Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa - tymi słowami poseł PO Bronisław Komorowski zagrzewał naszą dyplomację do rozpychania się w rozmowach z innymi państwami Unii Europejskiej. Ma to swoją wagę - mówił tak jeden z najbardziej ugodowych wobec europejskiej poprawności politycznej polityków Platformy.
Skąd to to stanowisko? Część polityków PO trwa przy pomyśle pierwiastka, który skądinąd wprowadził do polskiej polityki Jacek Saryusz-Wolski. Ale też Platforma wie dobrze, że są takie
momenty, gdy trzeba stać za własnym rządem, nawet bez wielkiego przekonania. Bo to są właśnie europejskie standardy.
Kto gra na lękach
Tych argumentów nie przyjmuje lewica. Jej pomysł jest prosty: budować swoją tożsamość na miękkości, spokoju i proeuropejskich sentymentach. To pozwala wepchnąć
"platformersów" do jednego worka z "oszołomami" z PiS. To zabawne, ale Kaczyńskiemu i Tuskowi zarzuca się rozgrywanie tematu pierwiastka na użytek polityki
wewnętrznej. Sytuacja, gdy były prezydent Aleksander Kwaśniewski nie stosuje się do zasad elementarnej lojalności w polityce zagranicznej, nie jest kwalifikowana jako politykierstwo przez
najpoważniejsze media i najbardziej znaczących komentatorów.
Bo tej kalkulacji czysto politycznej, powtórzmy raz jeszcze - sprzecznej z europejską tradycją, towarzyszy potężny chór medialny zniechęcający nas do jakiejkolwiek determinacji. Sugestie dotyczące polskiego weta traktują je w kategoriach pierdnięcia w europejskim salonie. Tak przemawia znaczna większość dziennikarzy i tzw. ekspertów od stosunków zagranicznych (choć z chlubnymi wyjątkami - wczorajszy tekst Jacka Pawlickiego w "Gazecie Wyborczej"). Ich fundamentalnym argumentem jest ten, że krytykują nas w niemieckich gazetach. A argumentem przesądzającym zarzut, że psujemy europejską atmosferę - formułowany skądinąd najmocniej przez luminarzy niemieckiej polityki. Dużo trudniej znaleźć w tym chórze przemyślenia oryginalne i własne.
Mogę się zgodzić, że obecność w koalicji rządzącej Polską narodowców i populistów spod znaku Giertycha i Leppera nie wzmacnia naszej pozycji wyjściowej, bo daje nam nie najlepszą
publicity. I przystać na to, że nasza dyplomacja nie ustrzegła się błędów, które owocują brakiem sojuszników. Nie zmienia to tego, że dziś to oponenci polskiego stanowiska negocjacyjnego,
zarówno politycy lewicy, jak i tak zwani specjaliści, "odwołują się do lęków" - by użyć charakterystycznego zarzutu wobec eurofobów i eurosceptyków. Są to lęki przed
marginalizacją, przed wypadnięciem ze swoistego europejskiego klubu. Szkopuł w tym, że lęki kompletnie nieprzetestowane przez rzeczywistość. Złośliwości "Der Spiegla"
stają się wyrocznią co do naszej przyszłości w Europie (choć na przykład pytanie zwykle nam nieżyczliwej "Liberation" - a może Polska ma rację, już nie).
Jak skutecznie licytować
Zacznijmy niejako od końca i spytajmy - a co jeśli polscy negocjatorzy mają świadomość, że pierwiastek jako system liczenia głosów w Radzie Unii Europejskiej jest raczej nie do utrzymania?
Tyle że warto go podnosić, bo rezygnacja z niego stanie się walutą, za którą uzyskamy od naszych partnerów co innego? - Jak się negocjuje cenę sprzedaży jakiegoś towaru, to zaczyna się od
najwyższej - zwraca uwagę Jacek Saryusz-Wolski niebędący człowiekiem znienawidzonym przez polskie elity "Kaczorów".
Czy ci negocjatorzy nie powinni czuć za swoimi plecami szerszego poparcia niż głosy Platformy? Zwłaszcza gdy merytorycznie niekonsekwencję "ugodowców" można dostrzec na milę. Charakterystycznym przykładem jest głos Pawła Świebody, byłego wysokiego urzędnika MSZ, a od niedawna wytrwałego krytyka obecnej polityki zagranicznej (zdaniem niektórych kandydata na najwyższe urzędy w dyplomacji, gdy do władzy dojdzie lewica).
