Dziennik Gazeta Prawana logo

Niewykorzystana rewolucja

13 października 2007, 15:49
Ten tekst przeczytasz w 17 minut
Czwarta Rzeczpospolita stała się niemodna. Ostatnio wziął ją oficjalnie na sztandary Andrzej Lepper, czyniąc z niej parawan dla drobnych geszeftów swoich ludzi. Z kolei Donald Tusk odesłał ją definitywnie do lamusa, obwieszczając na łamach "Faktu", że będzie budował Piątą. Jej czołowi rzecznicy śpiewają bardzo cienko - pisze w DZIENNIKU Piotr Zaremba.

Sam Jarosław Kaczyński nie ma zresztą głowy do IV Rzeczypospolitej. Powraca ona jeszcze czasami w mocnej agresywnej retoryce, ale jako projekt partii rządzącej rozmyła się. Na dokładkę, do kancelarii premiera wdarło się właśnie wraz ze zdeterminowanymi pielęgniarkami inne wyborcze hasło - "solidarne państwo". To z nim rządzący mają z każdym dniem coraz więcej kłopotów.

Czy to definitywny koniec nadziei z 2005 r.? Możliwe. Skoro nawet Niemcy, którzy sami przeprowadzili u siebie radykalną lustrację, odmawiają tego Polakom, a amerykański politolog David Ost przekonuje, że układy są również w USA, gdzie politycy wędrują do biznesu i odwrotnie, więc nie warto z nimi walczyć w Polsce.

IV RP, czyli wieśmak
Rzecz nie w diagnozie. To prawda, publicyści zaangażowani w bezwarunkową obronę III RP łatwo narzucili wszystkim proste równanie: jesteś za Czwartą, to znaczy bronisz wszystkiego, co obciąża rządzących - od kolejnego skrajnego zdania Romana Giertycha po wieśmaka wiceministra Surmacza. Ludzie, którzy twierdzili, że komisje śledcze to McCarthyzm, a lustracja majątkowa polityków - oszołomstwo (choć na Zachodzie to postulat najpoważniejszych prawników walczących z korupcją), wrócili po krótkiej przerwie do roli autorytetów.

Swoich przeciwników rozliczają równie hałaśliwie, jak kiedyś bagatelizowali afery i zapewniali, że pierwszy milion trzeba ukraść. Tak hałaśliwie, że nawet Tusk poczuł się ostatnio w obowiązku przypomnieć w redakcji "Gazety Wyborczej", iż III RP nie była idyllą, że po aferze Rywina coś się zmieniło. Tak jest w mediach, w parlamencie. Ale czy tak jest wszędzie?

Miałem ostatnio okazję wyrwać się z zaklętego kręgu polityków i dziennikarzy. Ze świata, gdzie o społecznych nastrojach dowiadujemy się głównie z nie zawsze precyzyjnych sondaży. Trafiłem na zjazd absolwentów liceum, w którym niegdyś pracowałem. Spotkałem tam swoich dawnych uczniów, ludzi, którzy maturę robili w 1990 czy 1991 r. Z jedną z takich grup poszedłem po oficjalnej ceremonii na piwo.

Kim są ci dziesiejsi 35-latkowie, którzy skończyli w sumie peryferyjne, choć warszawskie liceum? Bankowcami, specjalistami od marketingu, menedżerami, właścicielami małych firm. Zaskoczyło mnie, jak uważnie obserwują politykę. A jeszcze bardziej to, że średnio podatni na medialne kampanie, dochowali wierności nadziei na IV RP. Nawet jeśli tak jej nie nazywają.

Więcej niż teletubisie
Większość głosowała na PiS, byli też zwolennicy PO. Partiom, którym udzielili poparcia, kibicują chłodno i niezbyt gorliwie. Ci "od Kaczyńskiego" nie lubią Giertycha i Leppera, nie entuzjazmują się każdą wypowiedzią premiera i dziwią się, że CBA do swoich sukcesów zalicza na razie głównie ściganie lekarzy. Ale też nieskłonni są zmieniać zdanie pod wpływem takich błahostek jak wywoływane sztucznie wrzawy wokół płci teletubisiów.

