Anna Widzyk: Który sposób liczenia głosów w Radzie Unii Europejskiej jest lepszy: proponowany przez Polskę pierwiastkowy, czy forsowany przez Unię tzw. podwójnej większości?
Sebastian Kurpas: Zależy dla kogo. W interesie Niemiec jest wprowadzenie metody głosowania podwójną większością, bo jako największy kraj najbardziej na tym korzystają. Na drugim
biegunie jest Polska, która na odejściu od obowiązującego systemu nicejskiego traci najwięcej. Nicea daje Polsce niemal takie znaczenie jak największym krajom. Dlatego Warszawa proponuje inne
rozwiązanie, które pozwoliłoby jej stracić nieco mniej. Obiektywnie oba systemy są tak samo dobre.
Dlaczego większość państw Unii Europejskiej nie chce się zgodzić na dyskusję na temat systemu liczenia głosów, o co zabiega Polska?
Niektórzy zgodzili się na podwójną większość w zamian za spełnienie swoich żądań. Jest bardzo prawdopodobne, że jeżeli teraz rozpoczniemy na nowo dyskusję o metodzie głosowania,
pojawią się kolejne żądania, które naruszą równowagę instytucjonalną.
Nawet zakładając, że udałoby się to poskładać, przyjętoby pierwiastkowy system głosowania, to na końcu negocjacji znów może pojawić się ktoś, komu to się nie spodoba i zaproponuje
coś innego. Dlatego Niemcy i pozostałe kraje Unii argumentują, że skoro trzy lata temu udało się przyjąć kompromis, wszyscy podpisali się pod konstytucją, to należy się tego
trzymać.
Czy to z obawy przed kolejnymi trudnymi rozmowami nikt, poza Czechami, nie popiera polskiego postulatu?
Myślę, że to jest prawdziwy powód. Gdyby sytuacja była odwrotna: w eurokonstytucji zapisany byłby system pierwiastkowy, a Niemcy zaproponowaliby zmianę na podwójną większość, doszłoby do
podobnego pata.
A Hiszpania? Przecież zyskałaby na pierwiastku.
Ten kraj jest w szczególnej sytuacji: ratyfikował eurokonstytucję w referendum i nie chce podważać jego wyniku.
Dlaczego wszyscy tak ostrzegają Polskę przed wetem? Przecież wiele krajów w przeszłości odwoływało się do tego kroku.
Bo reforma traktatów unijnych ciągnie się od bardzo dawna, stała się przyczyną kryzysu w Unii Europejskiej i większość chce mieć to w końcu z głowy. Zawsze podczas negocjacji nad unijnymi
traktatami o podział głosów w Radzie Unii toczono zażarte spory do samego końca. Dlatego nie dziwi mnie, że Polska sygnalizuje swoje obiekcje, jednak ton, jaki słychać z Warszawy, może
irytować. Dawno nie słyszałem, by ktoś w Unii Europejskiej chciał umierać za jakąś sprawę.
Czy jest możliwe, że w przypadku zablokowania porozumienia, Polska będzie izolowana w Unii Europejskiej?
Trochę trudno mi to sobie wyobrazić. Jak można izolować państwo? Być może zaszkodzi to wizerunkowi Polski i jej pozycji negocjacyjnej, ale byłoby nonsensem, gdyby reszta państw Unii
odgrywała się na przykład odmawiając poparcia w jakichś konkretnych sprawach. Unia Europejska opiera się na współpracy. Mówienie o izolacji to element presji. Kiedyś Wspólnota próbowała
izolować Austrię, gdy do rządu weszła skrajna prawica Jörga Haidera i okazało się to całkowicie chybioną taktyką.