Na łamach sobotnio-niedzielnej "Gazety Wyborczej" Świeboda wymienia cały szereg celów mniejszych od pierwiastka, które moglibyśmy wytargować. Na przykład korektę progów państw czy obywateli w systemie podwójnej większości, podejmowanie pewnych decyzji większością superkwalifikowaną, większą reprezentację w Parlamencie Europejskim dla Polaków czy wprowadzenie specjalnego mechanizmu odraczającego głosowania. Można by do tego dorzucać następne drobne zyski. Choćby sugerowane ponoć przez dyplomację francuską zawarowanie nam prawa do przynajmniej jednego unijnego komisarza.
Tyle że z drugiej strony ten sam Świeboda kwestię pierwiastka kwituje następująco: "Otwieranie tej dyskusji od początku mija się z celem". Niech więc wyjaśni, w jaki
sposób Polska ma się dobijać tych ustępstw, jakimi metodami sprowadzić do Warszawy prezydenta Sarkozy'ego czy premiera Hiszpanii? Jaką strategię negocjacyjną proponuje środowisko nazwane
niegdyś brutalnie przez Jarosława Kaczyńskiego "partią białej flagi"?
Kogo to obchodzi?
Innym charakterystycznym argumentem jest przekonywanie, że tak naprawdę system głosowania w unijnych organach nie ma większego znaczenia. Pokazuje się
zestawienia, z których ma wynikać, że większość decyzji zapadło w drodze konsensusu, a wygrywał ten, kto umiał tworzyć skuteczniejsze koalicje, a nie ten, kto dysponował większą siłą
głosu.
Teza, że przy okazji ucierania stanowisk - choćby dokonywano go przed oficjalnym głosowaniem - siła głosu nie ma znaczenia, brzmi absurdalnie. A co do umiejętności zawierania koalicji... Wyobraźmy sobie w 400-osobowym parlamencie partię dysponującą 150 mandatami. Jest rzeczą oczywistą, że nie gwarantuje jej to współrządzenia - ba, może nie gwarantować żadnego wpływu na rzeczywistość - jeśli inne partie zmówią się przeciw niej. Ale spróbujmy wytłumaczyć liderom tej partii, że dla jej negocjacyjnej pozycji w różnych kwestiach nie ma znaczenia, czy tych mandatów jest 15, czy - powiedzmy - 50. Ktoś, kto tak by twierdził, dostałby pałę z politologii na najgorszym nawet uniwersytecie.
Zresztą - najlepszym dowodem, czy coś ma znaczenie, czy nie, jest zachowanie innych państw. Naprawdę pierwiastek nikogo nie obchodzi? To dlatego pielgrzymki przywódców największych europejskich potęg odwiedzają w ostatnich dniach Warszawę, a niemieccy politycy nie potrafią ukryć własnych emocji? To dlatego niemiecka prasa prowadzi kampanię przeciw "nielubianym sąsiadom"?
Przypomina się niedawna wrzawa części polskich gazet przekonujących, że Jacek Saryusz-Wolski niepotrzebnie upiera się przy stanowisku szefa komisji spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego, bo nie ma ono większej wagi. Tak dalece nie miało wagi, że kanclerz Merkel zadzwoniła do Donalda Tuska, aby załatwić tę funkcję politykowi swojej partii i swojego kraju Elmarowi Brockowi.
Kształt takiego czy innego mechanizmu głosowania ma oczywiście dużo bardziej fundamentalne znaczenie niż posada dla Saryusza-Wolskiego. Może polski protest to tylko bluff, ale tak naprawdę
bluffem być nie powinien. Nie chodzi tu przecież o kolejną zwykłą decyzję. Jesteśmy w przededniu zasadniczej reformy ustroju Unii Europejskiej. Kto się dziś nie odezwie, nie będzie mógł
za parę lat narzekać, że to źle działa. Albo że on na tym traci.
Po co pierwiastek?
