Dziennik Gazeta Prawana logo

Miller: Sojuszników trzeba szukać wcześniej

13 października 2007, 15:46
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Szczyt w Kopenhadze miał zakończyć negocjacje z dziesięcioma krajami kandydującymi do UE" - mówi DZIENNIKOWI były premier Leszek Miller. "Kiedy przedstawiłem polskie postulaty, gospodarz spotkania uznał, że to nieporozumienie".

Renata Kim: Reprezentował pan Polskę na pamiętnym szczycie Unii Europejskiej w 2002 roku w Kopenhadze. Jak to wyglądało?
Leszek Miller: Atmosfera była bardzo napięta. Ten szczyt miał być wielkim świętem, gdzie niczego się już nie negocjuje, tylko podsumowuje rezultaty wcześniejszych rozmów. Więc kiedy w czasie pierwszej tury spotkań przedstawiłem polskie postulaty, przewodniczący wówczas UE premier rządu duńskiego Anders Fogh Rasmussen powiedział, że to jakieś nieporozumienie.

Użył takich słów?
Tak. Powiedział, że przecież nie otwieramy negocjacji, tylko je kończymy, a ja chcę znowu rokować. I oświadczył, że nie przyjmuje tego do wiadomości. A potem dodał, że nawet nie chce pójść do swoich czternastu unijnych kolegów i przedstawić im moje postulaty, bo boi się, że go wyśmieją.
Najważniejszym z nich był przepływ środków finansowych tzw. cash flow, bo Polsce groziło, iż w pierwszym roku członkostwa więcej wpłaci do unijnej kasy niż z niej dostanie. Kolejne sprawy to kwoty mleczne, dopłaty bezpośrednie dla rolników i uznawanie kwalifikacji polskich pielęgniarek. Premier Rasmussen słuchał i patrzył na na mnie jak na człowieka z innej planety.
Zaproponowałem, by skonsultował się z unijnymi partnerami, a on się zgodził. Spotkaliśmy się po półtorej godzinie.

Był pan zdenerwowany?
Tak, ale wiedziałem, że mam szansę, dlatego że wcześniej z najbardziej zaprzyjaźnionymi kolegami z Unii omówiłem sytuację. Z niemieckim kanclerzem Gerhardem Schroederem spotkałem się w jego domu w Hanowerze.
Był tam też wpływowy komisarz Guenther Verheugen odpowiedzialny za rozszerzenie Unii Europejskiej. Potem, już na szczycie Schroeder inteligentnie przekuł zaistniałą sytuację w swój własny sukces. Kiedy premier Rasmussen powiedział, że ten bezczelny Miller postawił twarde warunki, a jednym z nich jest przepływ finansów miedzy Brukselą, a Warszawą, to Schroeder odparł, że w tej sprawie Miller właściwie ma rację. Zwołał konferencję prasową i powiedział, że on, kanclerz Niemiec chce i wie jak pomóc Polsce.

Czyli użył pana pomysłu i przekonywał, że to jego?
Moja była potrzeba, a pomysł był jego. Uzgodniliśmy tę sprawę na kolacji w Hanowerze, ale milczeliśmy aż do szczytu. A ponieważ Niemcy są głównym płatnikiem do unijnej kasy, było jasne, że pozostałe kraje nie powinny się sprzeciwiać. Zresztą wśród nich byli także inni nasi sojusznicy.
Ta sprawa była najważniejsza. Potem zaproponowałem premierowi Rasmussenowi, by dalsze rozmowy odbywały się w cztery oczy. Omawialiśmy kolejne punkty, a mój partner za każdym razem konsultował to z czternastką przebywającą piętro niżej. To trwało cały dzień. Udało się uzgodnić wszystko.

Był pan przekonany, że wszystko będzie dobrze?
Nie do końca. Mój rozmówca był coraz bardziej poirytowany, bo cały scenariusz szczytu się łamał, łącznie z najbardziej uroczystym punktem programu, czyli kolacją u królowej. Mój partner bardzo źle to znosił.

Był zły?
Tak. I wcale tego nie ukrywał. Powtarzał, że nie tak miało być i co ja w ogóle sobie myślę. A ja wiedziałem, że właściwie w każdej chwili mogę demonstracyjnie wstać od stołu i zakończyć rozmowę. Nie miałem jednak pewności, czy jeśli tak zrobię to jeszcze ktoś mnie zawoła na dalszy ciąg negocjacji.

Skąd pan wiedział, jak daleko może się posunąć?
Przed szczytem odbyłem tournee po wszystkich znaczących krajach Unii Europejskiej. Spotkałem się m.in. z najważniejszymi europejskimi przywódcami -- Tony Blairem, Jose Marią Aznarem, Silvio Berlusconim, Göranem Personem. Latałem od jednego do drugiego i przedstawiałem nasze stanowisko. Bo wszystko musi być przygotowane znacznie wcześniej. Przy czym nie chodzi tylko o oficjalne spotkania, ale o to, by pojechać do czyjegoś domu, spotkać się na kolacji przy świecach i winie. Wtedy łatwiej osiąga się zamierzony rezultat.

Czy na szczycie były jeszcze jakieś dramatyczne momenty?
Tylko raz użyłem mocnego argumentu -- chodziło o uznanie kwalifikacji polskich pielęgniarek, a tę sprawę blokował komisarz holenderski. Powiedziałem partnerom, że on odgrywa się za to, że polski rząd wstrzymał zakup PZU na aferalnych warunkach przez koncern Eureko. Uprzedziłem, że jeżeli problemu nie rozwiążą, to powiem o tym na konferencji prasowej.

Użył pan groźby.
Doprowadzono mnie ostateczności, bo został tylko ten problem, a ja wiedziałem, skąd się wziął. Nazwałem tylko rzecz po imieniu.

I ugięli się?
Tak, problem zniknął.

Po tamtym szczycie polska prasa pisała, że wypracowany w takim pocie czoła kompromis nie przyniósł aż tak wielkich sukcesów, jak twierdził rząd.
To były głosy tych, którzy przed Kopenhagą i po niej utrudniali naszą drogę do Unii. Dla wszystkich było jasne, że uzyskaliśmy najlepsze z możliwych warunki. Byliśmy w centrum uwagi i jasno wykładaliśmy swoje racje. Ale nasze zabiegi byłyby nieskuteczne, gdyby nie wcześniejsze zabiegi o sojuszników. Na tym to polega -- mieć potężnych sojuszników, którzy w najważniejszej chwili są skorzy do pomocy. Jak nie ma kogoś takiego, to porażka gwarantowana.

Więc jednak warto krzyczeć i wymachiwać szabelką?
Nie, nie, szabelką nie. Ale warto walczyć o swój pogląd. Bo nie jest tak, że w Unii Europejskiej panuje altruistyczna harmonia, a wszyscy się zgadzają ze sobą. Tam jest po prostu twarda walka o własne interesy. Ważny jest interes ogółu, ale kraj, który nie zabiega o swoje interesy, nie zostanie doceniony.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj