Sądzę, iż idea powołania ruchu społecznego pod hasłem obrony demokracji może być całkiem udanym przedsięwzięciem - pisze w DZIENNIKU Ireneusz Krzemiński. Różne środowiska społeczne, rozproszone i zastraszone polityką PiS, mogą się tutaj odnaleźć, poczynając od dawnego zaplecza Unii Wolności.
Mam nieodparte wrażenie, że obecnie rządząca koalicja karmi się w dużym stopniu swego rodzaju buntem pokoleniowym i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zmiana
pokoleniowa w polityce i w działaniu życia zbiorowego jest konieczna.Z wielkim trudem przebrnąłem przez zgoła elegijno-poetycki tekst Jacka Żakowskiego ze środowego DZIENNIKA. Przypuszczałem,
chyba słusznie, że dotyczy on fenomenu, który pochłania uwagę wszystkich poważniejszych mediów od pewnego czasu: co planuje Aleksander Kwaśniewski i co z jego powrotu na polską scenę
polityczną może wyniknąć?
Pisałem już o tym w "Rzeczypospolitej", ale ostatnie tygodnie przyniosły nowe fakty - przede wszystkim słynny już list w sprawie zawiązania społecznego Ruchu na rzecz Demokracji. Zapowiedź konferencji „Europejskie Standardy Demokratyczne” zaplanowanej na Uniwersytecie Warszawskim przez Aleksandra Kwaśniewskiego, Andrzeja Olechowskiego i Lecha Wałęsę budzi wręcz ekscytację. Komentator DZIENNIKA Piotr Zaremba, nie ma wątpliwości, że nie chodzi o nic innego, jak powołanie nowego stronnictwa politycznego.
To nie tylko polityka
Wiele innych komentarzy zmierza w podobnym kierunku: ma się oto spełnić idea, którą rzekomo od dawno piastował Aleksander Kwaśniewski. Miałaby powstać partia, łącząca liberałów z SLD z dawną Unią Wolności. Ba, rzecz jednak w tym, że na dobrą sprawę powstało coś, co się w skrócie nazywa LiD - a to chyba właśnie raczej mało pociągająca realizacja tej idei…
Można, co prawda, spekulować, czy nowe przywództwo - Kwaśniewskiego właśnie - nie polepszy sytuacji i nie ściągnie z powrotem dużych środowisk dawnej Unii Wolności, które z aktualnego układu się wycofały. Szczerze mówiąc, sprawa jednak nie jest tak prosta: trudno sobie wyobrazić przedsięwzięcie czysto partyjne, w którym obok Aleksandra Kwaśniewskiego miałby wystąpić Lech Wałęsa, który i podpisał list, nawołujący do rozwinięcia Ruchu na rzecz Demokracji, i weźmie udział w planowanej konferencji.
Przekonanie tak stanowczo wyrażone przez Zarembę nie wydaje się przekonujące. Sądzę, iż idea powołania ruchu społecznego pod hasłem obrony demokracji może być całkiem udanym przedsięwzięciem. Różne środowiska społeczne, rozproszone i zastraszone polityką PiS, mogą się tutaj odnaleźć, poczynając od dawnego zaplecza Unii Wolności.
Ale też zbiorą się nie wokół celów ściśle politycznych, zwłaszcza w aktualnym rozumieniu polityki. Warto pamiętać widoczną, społeczną i obywatelską mobilizację na rzecz Ukrainy - a najwyraźniej sytuacja w kraju dojrzewa do tego, by obudził się podobny ruch za demokracją - we własnym kraju.
Osobiście coraz bardziej jestem przekonany, że hasło obrony demokracji nabiera z każdym niemal tygodniem coraz bardziej konkretnych i realnych treści. Taki ruch, gdyby się rozwinął, oczywiście może stać się bazą prawdziwego politycznego stronnictwa.
Gdyby więc przypisywać partyjne intencje Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, to trzeba założyć, że kalkulacja jest znacznie bardziej dalekosiężna i bardziej długofalowa, niż tego chcieliby komentatorzy. Gdyby udało się ukonstytuować środowisko wokół hasła obrony demokracji, to mogłoby to być bardzo obiecującym bodźcem do rzeczywistej przemiany sceny politycznej.
Z całą pewnością trzeba się zgodzić z tym elementem diagnozy sytuacji, którą formułuje były prezydent: sytuacja polityczna jest spetryfikowana, zamknięta i przypomina pat, który w dodatku zdaje się mało interesować ogromną część obywateli. Otwarcie "rewolucyjnie zaskorupiałego" układu to niewątpliwie dobry pomysł.