Są nieskłonni, bo są przekonani, że w polskim państwie działo się coś nie tak. Nie dopytałem o to nawet, ale - jak sądzę - mieli więcej niż ja okazji, by oglądać na własne oczy coś, co nazywane jest enigmatycznie "patologiami". Głupich lub co gorsza sprzedajnych urzędników, nieruchawy wymiar sprawiedliwości, zabagnione spółdzielnie mieszkaniowe, toksyczne, zazdrośnie strzegące swoich przywilejów korporacje, źle funkcjonujące szkoły, do których posyłają lub posyłać będą niedługo swoje dzieci.

Czy są reprezentatywni? Na pewno nie są całym społeczeństwem. Zapewne równie łatwo można by skrzyknąć grupę ich rówieśników, którzy z wypiekami na twarzy śledzą każdą wpadkę znienawidzonych "Kaczorów", a może i Rokity po to, aby podzielić się potem wrażeniami ze "Szkłem kontaktowym" w TVN 24. Którzy za ostatnią nadzieję białych ludzi uważają grono autorytetów skupionych wokół Aleksandra Kwaśniewskiego.

Ale też ci, o których opowiadam, nie są żadnymi dzikusami z buszu, moherami czy zdeklasowanymi plebejami szukającymi odwetu na "wykształciuchach". Ich poparcie dla partii, które obiecywały IV RP, jest coraz bardziej warunkowe. Ale ich przekonania, doświadczenia warunkowe nie są. I oni wciąż czekają.

Rewolucja wywołana aferą Rywina - bo to była rewolucja, cokolwiek się z nią stało - także i Kaczyńcy, nawet jeśli ich teraz przestają lubić, dali im jedno: poczucie, że nie są sami ze swymi intuicjami. Że rozumie ich ktoś na górze. Mają rację ci, którzy - jak Jan Rokita - twierdzą, że obecny przełom dokonuje się głównie w sferze słów. Ale te słowa mają swoją wagę, nawet gdy stały się pośmiewiskiem dla rzeczników restaurowania stosunków sprzed wyprawy producenta z cygarem do jąkającego się redaktora naczelnego dużej gazety.

Goście don Corleone
Te słowa dotyczą na przykład tak zwanego układu. To dziś ukochany temat żartów. Spotyka się dziennikarz z dziennikarzem i pokpiwają sobie: ty jesteś z układu. No ja też jestem z układu. Najgłupszy didżej uznaje za stosowne wspomnieć o układzie obowiązkowo ironicznym tonem w przerwie między jednym i drugim muzycznym badziewiem. Najbardziej wtórny satyryk wplecie układ w swój nieśmieszny skecz. To słowo odgrywa dziś dla antykaczyńskiej elity rolę kiwania palcem, po którym obowiązkowo trzeba rechotać.

Minął rok od powołania do życia CBA, a układu jak nie zdemaskowano, tak nie zdemaskowano - powtarza się jak refren. Miały być pokazowe procesy aferzystów, ale jak na razie wpadły pomniejsze płotki z Ministerstwa Finansów, więc gdzie ten układ? Słowa obecnego premiera, nie zawsze zręczne, czasem pokrętne, stworzyły temat do śmiechu po pachy. Narażę się więc i ja na śmieszność, i powtórzę bardzo mocno: jest za co krytykować Kaczyńskiego, ale za to jedno określenie przejdzie do historii jako postać pozytywna.

Szukającym układu tak, aby go nie znałeźć, przypomnę kapitalną scenę z filmu (a chyba i z książki) "Ojciec chrzestny". Trwa wesele córki don Corleone, bossa mafii. Na weselu ważne postacie, śpiewa Johny Fontaine, wychowanek Ojca Chrzestnego, znany aktor i piosenkarz (postać wzorowana podobno na Franku Sinatrze). A nieopodal w samochodach siedzą agenci FBI. Co robią? Fotografują gości.

