Racją tego mandatu nie jest ani wola wyborców, ani aspiracje liderów tych formacji. Racją jest zadanie, którego podjęli się, aspirując do rządzenia krajem. I nie chodzi tu o polityczny
patos, ale o zmianę perspektywy patrzenia na skutki obecnej polityczno-wyborczej rywalizacji.
Historia czeka
Gdyby oderwać się nieco i zastanowić, jak obecne wydarzenia zapiszą się w historii politycznej Polski - to zapewne zgodzimy się, że podstawowym kontekstem ich opisu będzie kryzys ustrojowy
Trzeciej Rzeczypospolitej i próba jego przezwyciężenia. Kryzys spowodowany - warto dodać, choć to oczywiste - nie przez Jarosława Kaczyńskiego czy Donalda Tuska, ale przez szeroko rozumianą
elitę postkomunistyczną.
Z pewnego historycznego oddalenia ważne będzie zatem to, czy dwie partie, które dostały szansę, by ten kryzys rozwiązywać, by doprowadzić do naprawy instytucji i ducha publicznego, sprostały temu zadaniu, czy nie. Z tej perspektywy nie będą się liczyć ani sondaże, ani nawet krzyczące oburzeniem nagłówki gazet. Nie będą się liczyć dzisiejsze małostkowe wojny, zanadto już przypominające spór Pawlaka z Kargulem, który dawno przestał nas śmieszyć, a dziś coraz bardziej irytuje, jak oglądana po raz siedemnasty komedia.
Rachunek zostanie wystawiony jedynie na podstawie istotnych ustrojowo dokonań i zaniechań. Będzie bardziej sprawiedliwy niż codzienne gazetowe komentarze, ale też bardziej bezwzględny w swej
wymowie. Zapomni zapewne rządzącym taśmy posłanki Beger i opozycji absurdalne przestawianie Rokity z kąta w kąt. Postawi jednak pytanie o kształt ustrojowej zmiany.
Koniec bezkarności elit
Trzecia Rzeczpospolita - jako państwo, którego jedną z zasad ustrojowych była bezkarność elit - utraciła swą ustrojową moc sprawczą w roku 2003. Komisja Śledcza z udziałem Rokity, Ziobry
i Nałęcza stała się pierwszą istotną manifestacją zmiany ustrojowej. Zmieniła zachowania wielu instytucji publicznych - w szczególności policji, prokuratury, sądów. Pociągnęła za sobą
rewolucję semantyczną, która w sposób spontaniczny przetoczyła się przez polskie media.
Rehabilitowała ona ten język opisu rzeczywistości, którym posługiwała się część publicystów i politycy tacy jak Jarosław Kaczyński, Ludwik Dorn czy Kazimierz Ujazdowski. To, co przez lata pisano w niszowych kwartalnikach, zagościło po roku 2003 na pierwszych stronach gazet i w telewizyjnych programach informacyjnych i publicystycznych.
Kryzys Trzeciej Rzeczypospolitej nie stał się jednak "kryzysem założycielskim". Nie tylko dlatego, że dwie główne partie prawicy nie zawiązały koalicji po wyborach 2005 roku. Nie dlatego także, że Prawo i Sprawiedliwość stworzyło rząd z radykałami z LPR i Samoobrony. Sprawa jest poważniejsza. Dwie partie zgodziły się - w zasadzie tylko co do tego - by nowe reguły powstawały w wyniku gwałtownego i nieregulowanego w żaden sposób konfliktu politycznego.
Zrezygnowały nie tylko z koalicji, ale także z kompromisu w sprawie najważniejszych reguł rywalizacji. Przedmiotem konfliktu stała się nawet polityka zagraniczna i zmiany w WSI. Nie udało się osiągnąć kompromisu konstytucyjnego ani w sprawie ochrony życia poczętego, ani rozsądnej reformy prawa wyborczego.
