CBA od samego początku, zanim jeszcze zaczęło działać, było podejrzewane o wszystko, co najgorsze. Przede wszystkim o to, że będzie się wysługiwało PiS, gnębiąc jak tylko się da politycznych oponentów. Wtedy broniłem CBA, mówiąc, że jego funkcjonariusze muszą mieć czas na to, żeby pokazać, co potrafią. Nadzieją na czystość intencji CBA była osoba jego szefa, Mariusza Kamińskiego, którego znam jeszcze z czasów, kiedy ZOMO goniło nas po placu Zamkowym w Warszawie podczas nielegalnych demonstracji "Solidarności" w czasach PRL.
Jednakże intencje nie przesądzają o wszystkim. Cieniem na działaniach CBA kładzie się przemożna chęć głośnego sukcesu. Sukcesu, który odbiłby się echem w całym kraju i nadawał CBA pozycję numer jeden wśród służb zajmujących się walką z korupcją. W ten sposób CBA narażone jest ciągle na grzech niecierpliwości. Niektóre efekty były odwrotne do zamierzonych. CBA zadawało korupcji drobne rany - wśród mało wpływowych biznesmenów albo lekarzy, którymi spokojnie mogłaby się zająć zwykła policja. Bo CBA powołano do zadań specjalnych: walki z korupcją wśród polityków, wysokich urzędników, biznesmenów mających interesy o znaczeniu strategicznym dla państwa.
W sprawie Andrzeja Leppera trzeba rozdzielić wyraźną linią dwie różne rzeczy - wątek kryminalny i kwestię polityczną. Kiedy w styczniu funkcjonariusze CBA rozpoczęli operację specjalną wymierzoną przeciwko dwóm szemranym biznesmenom Piotrowi Rybie i Andrzejowi Kryszyńskiemu, nikomu się nie śniło, że w kręgu osób objętych ich działaniami znajdzie się wicepremier Andrzej Lepper. Dziś badając operację zmierzającą do wykrycia korupcji, a następnie złapania na gorącym uczynku dwójki łapówkarzy, należy sprawdzić, czy w każdym momencie CBA działało zgodnie z prawem.
Czy mieli za każdym razem wymagane zgody prokuratora krajowego na prowadzenie działań specjalnych, sądu na stosowanie podsłuchów i innych nadzwyczajnych technik, jak przeglądanie korespondencji, obserwację czy tajne nagrywanie wideo. Istotne też jest, czy w momencie, kiedy na horyzoncie operacji pojawiła się osoba Andrzeja Leppera, nikt z polityków ani ze zwierzchników funkcjonariuszy CBA nie próbował na nich naciskać w stylu: "Spróbujcie mocniej wkręcić w sprawę Andrzeja Leppera", "Naciśnijcie na pedał w sprawie Leppera". Albo też odwrotnie: "Wyhamujcie w sprawie wicepremiera Leppera". Jeśli takich manipulacji w tej operacji kryminalnej nie było, to oskarżenia Leppera, że była to prowokacja wymierzona w niego, są fałszywe.
Faktem jest, że jego sytuacja przypomina historię upadku Józefa Oleksego w 1995 roku, kiedy pożegnał się ze stanowiskiem premiera. Szef ówczesnego MSWiA Andrzej Milczanowski postawił mu wtedy zarzut szpiegostwa na rzecz Rosji. Podejrzenia nie potwierdziła prokuratura. A przecież Oleksy powinien odejść w cień polityki za samo to, że "biesiadował" z Władymirem Ałganowem, byłym oficerem KGB. Jak swego czasu przeciwko Oleksemu, tak teraz przeciwko Lepperowi wytoczono, choć z innego repertuaru, równie ciężkie działo: "Jest on w kręgu osób podejrzewanych o działania korupcyjne". I tak jak wtedy, tak i teraz jest raczej pewne, że działo to jest naładowane ślepym nabojem.
A jednak mimo to słusznie Lepper został zdymisjonowany. I to jest właśnie wątek ściśle polityczny. Niedopuszczalne jest bowiem, by wicepremier i lider partii koalicyjnej dał się owinąć wokół palca sprytnemu oszustowi. I to do tego stopnia, że był gotów rekomendować go do rady nadzorczej TVP. Lepper robi z siebie ofiarę tajemnego spisku.
Jednak jeśli CBA ma dowód na to, a nie ma podstaw, że Lepper w swoim ministerialnym gabinecie jednemu ze swoich zastępców przedstawił Piotra Rybę jako "pełnomocnika gminy Mrągowo do spraw odrolnienia miejscowych gruntów", to rozdzieranie szat przez lidera Samoobrony jest grą obliczoną na wprowadzenie opinii publicznej w błąd. Przecież Piotr Ryba nawet mógł nigdy nie być w Mrągowie. CBA pokazuje, że, tak jak zapowiadał Mariusz Kamiński, będzie walczyło z korupcją, nie patrząc na barwy polityczne. Pierwszym sygnałem było zatrzymanie przed ponad tygodniem dwóch pracowników Centralnego Ośrodka Sportu związanych z obecną władzą. Był to mocny znak, że koneksje polityczne nie będą dla CBA żadnym parasolem ochronnym.
A jednocześnie musimy zdać sobie sprawę, że nikt i nic nie jest w stanie uchronić CBA od zarzutów, że jego działania wynikają z potrzeb, inspiracji, bądź motywów politycznych. Bo ludzie związani z polityką będą nieustannie pojawiać się bądź w centrum, bądź na marginesie, jak w przypadku Andrzeja Leppera, tajnych operacji CBA.