Po co to robią? Przecież Don Corleone nigdy nie siedział w więzieniu i - uprzedzając dalszy ciąg filmu - nigdy siedzieć nie będzie. Ano dlatego, że wiedza społeczna często nie bywa nigdy przekuta na wiedzę procesową. Gangster pozostaje szanowanym obywatelem, nie można go nazwać gangsterem nawet w gazecie. A jednak, kto chce wiedzieć - wie. I może warto czekać na chwilę, gdy najbardziej przemyślnemu gangsterowi powinie się noga.

Martwi mnie, że premier Kaczyński zbyt nonaszalancko obiecywał szybkie rozbicie układu. Tym łatwiej wyborcy mogą go rozliczyć. Martwi mnie też, że CBA nie ma wielkich sukcesów. Rzecz w tym, że być może jeszcze przez lata nie będzie ich miało, ale to nie znaczy, iż układ to byt wirtualny. Kto nie chce, nie będzie wierzył. Kto nie zechce, nie będzie wiedział.

Tłumy doktorów G.
On istnieje na dole. Doktor G. jest dziś pozytywnym bohaterem dla części mediów, bo minister Ziobro potraktował go z pewnością zbyt obcesowo, czym zresztą zaszkodził sam sobie. Ale o czym mówi nam jego historia, ta jej część, której nikt jak na razie nie zakwestionował?
Oto był sobie człowiek, który najbrutalniej w świecie korzystał z kontroli nad największym, najcenniejszym dobrem, jakim jest ludzkie życie.

Robił to przy powszechnej wiedzy, plotki o jego dzialalności docierały aż do innych miast. Robił to, terroryzując swoich współpracowników. Dziś gazety zachłystują się wyrazami poparcia i współczucia ze strony wielu jego pacjentów, więc przypomnijmy sobie raz jeszcze sceny z "Ojca chrzestnego". Te, które pokazują zwykłych i mniej zwykłych ludzi całujących don Corleone w rękę. Bo im pomógł. Czasem w karierze, a czasem w załatwieniu najdrobniejszej, lecz dla nich podstawowej sprawy.

To suma bezkarnych, powszechnie znanych w swoich środowiskach doktorów G. tworzy układ, nawet jeśli pojedynczy panowie G. o sobie nie wiedzą. I jest obowiązkiem państwa z czymś takim walczyć. Nie po dyletancku, zręcznie, z pewną dozą dyplomacji. Ale sytuacja, w której doktorowie G. stają się ulubieńcami mediów, jest chora. Nieprzypadkowo rewolucja moralna to dziś kolejne słowo wyśmiane i odesłane na śmietnik.

Nie był także mitem układ na górze i wie to każdy, kto choćby dorywczo czyta gazety czy ogląda telewizję. Minister w pałacu poprzedniego prezydenta będący bohaterem chyba pięciu śledztw, który nadal funkcjonuje w swoim politycznym środowisku. Dlaczego to dziś Donald Tusk, przeciwnik moralnej rewolucji nieużywający słowa układ, nie chce z nim usiąść przy jednym politycznym stole? Wielki potentat jadący z dwiema dziwnymi i ustosunkowanymi postaciami do Wiednia, by pogawędzić z rosyjskim szpiegiem o polskich rafineriach? Dlaczegóż to nazwano go na wzór rosyjski oligarchą? Oczywiście, Waldemar Kuczyński określi to wszystko jako grę skojarzeń wywoływanych sztucznie przez obsesyjne media. Przez takich chorych z nienawiści ludzi jak Zaremba, który parę lat temu nazwał komisje śledcze z poprzedniej kadencji "największym dobrodziejstwem demokracji". Kuczyński, gdyby miał władzę w Ameryce, odwołałby agentów FBI sprzed domu don Corleone. Po co się denerwować?