Za dużo "ale"
Ba, ale dalej są same "ale". Po pierwsze, można pofantazjować na temat jeszcze jednej możliwości, a więc powstania takiego ugrupowania politycznego, które miałoby nieco inną i szerszą bazę, niż "poprawiony" LiD. Obecność Andrzeja Olechowskiego u boku byłych prezydentów rodzić może spekulacje na temat możliwości pozyskania stanowczo liberalnej części PO dla wspólnego ze środowiskiem dawnej UW oraz częścią SLD
przedsięwzięcia politycznego.
Andrzej Olechowski by niewątpliwą gwiazdą warszawskiej konferencji programowej PO i wyraził tam druzgoczącą krytykę rządzącego PiS, ale i równie poważną - swojej własnej partii, która nie może się zdecydować na określenie własnej wizji Polski, przeciwstawnej szaleństwom rządzącej koalicji. Ale chyba nic nie wskazuje na to, aby Olechowski chciał z PO zrywać - natomiast powołanie rzeczywistego, społecznego środowiska pro-demokratycznego może stać się także bodźcem mobilizującym PO.
Drugie "ale" jest jeszcze ważniejsze. O ile zgodzić się z wyżej zarysowanym przekonaniem Olechowskiego, że bycie przeciw koalicji PiS, to za mało na pokonanie rywali i zdobycie możliwości naprawy państwa, to wszelka inicjatywa, która dałaby nadzieję na pokonanie obywatelskiego rozbicia i zdecydowane zagłuszenie moherowej mniejszości, roszczącej sobie teraz prawo do władania krajem, wymaga realnej, ale i porywającej wizji przebudowy państwa i życia zbiorowego.
CO zamiast państwa represji, które zarazem rości sobie prawo do narzucania obywatelom jedynie słusznych zasad moralnych? CO zamiast mundurków i idei wychowawczej, polegającej na karaniu i poniżaniu wychowywanych? CO zamiast nowej wersji państwa partyjnego, które staje się łupem politycznym dla "swoich"?
Na to, co się w Polsce dzieje, trzeba odpowiedzieć programem jasnym i bez porównania bardziej konkretnym niż kiedykolwiek dotąd. Konkretność propozycji i klarowność rozwiązań musi w dodatku zawierać element trudny na gruncie polskiej tradycji programów politycznych: musi nie tylko obiecywać coś obywatelom, ale wskazywać, w jaki sposób sami obywatele będą uczestniczyć w planowanych zmianach i co na tym mogą skorzystać.
I dalej: wiarygodność takiego programu musi zapewniać przywództwo. Bez przywódcy, który byłby w stanie porwać ludzi - jak wiadomo, w Polsce "poryw polityczny" jest wyjątkowo trudnym zadaniem - nawet naprawdę przekonujący i zgoła doskonały projekt w żaden sposób nie wypali.
I tutaj pojawia się problem nie do pokonania. Nie chcę odmawiać Aleksandrowi Kwaśniewskiemu dużego kapitału politycznego. Jest to, po pierwsze, kapitał społecznego uznania. Nie można go na pewno lekceważyć, zwłaszcza, że właśnie to, czym go zdobył, a więc umiarkowaniem, umiejętnością szukania kompromisu i porozumienia nawet z wrogami, może być atrakcyjne w obecnej Polsce.
Obecność u jego boku Lecha Wałęsy, do nie tak dawna jeszcze zajadłego wroga, tylko te pozytywne cechy Kwaśniewskiego poświadcza. Tym kapitałem jest także doświadczenie polityczne i polityczno-dyplomatyczne, umiejętności, które zostały także potwierdzone na forum międzynarodowym, żeby raz jeszcze przywołać Pomarańczową Ukrainę. Te umiejętności drastycznie kontrastują z nieudolnością dyplomatyczną obecnego prezydenta i jego ludzi, dając znowu dodatkowy plus Kwaśniewskiemu.
Zadanie ponad układami
Jednak to, co jest wyżej wypunktowanymi zaletami byłego prezydenta, stanowi, moim zdaniem, największą przeszkodę ku temu, aby to Aleksander Kwaśniewski stał się przywódcą, który może porwać Polskę do nowego politycznego i obywatelskiego działania. W trójce przywódców organizujących konferencję nie ma takiej osoby, która mogłaby tę rolę odegrać. Jedynie Lech Wałęsa był prawdziwe charyzmatyczną osobowością, ale nijak nie może odegrać siebie samego sprzed wielu lat.