Nowe reguły kształtują się samorzutnie w ogniu bezwzględnej rywalizacji. Po pierwsze, zakładają one znacznie mniejszy margines tolerancji dla świata polityki niż ten, do którego
przywykły elity III Rzeczypospolitej. Zarówno polityczne potknięcia, jak i dwuznaczności finansowe, obyczajowe czy związane z przeszłością są dziś bezwzględnie ujawniane przez media. Nie
istnieją ograniczenia ani w sprawie ujawniania materiałów IPN, ani krytyki wypowiedzi publicznych. Sprawa nie dotyczy wyłącznie polityków - skończył się wyraźnie okres ochronny dla
wypowiedzi ludzi kultury i nauki, wybitnych prawników i biskupów. Polska demokracja stała się do bólu egalitarna i prostolinijna.
Spór o doktrynę
Zmiany zachodzą jednak także w samym rdzeniu ustrojowym państwa, jakim jest sfera doktrynalna. Spór między reprezentującymi nowe porządki organami państwa a stojącym na gruncie doktryny
państwowej Trzeciej Rzeczpospolitej Trybunałem Konstytucyjnym nie jest jedynie polityczną przepychanką.
Choć padają w nim argumenty ad personam, choć obie strony próbują zakwestionować ustrojową prawomocność działań "przeciwnika", to jednak istota sporu jest zupełnie inna. Mimo pewnego niedopracowania stanowisk, nieobecności istotnych argumentów ustrojowych - jest już sporem między tezą, iż "reguły ustrojowe III Rzeczypospolitej są nie do przyjęcia", a stanowiskiem, że "zwłaszcza dziś są warte obrony".
W sporze tym pada niezwykle istotna i warta osobnej analizy teza o zagrożeniu demokracji, której treść oznacza po uważnej lekturze raczej obawę o "zagrożenie ze strony
demokracji" dla obowiązujących dotychczas reguł ustrojowych. Jest postawieniem pytania o granicę uprawnień władzy opartej o demokratycznie wybraną większość parlamentarną i
korzystającej z przychylności demokratycznie wybranej Głowy Państwa. Jest pytaniem o ustrojowe gwarancje autonomii elity społecznej Trzeciej Rzeczypospolitej, o jej prawo do samodzielnego
stanowienia istotnych społecznie reguł.
Terror rywalizacji
Jak zatem widać, zmiana reguł nie dotyczy relacji między organami państwa, nie dotyczy porządku instytucjonalnego, ale przebiega na jego obrzeżach. Jest zatem bardziej
"krucha" i bardziej spontaniczna, niż się spodziewano. Jest w jakimś stopniu kontynuacją - by użyć dobrego sformułowania Ludwika Dorna - "bezintencjonalnej,
niemrawej i apatycznej rewolucji" lat 90.
Jej tor wyznacza już jednak inna logika, która w życiu społecznym wyznaczona jest egalitarnym buntem przeciwko dysfunkcjonalnym hierarchiom Trzeciej Rzeczypospolitej. W życiu politycznym zaś jego odpowiednikiem jest coraz bardziej bezwzględny terror wyborczej rywalizacji.
Przypomina się określenie przedwojennego życia intelektualnego, które Stefan Kisielewski nazwał "terroryzmem bezideowości". Dzisiejsze życie polityczne ulega innemu terrorowi - rywalizacji wyborczej wykraczającej daleko poza czas kampanii. Trudno nie ulec wrażeniu, że Platforma Obywatelska zachowuje się od dwóch lat jak komitet wyborczy Donalda Tuska w wyborach 2010 roku. Ogranicza sobie tym samym pole politycznego manewru, broniąc za wszelką cenę 30-procentowego "stanu posiadania", broniąc szans Tuska na wynik powyżej 50 proc. w drugiej turze.
Podobnie spektakularne zachowania wicepremiera Giertycha jako ministra edukacji tworzą wrażenie, że w kalkulacji tego polityka liczą się tylko kolejne wybory. Odwracają tradycyjnie rozumianą logikę demokracji z celu "wygrać, aby móc rządzić" na "rządzić tak, aby móc wygrać". Następne wybory rzecz jasna. Politycy skoncentrowani na wyborczym wyniku przypominają swymi motywacjami mało sympatyczną postać pijaka z "Małego Księcia", który pił po to, by zagłuszyć wstyd wynikający z bycia pijakiem.
Tymczasem rządzenie nie jest sztuką wygrywania wyborów. Podobnie jak demokracja nie jest ustrojem, w którym wyborcy odpowiadają na pytanie "co należy zrobić". Bardzo
często tego po prostu nie wiedzą. Wybierając tych, a nie innych polityków - oceniają zdolność do rządzenia, ludzką rzetelność, a także adekwatność wypowiadanych przez polityków sądów
na temat rzeczywistości do ich własnego doświadczenia i przekonań. W wyborach nie należy - choć czyni to wielu komentatorów i analityków - szukać dyrektyw do rządzenia.
"Kto" ważniejsze od "co"
Wybory parlamentarne i prezydenckie w ich dzisiejszym kształcie są jedynie odpowiedzią na pytanie "kto będzie rządził", a nie na pytanie "co jest do
zrobienia". Powoływanie się w tym miejscu na - niepoznawalne zresztą empirycznie - intencje wyborców czy na obietnice przedwyborcze wydaje się być "nadinterpretacją"
demokracji. Szukając sposobów objaśnienia tego, co dzieje się nad urną wyborczą, często opisuje się wybory jako swego rodzaju kontrakt.
Ci, którzy posługują się tą metaforą, zapewne nie zgodziliby się na to, by ich pozostałe kontrakty - od zakupu w sklepie po sprzedaż mieszkania - wyglądały podobnie do głosowania w wyborach. Głosujemy, ryzykując. Głosujemy trochę w ciemno, wkładając w akt wyborczy więcej zaufania niżby to wynikało z roztropnej "kontraktowej" kalkulacji. Jednak mandat, który zawarty jest w głosowaniu, jest mandatem do rządzenia, a nie do "prowadzenia następnej kampanii wyborczej z pozycji rządu".
To zaś, "co jest do zrobienia", jest ustalane w zupełnie inny sposób - wybory stanowią tu jedynie słabą dyrektywę generalną. To, "co jest do zrobienia", jest przedmiotem ostrego sporu wewnątrz elity danego państwa i rzadko bywa rozstrzygane w głosowaniu. Spór ten - dodajmy - toczy się wewnątrz elity, której granice nie pokrywają się z formalnie pojmowaną elitą polityczną.
Zdarzają się bowiem istotni i "brani pod uwagę" uczestnicy niemający jakiegokolwiek mandatu politycznego, jak i nie zainteresowani tym problemem posłowie i ministrowie.
W sporze tym trzeba postawić dziś pytanie, czy mimo "terroru wyborczej rywalizacji" nie trzeba postawić przede wszystkim na reformy instytucjonalne stanowiące nowy ustrój państwa. Układ sił w parlamencie wskazuje wyraźnie na to, że wprowadzenie w miarę spójnej i stabilnej - respektowanej zatem także w Sejmie VI kadencji - zmiany ustrojowej wymaga zgody dwóch dużych partii prawicy. Wymaga zatem od nich częściowego zawieszenia broni.
Ktoś powie, że połowa kadencji Sejmu - to za późno na zmianę logiki rywalizacji. Można przeciwstawić temu argument nie mniej silny. Utrzymanie tej logiki do końca V kadencji gwarantuje niemal jej kontynuację w kadencji VI. Centroprawica jest dziś politycznie podzielona na dwie duże partie.
Nie ma w tym żadnej tragedii. Jednak historyczne zadanie przezwyciężenia kryzysu ustrojowego wymaga znalezienia formuły współpracy konstytucyjnej. Wbrew bowiem szalonym tezom części publicystów, podbój i wojna domowa nie są jedynym sposobem stanowienia trwałych porządków, a stabilność systemów politycznych bierze się nie z prawa silniejszego, ale przeciwnie - ze zdolności do samoograniczenia istotnych aktorów.
Rafał Matyja, politolog, publicysta "Dziennika", wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu - NLU w Nowym Sączu.