Możliwe, że te kawałki mozaiki, które już poznaliśmy, nigdy nie zostaną ułożone w całość użyteczną dla prokuratury czy dla lepiej kierowanego, wystrzegającego się hucpy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Czy to oznacza, że publiczne przesłuchania, gromkie zapowiedzi i demaskatorskie artykuły pójdą na marne? Nie - one odgrywają podobną rolę jak aparaty fotograficzne agentów FBI. Trzymają uczestników najróżniejszych układów na uwięzi, nie pozwalają im przekroczyć pewnej miary.

Są i inne skutki. Jestem przekonany, że nawet jeśli dzisiejsi ministrowie są nieporadni, nawet jeśli przymykają oczy na kumoterstwo czy indolencję, nawet jeśli czasem kompromitują Polskę za granicą, to przecież nie negocjują po nocach z oligarchami - polskimi, a może i obcymi - podziału tortu, czyli polskiej gospodarki. A to już dużo. Jeśli jest inaczej, chętnie odwołam to, co napisałem, ale nawet poszlak na razie nie znajduję. Dlatego wolę obecny stan rzeczy od dawnego, choć tak często bywam tym obecnym stanem wkurzony, zawstydzony, zawiedziony.

Pożytki z Ziobry
Ale moich dawnych znajomych - rocznik maturalny 1991 - spotkało także coś innego. Oto po 2005 r. partie zaczęły mówić do nich o tematach wcześniej pomijanych, a przynajmniej lekceważonych. Czasem te słowa zmieniają się zresztą w czyny.

Można się zżymać na ministra Zbigniewa Ziobro. Jego spektakle przed telewizyjnymi kamerami są czystą polityką, nieustającą kampanią wyborczą. I nie dałbym głowy, czy niektóre spektakularne zatrzymania nie są dokonywane w rytmie kryzysów, które mają być tuszowane w interesie partii rządzącej. Tak jak - dodajmy - występy wybieranych przez obywateli amerykańskich stanowych prokuratorów, którzy nieustannie wdzięczą się do publiczności.

Ale gdy dwaj opryszkowie tłuką bezkarnie w tramwaju policjanta, a prokurator ich zaraz zwalnia, nawet "Gazeta Wyborcza" zdaje się krzyczeć: Panie ministrze, pomóż! Panie ministrze, interweniuj! Choć w inne dni atakuje Ziobrę za "ręczne sterowanie" prokuraturą. Wyobraźmy sobie, że miejsce Ziobry zajmowałby prokurator generalny niezależny od nikogo poza własnym środowiskiem, a już najmniej od opinii publicznej. Oj, pohasaliby sobie specjaliści od bicia niewinnych ludzi po twarzach. A to przecież koronny postulat obecnych obrońców demokracji przed "kaczystowską dyktaturą".

Te uwagi dotyczą i szkół. Roman Giertych okazał się ministrem kiepskim, chaotycznym, niepotrzebnie antagonizującym inteligencję. Ale co oznacza obrona status quo w polskiej edukacji? Przekonanie, że wszystkie problemy załatwią mądrzy rodzice do spółki z jeszcze mądrzejszymi nauczycielami i najmądrzejszymi uczniami. Że państwu nic do tego. W niektórych szkołach nie zdarzy się zapewne nic istotnego. Ale w innych faktyczną władzę obejmie dresiarska większość (a może mniejszość, ale korzystająca z przewagi swoich mięśni i swego tupetu). Nauczyciele skończą z koszami na głowach, a rodzice będą się rozczulać nad pociechami krzywdzonymi już nie przez twarde szkolne rygory, ale przez prokuratora. Przypomnijmy sobie, co nastąpiło po toruńskim incydencie, gdy cała Polska oglądała maltretowanie bezbronnego anglisty w ponoć przyzwoitym technikum. SLD-owski wiceminister (jednocześnie działacz ZNP) wygłosił w Sejmie drętwy referat o "wdrażaniu" i "intensyfikacji kontroli". I tyle.