Wynika z tego, że - tak naprawdę - nie ma armat do przedsięwzięcia, które dziennikarze z uporem chcą przypisać Kwaśniewskiemu. Nigdy nie był on przywódcą, który wytyczał nowe drogi albo otwierał horyzonty. A takiego porywającego i charyzmatycznego, a zarazem bardzo konkretnego, rzetelnego przywódcy potrzeba. Jeśli Kwaśniewski ma prawdziwie realistyczną samoświadomość, to powinien też znać swoje ograniczenia.
A gdyby tak było, to wydaje się, że można inaczej jeszcze pomyśleć o sytuacji i o jego powrocie do polityki. Gdyby udało się wykreować wspomniany wyżej ruch obywatelski, ruch społeczny, to możliwe jest do wyobrażenia w dalszym kroku stworzenie bardziej politycznej płaszczyzny, która byłaby platformą spotkania dla rozczłonkowanych teraz środowisk.
Platformy, na której spotkać by się mogli zaskakująco różnorodni aktorzy. Choćby ci, którzy teraz stanowią po części zaplecze intelektualne PiS, ale zapewne radykalno-antyliberalne oblicze rządzących wcale im się nie podoba, tak jak najdalsi są w swym konserwatyzmie od radykalnych fundamentalistów narodowo-katolickich, jak także ci, którzy stanowią coraz głośniejsze, ale całkiem poza "układem" plasujące się środowisko tzw. nowej lewicy.
Kwaśniewski jako przywódca jest trudny do wyobrażenia dla tych środowisk, ale Kwaśniewski, który podjąłby trud wiązania młodszych ze środowisk eseldowskich, z dawnej Unii Wolności, ale może też i z obecnego PO z tymi połowicznie zadowolonymi z PiS konserwatystami oraz z "nową lewicą" spoza układu - ha, to wydaje mi się możliwością, która wcale nie jest nieprawdopodobna.
Mam nieodparte wrażenie, że już obecnie rządząca koalicja karmi się w dużym stopniu swego rodzaju buntem pokoleniowym i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zmiana pokoleniowa w polityce i w działaniu życia zbiorowego jest konieczna. I nie może być zmianą, która do elit społecznych wprowadza prowincjonalnych ćwierćinteligentów, jak to się dzieje obecnie.
Stworzenie obywatelsko-politycznej platformy dla - by tak rzec - wyklucia się i opierzenia nowej, nieco inaczej podzielonej niż obecnie elity politycznej - to może być ciekawe zadanie i dla Kwaśniewskiego, i dla Wałęsy, i dla Olechowskiego.
No i proszę - zakończyłem niemal tak poetycko, jak to było u Żakowskiego!
Ireneusz Krzemiński, socjolog, profesor UW, prorektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia. Do jego najbardziej znanych prac należą "Socjologia a przemiany społeczne współczesnego świata". Ostatnio opublikował: "Antysemityzm w Polsce i na Ukrainie. Raport z badań".
Pisałem już o tym w "Rzeczypospolitej", ale ostatnie tygodnie przyniosły nowe fakty - przede wszystkim słynny już list w sprawie zawiązania społecznego Ruchu na rzecz Demokracji. Zapowiedź konferencji „Europejskie Standardy Demokratyczne” zaplanowanej na Uniwersytecie Warszawskim przez Aleksandra Kwaśniewskiego, Andrzeja Olechowskiego i Lecha Wałęsę budzi wręcz ekscytację. Komentator DZIENNIKA Piotr Zaremba, nie ma wątpliwości, że nie chodzi o nic innego, jak powołanie nowego stronnictwa politycznego.
To nie tylko polityka
Wiele innych komentarzy zmierza w podobnym kierunku: ma się oto spełnić idea, którą rzekomo od dawno piastował Aleksander Kwaśniewski. Miałaby powstać partia, łącząca liberałów z SLD z dawną Unią Wolności. Ba, rzecz jednak w tym, że na dobrą sprawę powstało coś, co się w skrócie nazywa LiD - a to chyba właśnie raczej mało pociągająca realizacja tej idei…
Można, co prawda, spekulować, czy nowe przywództwo - Kwaśniewskiego właśnie - nie polepszy sytuacji i nie ściągnie z powrotem dużych środowisk dawnej Unii Wolności, które z aktualnego układu się wycofały. Szczerze mówiąc, sprawa jednak nie jest tak prosta: trudno sobie wyobrazić przedsięwzięcie czysto partyjne, w którym obok Aleksandra Kwaśniewskiego miałby wystąpić Lech Wałęsa, który i podpisał list, nawołujący do rozwinięcia Ruchu na rzecz Demokracji, i weźmie udział w planowanej konferencji.