I tu dochodzimy już nie do taktyki, a sedna sporu. W następstwie przyjęcia traktatu konstytucyjnego znajdziemy się w całkiem innej Unii niż ta, na
którą godziliśmy się w referendum latem 2004 roku. Wyposażonej w więcej uprawnień kosztem państw narodowych. Podejmującej coraz więcej decyzji większością głosów, a nie na zasadzie
konsensusu. To może być na wiele dziesięcioleci ruch w jedną stronę. I to też jest wybór ideologiczny. Tę uwagę dedykuję Pawłowi Świebodzie, który ideologiczne podejście do sprawy
wyrzuca polskim władzom.
Wygląda na to, że większość europejskich elit politycznych nową Unię akceptuje. Tak naprawdę zaakceptowaliśmy ją też i my - i to pod rządami ekipy uchodzącej za eurosceptyczną. Zwróćmy uwagę, jak krótka jest lista polskich zastrzeżeń. To już raczej Anglia kręcąca nosem na wspólną europejską politykę zagraniczną czy Czechy mające wątpliwości, czy Unia powinna używać parapaństwowych symboli, dotykają istoty tej przemiany i chciałyby ją może odrobinę osłabić czy opóźnić.
Polska podnosi jedno jedyne zastrzeżenie. Przecież nawet państwa federalne - a Unia wciąż nie będzie jednym państwem, należałoby raczej powiedzieć superpaństwem - zapewnia poszczególnym regionom jakąś namiastkę gwarancji równych praw. Dlaczego niespełna milionowa Newada ma w amerykańskim Senacie dwa głosy i tyle samo głosów ma wielomilionowy Nowy Jork? Dlaczego w izbie wyższej Szwajcarii każdy kanton ma po dwóch przedstawicieli. A przecież stany czy kantony nie reprezentują tak jak państwa europejskie różnych narodów. Ma rację Saryusz-Wolski - to system gwarantujący maksymalną równość nie tylko obywatelom Unii, ale unijnym narodom i państwom, jest zgodny z zasadą unijnej solidarności.
Dopóki państwo narodowe nie stanie się wyłącznie kategorią historyczną. A przecież nie stało się. Z tego punktu widzenia pierwiastek - niezapewniający państwom Unii całkiem równego parytetu, ale spłaszczający różnice między nimi - to minimalny wręcz śladowy bezpiecznik. Dla samej Polski. Bo z bardziej zintegrowaną Unią, gdzie politycy poszczególnych krajów targują się, ale zachowują też pozory wspólnych interesów, łączą się ewidentne korzyści. Na przykład zabezpieczenie polskiego interesu wobec Rosji.
Ale łączy się też ryzyko. Czy Polska jako kraj na dorobku powinna być zainteresowana próbą uzgodnienia polityki podatkowej albo socjalnej? I czy rzeczywiście Europa z silną pozycją
Niemiec będzie nas skutecznie broniła przed polityką Kremla? A to tylko dwa przykłady.
Bardzo możliwe, że wkładając kij w unijne szprychy, denerwując dziś wielu europejskich polityków spragnionych szybkiego sukcesu polski rząd zwróci innym uwagę na istotne moim zdaniem
pytanie: dokąd Unia ma zmierzać.
Gdzie są granice jej centralizacji? Jaki ma obowiązywać układ sił między najsilniejszymi i najbogatszymi a tymi, którzy są na początku drogi ku sile i bogactwu. Na ile ma ona działać jako zbiór państw, a na ile jako całkiem nowy byt?
Dziś to pytanie ginie w pohukiwaniach: róbmy szybko traktat i zamykajmy sprawę! Jutro może się wszakże stać istotne.
W "Gazecie Wyborczej" Witold Gadomski ogłosił, że pojęcie "interes narodowy" traci sens. Ja mam wrażenie, że to pojęcie jest nadal żywotne i na przykład
niemieckie elity dobrze o tym pamiętają, tyle że próbują realizować ten interes poprzez unijne instytucje.
Ale nawet gdyby było tak, jak pisze Gadomski, są jeszcze inne wartości do przedyskutowania. Unia nie powinna być bytem ciężkim, biurokratycznym, przesocjalizowanym. Większa samodzielność państw narodowych może, choć nie musi, przed tym chronić. Pierwiastek może, choć nie musi, być tej ochrony gwarancją.