Wielu intelektualistów, komentatorów, działaczy społecznych broni liberalnego status quo w szkołach czy w wymiarze sprawiedliwości ze szczerych przekonań, w których tkwi zresztą ziarno prawdy, bo w polityce nie ma na ogół wyborów zero-jedynkowych. Nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że część polskich elit nie mówiła o tym, o czym zaczęło mówić PiS (a w jakiejś mierze i PO - ta z 2005 r.), także z egoizmu.
Ci ludzie mieszkają często na strzeżonych osiedlach, posyłają dzieci na prywatnych szkół. Oczywiście i na nich czają się niebezpieczeństwa, skoro samochody kradziono już w Polsce ministrom, ale są one strokroć mniejsze niż te, na które narażona jest na co dzień "tłuszcza".

Odruchy tej "tłuszczy" łatwo więc zakwalifikować jako uleganie populistycznym odruchom. Wyniki wyborów 2005 r., w tym zwłaszcza prezydenckie zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego, pokazały, że "tłuszcza" odrzuciła taką logikę.

Rządzenie trickami
Przypominam rzeczy elementarne, bo mało kto już pamięta, że w 2005 r. IV Rzeczypospolita nie była państwem rządzonym przez coraz bardziej wyrachowane PiS do spółki z dwiema populistycznymi partyjkami. Była ledwie konturem projektu, w który wielu ludzi i wiele środowisk wpisywało nowe pomysły. Kontrowersyjne, czasem sprzeczne. A jednak budzące nadzieję, która nawet dziś jeszcze każe moim dawnym uczniom być sceptycznymi wobec medialnej wrzawy o katastrofie i braku demokracji.

Nie mam dla nich dobrej nowiny. IV RP drepcze w miejscu nawet nie dlatego, że jednym z jej chorążych stał się Lepper upychający po ministerstwach i centralnych urzędach swoich krewnych i znajomych. I nie tylko dlatego, że liderzy PiS i PO się nie dogadali, kierując się po części emocjami, a po części politycznym wyrachowaniem. Przez co nawet wzmocnili swoje partie, ale pozbawili Polaków nadziei na dobre rządzenie.

Zasadniczą zą wiadomością jest niekompletna, jednostronna natura reformatorskiego przywództwa. Kaczyńscy dali Polakom sporo emocji i trochę satysfakcji. Wbrew pozorom nie dotyczyły one tylko rozliczenia komunistycznej przeszłości. Dotyczyły realności układu, którego nie chce zauważyć dostojne grono ratujące demokrację na Uniwersytecie Warszawskim. Dotyczy poczucia elementarnej sprawiedliwości i podstawowego bezpieczeństwa w codziennym życiu.

Tyle że nadający intelektualny impet temu duetowi Jarosław Kaczyński uznał, iż liczy się przede wszystkim polityczna wola, a tę gwarantuje głównie jakość osób na kluczowych stanowiskach. Koniecznie jego ludzi. Bardzo szybko zaczęło się to zmieniać w wolę trwania przy władzy okraszoną zręczną socjotechniką. Spektakularnymi zatrzymaniami, lustracyjnymi przeciekami, atakami na elity. Władza zdolna do realnego oczyszczania państwa używałaby zapewne czasem takich tricków. Ale nie czyniła z nich głównej potrawy.

Gdy Rokita z upierdliwością buchaltera w zarękawkach przypominał o instytucjach i procedurach, był traktowany jak doktryner. To niedoszły premier z Krakowa, więc kandydat na architekta konkurencyjnego procesu zmian, przypominał do znudzenia - pierwszy przykład z brzegu - o wnioskach systemowych płynących z afery Rywina. O tym, że prawo powinno być stanowione w sposób maksymalnie przejrzysty, aby unknąć lobbystycznych kombinacji. Uznano to za szczegół bez znaczenia. Nieprzypadkowo komisje śledcze z poprzedniej kadencji wyprodukowały sporo pożytecznej publicystyki, ale żadnych konstruktywnych zaleceń na przyszłość. Dzisiejsze komisje są już tylko narzędziem walki władzy z opozycją i przedmiotem walki opozycji z władzą.