Przekonanie tak stanowczo wyrażone przez Zarembę nie wydaje się przekonujące. Sądzę, iż idea powołania ruchu społecznego pod hasłem obrony demokracji może być całkiem udanym przedsięwzięciem. Różne środowiska społeczne, rozproszone i zastraszone polityką PiS, mogą się tutaj odnaleźć, poczynając od dawnego zaplecza Unii Wolności.
Ale też zbiorą się nie wokół celów ściśle politycznych, zwłaszcza w aktualnym rozumieniu polityki. Warto pamiętać widoczną, społeczną i obywatelską mobilizację na rzecz Ukrainy - a najwyraźniej sytuacja w kraju dojrzewa do tego, by obudził się podobny ruch za demokracją - we własnym kraju.
Osobiście coraz bardziej jestem przekonany, że hasło obrony demokracji nabiera z każdym niemal tygodniem coraz bardziej konkretnych i realnych treści. Taki ruch, gdyby się rozwinął, oczywiście może stać się bazą prawdziwego politycznego stronnictwa.
Gdyby więc przypisywać partyjne intencje Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, to trzeba założyć, że kalkulacja jest znacznie bardziej dalekosiężna i bardziej długofalowa, niż tego chcieliby komentatorzy. Gdyby udało się ukonstytuować środowisko wokół hasła obrony demokracji, to mogłoby to być bardzo obiecującym bodźcem do rzeczywistej przemiany sceny politycznej.
Z całą pewnością trzeba się zgodzić z tym elementem diagnozy sytuacji, którą formułuje były prezydent: sytuacja polityczna jest spetryfikowana, zamknięta i przypomina pat, który w dodatku zdaje się mało interesować ogromną część obywateli. Otwarcie "rewolucyjnie zaskorupiałego" układu to niewątpliwie dobry pomysł.
Za dużo "ale"
Ba, ale dalej są same "ale". Po pierwsze, można pofantazjować na temat jeszcze jednej możliwości, a więc powstania takiego ugrupowania politycznego, które miałoby nieco inną i szerszą bazę, niż "poprawiony" LiD. Obecność Andrzeja Olechowskiego u boku byłych prezydentów rodzić może spekulacje na temat możliwości pozyskania stanowczo liberalnej części PO dla wspólnego ze środowiskiem dawnej UW oraz częścią SLD
przedsięwzięcia politycznego.
Andrzej Olechowski by niewątpliwą gwiazdą warszawskiej konferencji programowej PO i wyraził tam druzgoczącą krytykę rządzącego PiS, ale i równie poważną - swojej własnej partii, która nie może się zdecydować na określenie własnej wizji Polski, przeciwstawnej szaleństwom rządzącej koalicji. Ale chyba nic nie wskazuje na to, aby Olechowski chciał z PO zrywać - natomiast powołanie rzeczywistego, społecznego środowiska pro-demokratycznego może stać się także bodźcem mobilizującym PO.
Drugie "ale" jest jeszcze ważniejsze. O ile zgodzić się z wyżej zarysowanym przekonaniem Olechowskiego, że bycie przeciw koalicji PiS, to za mało na pokonanie rywali i zdobycie możliwości naprawy państwa, to wszelka inicjatywa, która dałaby nadzieję na pokonanie obywatelskiego rozbicia i zdecydowane zagłuszenie moherowej mniejszości, roszczącej sobie teraz prawo do władania krajem, wymaga realnej, ale i porywającej wizji przebudowy państwa i życia zbiorowego.
CO zamiast państwa represji, które zarazem rości sobie prawo do narzucania obywatelom jedynie słusznych zasad moralnych? CO zamiast mundurków i idei wychowawczej, polegającej na karaniu i poniżaniu wychowywanych? CO zamiast nowej wersji państwa partyjnego, które staje się łupem politycznym dla "swoich"?
Na to, co się w Polsce dzieje, trzeba odpowiedzieć programem jasnym i bez porównania bardziej konkretnym niż kiedykolwiek dotąd. Konkretność propozycji i klarowność rozwiązań musi w dodatku zawierać element trudny na gruncie polskiej tradycji programów politycznych: musi nie tylko obiecywać coś obywatelom, ale wskazywać, w jaki sposób sami obywatele będą uczestniczyć w planowanych zmianach i co na tym mogą skorzystać.
I dalej: wiarygodność takiego programu musi zapewniać przywództwo. Bez przywódcy, który byłby w stanie porwać ludzi - jak wiadomo, w Polsce "poryw polityczny" jest wyjątkowo trudnym zadaniem - nawet naprawdę przekonujący i zgoła doskonały projekt w żaden sposób nie wypali.
