Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że szansą elit politycznych było stworzenie warunków współdziałania w rozwiązaniu kryzysu. Warunków, które w bardzo uproszczonej formie określa się mianem koalicji PO-PiS, a które tak naprawdę musiałyby stwarzać szansę na kreowanie nowych, stabilnych rozwiązań ustrojowych składających się na realia, a nie na postulat Czwartej Rzeczypospolitej.
Ta szansa została zmarnowana trzykrotnie: po pierwsze przez fiasko rozmów koalicyjnych wiosną, latem i jesienią 2005 roku. Po drugie w efekcie politycznego fiaska koalicji zastępczej (PiS-Samoobrona-LPR) i niezdolności PiS do odwrócenia sojuszy wiosną 2007, w chwili, gdy oczywista stała się jej jałowość. Po trzecie w wyniku - dziś praktycznej, choć nie formalizowanej - decyzji Platformy o powyborczej koalicji z LiD.
Treść tej koalicji mona wyjaśnić poprzez pewną medyczną alegorię. Jarosław Flis trafnie ujął kiedyś logikę zmiany rządów w Trzeciej Rzeczypospolitej, mówiąc o przemiennych koalicjach "chirurgów" i "anestezjologów". Ci pierwsi tną pacjenta bez znieczulenia, ci drudzy znieczulają na cztery lata i nie podejmują żadnych dodatkowych kroków. Zgodnie z tą logiką nadchodzi czas anestezjologów.
Kryzys założycielski?
Zmarnowana szansa rozwiązania kryzysu metodami politycznymi nie oznacza jednak ostatecznej klęski tych, którzy przed i po Rywinie mówili o Czwartej Rzeczypospolitej, którzy w wydarzeniach roku 2003 dostrzegli potencjalny kryzys założycielski. Jakkolwiek bowiem sprawa Rywina nie sprowokowała rewolucji politycznej sensu stricto, to przyniosła zasadniczą - rewolucyjną właśnie - zmianę języka publicznej debaty. Co więcej, uprawomocniła tezę zasadniczą: o potrzebie uniezależnienia państwa od paraliżującego ucisku wpływów nieformalnych, o konieczności zasadniczej zmiany ustrojowej, której punktem wyjścia nie jest przebudowa relacji między organami państwa, lecz zmiana reguł życia publicznego.
Zmiana, która przede wszystkim musiała odnosić się do popularnego wśród instytucjonalistów pojęcia stosowności. Jeżeli przyjmiemy, że jednostki w swych powszednich zachowaniach kierują się raczej względem na to, co stosowne, niż na to, co racjonalnie użyteczne czy moralne, to zrozumiemy, iż kryterium to stanowić może istotną podstawę programu zmian. W definiowaniu tego, co stosowne w danej sytuacji, pomagają nam: (1) ugruntowany kulturowo obyczaj, (2) rozwiązania formalne - określone prawnie i wpisane w porządek instytucjonalny państwa, (3) stanowisko przełożonych, a wreszcie (4) presja opinii publicznej polegająca na dyskutowaniu, krytykowaniu lub potępianiu poszczególnych zachowań na forum mediów.
Szukanie gwarancji trwałości zmian wymaga sięgania po rozwiązania z poziomu drugiego - zbudowane na szerokim porozumieniu zapisy formalne - oraz wzmacniania ich poprzez synergię dwóch następnych czynników. Takie reformy wymagają zatem szerokiej politycznej zgody.
Z kryzysu państwa, który wszedł w ostrą fazę zimą i wiosną 2003 roku, nie wyprowadzi nas rząd mniejszościowy lub oparty na chwiejnej koalicji. Nie uda się to rządowi, który choćby w części będzie uwikłany w ówczesne patologiczne powiązania zbudowane kosztem państwa. Nawet jeżeli oznacza to konkluzję, że trudno wyobrazić sobie rząd, który dokona tego dzieła, lepiej być przygotowanym na taką okoliczność, niż bezradnie przeżywać kolejne rozczarowania.
Rekonstrukcja państwa
Warto w tym miejscu zastanowić się nad celem postulowanych zmian. Punktem wyjścia wielu polskich projektów naprawy państwa jest to, że w tworzeniu jego instytucji ominęliśmy kluczowy dla nowoczesnej organizacji życia publicznego wiek XIX i ponad połowę wieku XX. Brakuje nam tych zasobów instytucjonalnych, które są dziś podstawą siły Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Dlatego też polityka polska w swym głównym nurcie winna łączyć sztukę tworzenia i reformowania instytucji z umiejętnością wymuszania prymatu całości (dobra wspólnego) nad tym, co partykularne.
Takie postawienie sprawy wywołuje dziś powszechny sprzeciw we wszystkich segmentach politycznej mozaiki. Po pierwsze dlatego że prowadzi do uznania władzy za depozytariusza wiedzy o dobru wspólnym i jej legalnych uprawnień do działań na rzecz tego dobra. Tymczasem dominuje dziś sympatia wobec postaw roszczeniowych, ochrony praw poszczególnych grup i jednostek w swym zacietrzewieniu zapominająca o tym, skąd państwo może czerpać środki na zaspokojenie owych roszczeń.