Ale przecież Rokita także nie uzyskał nigdy skutecznych środków, aby zmieniać Polskę. Dziś zaś niezdolny do zbudowania własnego obozu, jest marginalizowany w swojej partii, której mainstream wystrzega się denerwowania kogokolwiek ostrzejszymi diagnozami czy pomysłami, poza rytualnym narzekaniem na PiS. Donald Tusk był zdolny do krótkiego cofnięcia się do chlubnej tradycji Platformy w ogniu sporu z redaktorami „Gazety Wyborczej. Na co dzień czyni to wszakże głównie wtedy, gdy doradcy od PR przypominają mu o zagrożeniu ze strony Aleksandra Kwaśniewskiego.

Zmiana warty
Projekt IV RP skazany jest więc na marginalizację i nawet przekonania moich sympatycznych znajomych z przeszłości nie zdołają tego chyba zmienić. Kolejne wybory stać się mogą zwykłym konkursem piękności, a nie ofert na zmianę Polski - tak już było w 1995 czy 2000. Wygra prawdopodobnie ten, kto będzie mówił bardziej miękko, gładko, kto odwoła się do Europy, dyskontując przy okazji wszystkie wpadki i ideologiczne przegięcia obecnej ekipy. Tragedii nie będzie. Włochy pokazały, że można żyć przez dziesięciolecia, obciążając własną gospodarkę korupcyjną rentą, a społeczeństwo poczuciem moralnej dwuznaczności tego, co dzieje się na najwyższych piętrach władzy. Może nawet przyjdą do niej nieco sprawniejsi technicy, choć na inżynierów za bardzo bym nie liczył.

Dołożyć się do tej zmiany mogą i kłopoty rządu Kaczyńskiego z solidarnym państwem. Już dziś odbiłyby mu się one większą czkawką, gdyby nie nieprzytomny atak części elit, które integrują wokół PiS wyborców nielubiących ich zarozumialstwa i pamiętających im dawne grzechy. To z kolei nieco zwiększa wyborcze szanse obecnej władzy. Ale nie są to szanse na radykalne oczyszczenie państwa, raczej na kolejne kompromisy. Na przełom był czas podczas pierwszego roku po niewykorzystanej rewolucji.

Pocieszać można się jednym: nic nie jest przesądzone raz na zawsze. W Ameryce przez kilkadziesiąt lat od końca XIX wieku tak zwani progresiści forsowali pomysły sprowadzające się do jednego: zwiększenia wpływu państwa na gospodarkę w imię większej sprawiedliwości społecznej. Zrealizował je dopiero w latach 30. Franklin Delano Roosevelt, polityk gładki, wręcz oportunistyczny, ale mający dobry słuch społeczny. Z kolei od lat 60. w tej samej Ameryce narastał konserwatywny opór wobec biurokracji, wysokich podatków i miękkiego postępowania z Sowietami. Ich zwolennicy ponosili wiele porażek (klęska bardzo ideologicznego Goldwatera w 1964), aż wreszcie jakaś część ich marzeń została zrealizowana przez Ronalda Reagana, który znalazł dla nich tyleż sympatyczne, co pragmatyczne opakowanie.
Możliwe więc, że właśnie zaczyna się przetarg na sukcesję po Kaczyńskich - nie jako rządzących, ale jako liderów zmiany. To samo może dotyczyć i innego twórcy idei IV RP - Jana Rokity. Ten przetarg nie skończy się jednak prędko. Zwłaszcza prezydent i premier okopani na szańcach swojej partii, wyposażeni w budżetowe pieniądze i w miarę sprawny aparat, mogą się okazać trudni do zastąpienia.
Jaka będzie ta nowa IV RP? Czy będzie?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj