Aleksander Kwaśniewski nie okazał się rycerzem na białym rumaku, przed którym rozstępują się wrota ciemności i który przeprowadza uciśnioną lewicę (z doczepionymi do niej demokratami) do ziemi utraconej, gdzie ustawy załatwia się za łapówkę, a rządy sprawuje wymykająca się demokratycznej kontroli "grupa trzymająca władzę".
Powrót do Polski Rywina nie będzie tak łatwy, jak wydawało się to otoczeniu "prezia". Mieszkańcy Podlasia okazali się nieczuli na wezwanie bojowników o wolność i demokrację, potraktowali ich jak zwykłych postkomunistów i obdarowali dokładnie taką samą liczbą mandatów jak w czasach, gdy Kwaśniewski nie rzucił jeszcze swego autorytetu na wyborczą szalę.
Sądząc po wynikach sondażu opublikowanego we wtorkowym DZIENNIKU, podobnie zdają się oceniać powrót do polityki byłego prezydenta mieszkańcy pozostałych regionów kraju. Duży kapitał osobistej sympatii nie przekłada się na poparcie polityczne.
Sondaż OBOP dowodzi jednak, że przeciętni Polacy oceniają stan życia politycznego o wiele bardziej realistycznie niż duża część elit opiniotwórczych. Ponad połowa respondentów dostrzega przejawy naruszania przez rządzącą koalicję prywatności i godności obywateli, a także europejskich standardów demokratycznych.
Niestety, ta surowa ocena jest w pełni uzasadniona. Ostentacyjne aresztowania w świetle kamer telewizyjnych, upartyjnienie mediów publicznych, zmasowana krytyka wymierzona w instytucje sprawujące funkcje kontrolne wobec władzy, naciąganie pisanych i niepisanych reguł parlamentarnych - to tylko parę przykładów dowodzących, że pod względem standardów demokratycznych wciąż jesteśmy krajem wschodnioeuropejskim.
Jeszcze bardziej krytycznie Polacy oceniają styl uprawiania polityki przez liderów obozu rządzącego, język agresji, pomiatanie przeciwnikami, klimat wszechogarniających podejrzeń itp. Z drugiej jednak strony respondenci trafnie oceniają, że zagrożone jest nie samo istnienie demokracji, a jedynie - i aż - jej jakość.
Fakt, że zaledwie kilkanaście procent respondentów deklaruje gotowość zaangażowania się w ruch Aleksandra Kwaśniewskiego, pokazuje, że zdecydowana większość krytyków obecnego rządu identyfikuje się z bardziej wyważoną formą zarzutów, bliską temu, co prezentuje PO. Nie znaczy to jednak, że PO może spać spokojnie, ani że inicjatywę Kwaśniewskiego można już spisać na straty.
Lider obozu postkomunistycznego ma bowiem dwóch znaczących sojuszników. Pierwszym jest - jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało - PiS. Jarosław Kaczyński dostrzegł w inicjatywie Kwaśniewskiego szansę na zredefiniowanie kształtu sceny politycznej. Jej osią ma się stać polaryzacja już nie między PiS a PO, lecz między obozem braci Kaczyńskich a postkomunistami.
Są oni bowiem dla PiS o wiele wygodniejszym przeciwnikiem niż wywodząca się ze wspólnego pnia "Solidarności" Platforma. Co jednak ważniejsze, ewentualne osłabienie PO na skutek przejęcia lewicowo-liberalnej części elektoratu przez ruch Kwaśniewskiego mogłoby z kolei skłonić część elektoratu do przerzucenia poparcia dla PiS.
Jak się wydaje, rachuby Kaczyńskiego i Kwaśniewskiego są w tym zakresie zbliżone. A sojusznikiem w dziele przemeblowania sceny politycznej i próbie marginalizacji PO są media. Bardzo wyraźnie widać, że coraz częściej ogniskują one spór polityczny wokół zderzenia PiS-lewica z pominięciem głosu PO. Daleki jestem od sugerowania, że za taką zmianą kryje się nadzieja nieprzychylnych rządowi mediów, że Kwaśniewski okaże się skuteczniejszym oponentem dla braci Kaczyńskich niż Donald Tusk.
Jedyną zaletę powrotu Kwaśniewskiego widzę w tym, że zdynamizował scenę polityczną. Czas gęstnieje i się kurczy. W biegu po wyborcze zwycięstwo zabrzmiał dzwonek sygnalizujący, że rozpoczęło się ostatnie okrążenie. Nawet jeśli ma ono potrwać dwa lata, przed ostatnią prostą nie można dać się zamknąć rywalom w kleszczach.