Polskie koła rządowe wiązały spore nadzieje z wyborem Nicholasa Sarkozy’ego na prezydenta Francji. Słychać było głosy, że stosunki polsko-francuskie - nadwerężone przez spór o wojnę w Iraku - ulegną istotnej poprawie.
Uważano, że Sarkozy jest szczególnie przywiązany do idei suwerenności państwowej - a więc niechętny traktatowi konstytucyjnemu, który pogłębi integrację europejską. Ma życzliwe podejście do USA. W Warszawie znajdzie partnera w przeciwstawianiu się wpływom Niemiec.
Spodziewano się nawet, że poprze Polskę w jej obronie traktatu nicejskiego i odrzucaniu zasady podwójnej większości (liczby państw oraz liczby ludności) przy podejmowaniu unijnych decyzji.
Cieszono się zapowiedzią Sarkozy’ego, że będzie dążył do włączenia Polski do grupy pięciu państw, blisko współpracujących w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego.
Władze Rzeczypospolitej nie zrobiły zresztą nic, by poprawę stosunków z Paryżem ułatwić. Od prawie roku nie mamy tam ambasadora. To w dyplomacji oznacza albo niechęć, albo lekceważenie.
Tak jest zresztą w wielu innych państwach, łącznie z Portugalią, która od miesiąca przewodniczy Unii Europejskiej. Aby nie dopuścić do pogorszenia sytuacji, nasi zagraniczni partnerzy muszą
stosować do Polski taryfę ulgową, jak do zacofanych w rozwoju.
Nie bacząc na dyplomatyczne uchybienia, prezydent Sarkozy złożył w Polsce jedną ze swoich pierwszych zagranicznych wizyt. A w przeddzień udzielił "Gazecie Wyborczej"ważnego wywiadu, w którym ponowił ofertę bliższej współpracy z Polską. Jednocześnie wyjaśnił swoje stanowisko w kluczowych sprawach politycznych.
Przedstawił się jako zwolennik odrzuconego we francuskim referendum traktatu konstytucyjnego. Na jego miejsce potrzebny jest szybko inny. Polska jest dużym i ważnym państwem. To daje nam prawa, ale i nakłada na nas odpowiedzialność. Nie powinniśmy hamować rozwoju Unii przez upieranie się przy swoim antytraktatowym stanowisku. "Nie ma kompromisu - nie ma Europy."
O dziwo nikt na ten wywiad nie zareagował. Co gorsza, Polska upierała się przy swoim stanowisku, co doprowadziło do jej zupełnej izolacji podczas szczytu brukselskiego. Ostatecznie tylko niezręczna, ukradkowa rezygnacja z naszych postulatów umożliwiła zgodne zakończenie konferencji. Pozostał jednak ogólny niesmak (a w Polsce wrażenie mętniactwa).
I znowu pojawiły się głosy, że współpraca z Polską może być dla Francji cenna ze względu na równoważenie wpływów niemieckich. Puszczono mimo uszu wyraźne deklaracje nowego prezydenta, że wielkość Francji powinna być w dzisiejszych czasach realizowana w ramach europejskiego współdziałania - a nie rozgrywek między państwami.
To prawda, że pewne gałęzie gospodarki francuskiej i niemieckiej konkurują ze sobą całkiem ostro, ale to nie znaczy, że Francję i Republikę Federalną dzielą różnice celów politycznych. Państwo francuskie czekają trudne i niepopularne reformy ekonomiczne. Paryż będzie w tym czasie potrzebował poparcia Berlina, bo trzeba przekonać całą Unię, by jeszcze przez jakiś czas tolerowała francuskie przekraczanie deficytu budżetowego.
Po niedawnej katastrofie polskiego autobusu pod Grenoble najwyższe władze Francji okazały nam życzliwość, godną najlepszych tradycji przyjaźni między naszymi narodami (premier Francji
był na miejscu wypadku po kilku godzinach). Prezydent Lech Kaczyński, ujęty okazaną Polakom serdecznością, zaprosił Nicholasa Sarkozy’ego do swojej rezydencji w Juracie. Będzie to
doskonała okazja do nadrobienia zaniedbań i nawiązania bliższej współpracy.
Niezbędne jest wszakże wyzbycie się nieporozumień. Francja chce zacieśnienia stosunków - ale nie przeciw komukolwiek, tylko dla wspólnych celów. Hasło wyborcze Sarkozy’ego
"róbmy to razem"odnosi się zarówno do spraw wewnętrznych, jak i stosunków międzynarodowych. I prezydent Francji mówi wyraźnie: te państwa, które stawiają na pogłębioną
współpracę europejską, pójdą do przodu. Nikogo nie odrzucając, ale też nie czekając na maruderów.
Zwróćmy uwagę na symbole. W defiladzie podczas francuskiego święta narodowego 14 lipca po raz pierwszy uczestniczyły oddziały wojskowe, w tym polski, reprezentujące wszystkie państwa Unii
Europejskiej. Orkiestra odegrała nie hymn narodowy, Marsyliankę (napisaną 215 lat temu dla Armii Renu, broniącej rewolucyjną Francję przed obcą interwencją), ale hymn europejski. Słowa hymnu
- to "Oda do radości"Friedricha von Schillera, wielkiego poety niemieckiego (i mistrza Mickiewicza i Słowackiego). Muzykę ułożył Ludwig van Beethoven, wielki kompozytor
niemiecki. I cała Francja uznała, że to w porzdku.