I tutaj pojawia się problem nie do pokonania. Nie chcę odmawiać Aleksandrowi Kwaśniewskiemu dużego kapitału politycznego. Jest to, po pierwsze, kapitał społecznego uznania. Nie można go na pewno lekceważyć, zwłaszcza, że właśnie to, czym go zdobył, a więc umiarkowaniem, umiejętnością szukania kompromisu i porozumienia nawet z wrogami, może być atrakcyjne w obecnej Polsce.
Obecność u jego boku Lecha Wałęsy, do nie tak dawna jeszcze zajadłego wroga, tylko te pozytywne cechy Kwaśniewskiego poświadcza. Tym kapitałem jest także doświadczenie polityczne i polityczno-dyplomatyczne, umiejętności, które zostały także potwierdzone na forum międzynarodowym, żeby raz jeszcze przywołać Pomarańczową Ukrainę. Te umiejętności drastycznie kontrastują z nieudolnością dyplomatyczną obecnego prezydenta i jego ludzi, dając znowu dodatkowy plus Kwaśniewskiemu.
Zadanie ponad układami
Jednak to, co jest wyżej wypunktowanymi zaletami byłego prezydenta, stanowi, moim zdaniem, największą przeszkodę ku temu, aby to Aleksander Kwaśniewski stał się przywódcą, który może porwać Polskę do nowego politycznego i obywatelskiego działania. W trójce przywódców organizujących konferencję nie ma takiej osoby, która mogłaby tę rolę odegrać. Jedynie Lech Wałęsa był prawdziwe charyzmatyczną osobowością, ale nijak nie może odegrać siebie samego sprzed wielu lat.
Wynika z tego, że - tak naprawdę - nie ma armat do przedsięwzięcia, które dziennikarze z uporem chcą przypisać Kwaśniewskiemu. Nigdy nie był on przywódcą, który wytyczał nowe drogi albo otwierał horyzonty. A takiego porywającego i charyzmatycznego, a zarazem bardzo konkretnego, rzetelnego przywódcy potrzeba. Jeśli Kwaśniewski ma prawdziwie realistyczną samoświadomość, to powinien też znać swoje ograniczenia.
A gdyby tak było, to wydaje się, że można inaczej jeszcze pomyśleć o sytuacji i o jego powrocie do polityki. Gdyby udało się wykreować wspomniany wyżej ruch obywatelski, ruch społeczny, to możliwe jest do wyobrażenia w dalszym kroku stworzenie bardziej politycznej płaszczyzny, która byłaby platformą spotkania dla rozczłonkowanych teraz środowisk.
Platformy, na której spotkać by się mogli zaskakująco różnorodni aktorzy. Choćby ci, którzy teraz stanowią po części zaplecze intelektualne PiS, ale zapewne radykalno-antyliberalne oblicze rządzących wcale im się nie podoba, tak jak najdalsi są w swym konserwatyzmie od radykalnych fundamentalistów narodowo-katolickich, jak także ci, którzy stanowią coraz głośniejsze, ale całkiem poza "układem" plasujące się środowisko tzw. nowej lewicy.
Kwaśniewski jako przywódca jest trudny do wyobrażenia dla tych środowisk, ale Kwaśniewski, który podjąłby trud wiązania młodszych ze środowisk eseldowskich, z dawnej Unii Wolności, ale może też i z obecnego PO z tymi połowicznie zadowolonymi z PiS konserwatystami oraz z "nową lewicą" spoza układu - ha, to wydaje mi się możliwością, która wcale nie jest nieprawdopodobna.
Mam nieodparte wrażenie, że już obecnie rządząca koalicja karmi się w dużym stopniu swego rodzaju buntem pokoleniowym i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zmiana pokoleniowa w polityce i w działaniu życia zbiorowego jest konieczna. I nie może być zmianą, która do elit społecznych wprowadza prowincjonalnych ćwierćinteligentów, jak to się dzieje obecnie.
Stworzenie obywatelsko-politycznej platformy dla - by tak rzec - wyklucia się i opierzenia nowej, nieco inaczej podzielonej niż obecnie elity politycznej - to może być ciekawe zadanie i dla Kwaśniewskiego, i dla Wałęsy, i dla Olechowskiego.
No i proszę - zakończyłem niemal tak poetycko, jak to było u Żakowskiego!
Ireneusz Krzemiński, socjolog, profesor UW, prorektor Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia. Do jego najbardziej znanych prac należą "Socjologia a przemiany społeczne współczesnego świata". Ostatnio opublikował: "Antysemityzm w Polsce i na Ukrainie. Raport z badań".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|