Po drugie sprzeciw rodzi to, że prymat państwa wymusza porzucenie ideologicznych pryncypializmów lewicy i prawicy, a także pewną smutną relatywizację opartą na przekonaniu, że owa całość nie odpowiada żadnym doskonałym projektom wspólnoty tworzonym w okresie niewoli. Proces budowy państwa nie rozpocznie się od symbolicznego oddzielenia dobra od zła, piękna od brzydoty, szlachetności i podłości. Jakkolwiek państwo powinno - i czyni to dziś w jego imieniu prezydent - jasno wskazać, które postawy w przeszłości stanowią powód do dumy, a które okrywają nas hańbą, jednak ta władza nad symbolami nie da się przenieść w sferę praktyki politycznej, która ze swej natury wymaga kompromisu.
Trzecim motywem sprzeciwu jest to, że wzgląd na całość wymaga też przyjęcia przez władze jasnej strategii samoograniczenia i budowania szerokich porozumień cząstkowych opartych nie na konflikcie, lecz na wzajemnym zaufaniu. Zaufaniu, którego poziom został w ostatnich dwóch latach bardzo poważnie ograniczony; nie ze względu na działania antykorupcyjne czy twardy spór lustracyjny, lecz z powodu politycznej metody rządzenia przez "zarządzanie niepewnością", zaskakiwanie partnerów politycznych, nawet należących do własnego politycznego obozu. Wzgląd na długofalową politykę państwową wymusza zatem redukcję tego, co wydaje się być rdzeniem taktyki politycznej rządzących.
Kres politycznej metody
Jeżeli przyjmiemy, że do najważniejszych celów obecnej władzy należy rekonstrukcja państwa, to przyjęta po 2005 roku terapia jest w istotny sposób nieadekwatna do problemu, który należy rozwiązać. Różnica poglądów na ten temat ma swe źródło w wyobraźni i da się sprowadzić do rywalizacji dwóch obrazów. W pierwszym zdrowe państwo oplecione jest pajęczyną pasożytniczych powiązań (określanych mianem układu), których usunięcie zapewni mu dostatni żywot. W drugim państwo jest placem budowy - niestworzone na czas instytucje powodują patologiczne prowizorki i sprzyjają powstawaniu korupcji. Oba wyobrażenia rzecz jasna nie są precyzyjnym opisem rzeczywistości i mogą konkurować ze sobą o to, które lepiej ją odwzorowuje.
Jednak tym, co istotne, nie są same wyobrażenia, lecz ich polityczne konsekwencje. Pierwsze prowokuje do podjęcia akcji "oczyszczenia państwa" - a zatem wymiany kadr, zastąpienia tych, którym nie ufamy, tymi, którym zaufać - choćby warunkowo - możemy. Skłania do "odzyskiwania instytucji", zmiany reguł przez nowe, doraźne modelowanie lojalności politycznej. Konsekwencją drugiego jest poszukiwanie większości zdolnej do przeprowadzenia i - co bardzo ważne - długotrwałego utrzymania zmian instytucjonalnych tak, by stało się sprawą z państwowego punktu widzenia drugorzędną to, kto aktualnie sprawuje władzę. Metoda polityczna ufundowana na tym pierwszym wyobrażeniu wyczerpuje na naszych oczach swoje możliwości. Perspektyw na polityczne sukcesy zwolenników drugiego na razie nie ma.
Wady metody Jarosława Kaczyńskiego w sposób karykaturalny symbolizuje ogłoszona 19 lipca idea "uniwersytetu państwowego nowego typu". Zamiast sensownej i bardzo potrzebnej szkolnictwu wyższemu reformy wykorzystującej wszelkie dobre rozwiązania nowej - choć uchwalonej pod koniec poprzedniej kadencji - ustawy, mamy kolejne dziwolągi - od likwidacji prac magisterskich przez „studia zamawiane” po najnowszy pomysł nowej uczelni.
Pomysł, który nie jest elementem żadnego szerszego planu, ale odwzorowuje główne cechy politycznej metody - wnikliwie zdiagnozowanej przez Cezarego Michalskiego (DZIENNIK, 24 lipca 2007 r.). Powtórzmy zatem za Michalskim - cechami tej metody są: słowny radykalizm nieznajdujący pokrycia w czynach, nieuznawanie autonomicznego charakteru sporów akademickich przebiegających według innych niż polityczne osi podziału, lekceważenie długofalowych procesów kształtowania się elity akademickiej i intelektualnej.
Premier zarzuca krytykującym go publicystom ignorancję w sferze rzeczywistych zjawisk społecznych i spycha polemikę na poziom, który z osób namawiających go do trwałych zmian instytucjonalnych czyni naiwnych pięknoduchów. Tymczasem przypadek "uniwersytetu państwowego nowego typu" zdradza ignorancję (mam nadzieję, że tylko tyle) doradców premiera i jego całkowitą naiwność w przenoszeniu doświadczeń politycznych na inne sfery życia publicznego.
