diagnoza przez nich formułowana jest rzeczywiście trafna.
To pod skrzydłami wałęsowskiego prezydenckiego ministra Andrzeja Milczanowskiego pracowano nad dezintegracją i szpiegowaniem legalnych ugrupowań politycznych, co potwierdził sąd w procesie pułkownika Lesiaka. To z inicjatywy Wałęsy blokowano cywilną kontrolę nad armią, a wreszcie zorganizowano regularny bunt generałów w Drawsku przeciw ministrowi obrony. To pod patronatem prezydenckiego pałacu próbowano wykorzystywać wojsko do kampanii politycznych. Wałęsa jest wielkim współtwórcą naszej niepodległości. Czy jest jednak rzeczywiście budowniczym zrębów liberalno-demokratycznego państwa?
Z kolei Kwaśniewski... cóż, tu opis jest bardziej skomplikowany. Dawny lider SLD nie miał - jak sądzę - pokus gnębienia opozycji. Niemniej jeśli przemówi teraz na temat zawłaszczania instytucji publicznych przez PiS, przypomnę, w czyim imieniu Danuta Waniek z Robertem Kwiatkowskim wydali telewizję publiczną na łup postkomunistycznej lewicy. Gdy padną jutro z jego ust słowa oburzenia na pokazowe zatrzymania polityków, spytam, czy słowem zaprotestował, gdy ludzie z jego politycznego obozu w czasach, gdy był prezydentem, a bliski mu człowiek, Zbigniew Siemiątkowski szefem służb specjalnych, montowali intrygę przeciw prezesowi Orlenu Andrzejowi Modrzejewskiemu po to, aby załatwić jedną biznesową transakcję.
Demokratyczne grzechy
Rzecznicy dzisiejszego "obywatelskiego buntu" z Wałęsą i Kwaśniewskim w roli sztandarów mówią nam - jak Mieczysław Rakowski w TVN 24 - nie bądźmy drobiazgowi. Oceniajmy dzisiejsze racje, nie zaś przeszłość tych, którzy je głoszą. Rzecz w tym, że w polityce istnieje, a w każdym razie powinna istnieć, elementarna odpowiedzialność za własny dorobek. Co byśmy powiedzieli, gdyby za naprawianie finansów cudzej firmy wziął się ktoś, kto wcześniej, całkiem niedawno, zrujnował własną?
Ale jest i drugi, może ważniejszy motyw tego lustrowania niedawnej i całkiem jawnej przeszłości. Ktoś, kto chce robić politykę na podstawie tezy, że walczy z wyjątkowo ciężką patologią, musi przekonać, że rzeczywiście jest ona tak ciężka i wyjątkowa. A jeśli ci potencjalni uzdrowiciele robili rzeczy podobne lub gorsze?
W tej sprawie wpływowy odłam zorganizowanej opinii publicznej jest wyraźnie ślepy na jedno oko. Jeśli wałkowanym przez tygodnie skandalem bywa każda napastliwa wypowiedź obecnego premiera, to jaką wrzawę powinien budzić skandal z nękaniem opozycji przez tajną policję? Jeśli wciąż tak naprawdę nie wiemy, czy Barbara Blida była winna, czy nie, to przecież okoliczności zatrzymania Modrzejewskiego zostały prześwietlone - dzięki mediom i komisji śledczej. A jednak nie organizowano w następstwie tego prześwietlenia komitetów obrony demokracji.
Można twierdzić, że standardy były śrubowane w Polsce wraz z rozwojem demokracji, więc dziś wymagamy od polityków więcej niż, powiedzmy, 15 lat temu. Rzecz w tym, że Wałęsa, walcząc z ucywilnieniem armii czy manipulując służbami specjalnymi, w ustanawianiu tych standardów przeszkadzał, a Kwaśniewski zrobił niewiele, by utrwaliły się one w polskim państwie.
Obecne grzechy PiS, partii, która doszła do władzy na fali oburzenia tymi patologiami, są zgodne z logiką demokracji - z wszystkimi jej blaskami i małościami, zwłaszcza w polskim wydaniu. Kaczyńscy tym się różnią od Wałęsy i Kwaśniewskiego, że sprawują władzę „po coś”, mając wyrobione poglądy i cele. Równocześnie ich ekipa wchodzi zbyt często w buty poprzedników. Pozwalają swojemu ugrupowaniu na pazerność, przedkładają moszczenie własnych ludzi w strukturach państwa ponad zmiany systemowe. Tylko że jeżeli Jacek Żakowski nazywa to zjawisko „demokracją elektoralną” (ludowy werdykt wyborczy plus praktyka władzy sprzeczna ze standardami), to taką ułomną demokrację mieliśmy od roku 1989. A nawet mechanizm kontroli opinii publicznej nad najbardziej nawet arogancką władzą jednak się udoskonalił.
Wachowski patronem
Potencjalnym zwolennikom „walki o demokrację” pod batutą byłych przywódców Polski dedykuję wywiad, jakiego udzielił DZIENNIKOWI najbliższy współpracownik Wałęsy Mieczysław Wachowski. Pytany, dlaczego nie doprowadził do porozumienia byłych prezydentów wcześniej, były minister, zwany również kapciowym, przypomina o swoim niedawnym pobycie w areszcie. Można by to skwitować jednym zdaniem: jaki patron, takie przedsięwzięcie. Rozumiem, że patrona na razie trochę schowano, aby profesor Geremek nie musiał się z nim pokazywać na programowych konferencjach. Choć może i Wachowski wkrótce zostanie pasowany na kolejną ofiarę IV RP.
Ryszard Bugaj, odległy od rządzącej prawicy, powiedział w TVN 24, że Wałęsa i Kwaśniewski będą bronić "oligarchii". Może to przesada, choć obecność wielkich biznesmenów u boku obu prezydentów nie była przecież podyktowana jedynie ich towarzyskimi walorami. Myślę, że broniąc III RP, bronią przede wszystkim takiej społecznej atmosfery, gdy ani jeden, ani drugi nie był nadmiernie niepokojony trudnymi pytaniami o własne kontakty i interesy, o grzeszki i zaniechania.
Nie jest to pewnie ich jedyna motywacja. Nie tylko Wałęsa ma gigantyczne zasługi dla Polski, ale i Kwaśniewski ucywilizował postkomunistyczną lewicę, a nawet parę razy naraził się Rosji w imię polskiej racji stanu. Ale wolałbym, aby decydując się na uprawianie polityki opartej na moralnych cenzurkach, obaj dokonali najpierw porządnego rachunku sumienia.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|