Nie chcę postawić kropki nad i w dyskusji, czy polityka "zarządzania niepewnością", polityka nieustannego manewrowania, dwuznacznych wypowiedzi, wyrzucania i przyjmowania koalicjantów może być dziś zastąpiona inną, bardziej skuteczną. Być może sytuacja Kaczyńskiego i jego następców jest rzeczywiście trudniejsza niż myślimy, gdyż splot interesów w polityce wciska rządzących w wąski przesmyk między Scyllą przyzwolenia na korupcję a Charybdą permanentnej destrukcji. Może stosowane przez Kaczyńskiego do granic wytrzymałości "zarządzanie niepewnością" jest jedną z niewielu taktyk umożliwiających dryfowanie między dwiema skałami, na uzyskiwanie chwil stabilności, które wszelako nie mogą trwać długo.
Bilans dwóch blisko lat rządzenia pokazuje jednak bez wątpienia, że jakkolwiek polityka - i władza polityczna - jest niezbędna do naprawy państwa, to z pewnością nie może być wystarczającym czynnikiem zmian. Analiza kolejnych kryzysów pokazuje, że politycy płacą dziś zbyt wysoką cenę za przetrwanie, by stać ich było jeszcze na kosztowne budowanie tak szerokich i stabilnych bloków politycznych, które umożliwiałyby wzięcie na swoje braki kompleksowej strategii państwowej.
Komu potrzebne jest państwo?
Jest to szczególnie dotkliwe wobec tego, że przez całe dekady Polacy uczyli się osiągania swych celów poza państwem, a niekiedy wbrew państwu obcemu. Dziś postrzegają je nie tylko jako nie do końca własne, ale co więcej, nie mają nawet poczucia winy, że jest takie, jakie jest. Poczucia winy, które zdradzałoby znacznie istotniejsze poczucie odpowiedzialności. Nie istnieją reguły stosowności, które uniemożliwiałyby np. podatkowe ogrywanie państwa, które powstrzymywałyby gotowość eksploatacji jego zasobów, które wymuszałyby akceptację formalnych zasad gry i osłabiały poszukiwanie dostępu do nieformalnych narzędzi ich deformacji. Co więcej, trudno byłoby dziś wskazać taki segment elit, który chciałby stać się promotorem takich reguł.
W tym sensie można zadać pytanie, czy nie marnujemy dziś szansy, jaką stworzyła przed nami sprawa Rywina. Przebieg prac komisji śledczej, reakcja opinii publicznej, nowe nastawienie mediów - wolnych od politycznej poprawności właściwej dla lat dziewięćdziesiątych - tworzyły przesłanki ruchu na rzecz naprawy państwa, który w swej najbardziej świadomej warstwie sięgnął po hasło Czwartej Rzeczypospolitej. Permanentny od czterech lat kryzys polityczny polegający na braku stabilnego i zdolnego do reform ustrojowych rządu odbiera nadzieję na sprawczą moc polityki w realizacji obudzonych wówczas oczekiwań.
Wydaje się jasne, że logika doraźnej gry politycznej pozbawia jej uczestników możliwości działań długofalowych. Dziś bardziej zatem niż kolejne wybory potrzebna jest Polsce szeroka elita życia społecznego dysponująca projektem wzmocnienia instytucji państwowych, mająca nowe standardy stosowności uznające prymat interesu publicznego nad licznymi partykularyzmami. Elita, której programem nie jest wygranie wyborów, ale takie zbudowanie instytucji państwa, by mogło być liczącym się podmiotem międzynarodowym i tworzyło sprawiedliwe ramy rozwoju społecznego i gospodarczego. Takie przekonanie nie odbiera sensu polityce partyjnej, parlamentarnej czy rządowej. Odmawia jedynie politykom prawa do dowolnego degenerowania sensów dla własnych doraźnych potrzeb.
Elita Trzeciej Rzeczypospolitej zdetronizowana przez semantyczną rewolucję, która wybuchła po ujawnieniu sprawy Rywina, zaangażowała wszystkie swe siły w walkę polityczną z Jarosławem Kaczyńskim. Pozbawiła przy tym rząd naturalnego punktu odniesienia, jakim są nieuwikłane w doraźną grę polityczną komentarze i stanowiska środowisk opiniotwórczych. Stała się stroną, tracąc uprawnienia arbitra. Co więcej, do spółki z rządzącymi buduje dziś mury absurdalnych podziałów. Czyni z rywalizacji politycznej fundamentalną wojnę, której treścią mają być wyłącznie wybory moralne. Państwo może zostać tu zdefiniowane jedynie jako pole bitwy.
Nowa elita społeczna musiałaby zatem powstać mimo niechęci rządzących i wbrew starej elicie. Musiałaby odrzucić tę oś sporu jako zgubną dla sfery publicznej i dla państwa. Za jej prawem do istnienia przemawia logika nowoczesnego społeczeństwa, przeciwko - interes istotnych przeciwników. Za jej prawem do istnienia przemawia wzgląd na całość, przeciwko - pojmowanie państwa jako negocjowalnej sumy partykularyzmów.
Rafał Matyja, politolog, publicysta DZIENNIKA, wykładowca WSB-NLU