Dziennik Gazeta Prawana logo

Lis: Oliwa na wierzch wypływa

5 listopada 2007, 23:14
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
No to wpuszczono nas na "salony" władzy. W salonie, pod dywanem, od dawna trwała walka buldogów, ale mogliśmy się tylko domyślać, jak ona wygląda - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis, publicysta Polsatu.

Były wicepremier Lepper i były minister spraw wewnętrznych oraz były prokurator krajowy podnieśli dywan i powiedzieli o obecnej ekipie rzeczy, przy których niewinnie wyglądają dotyczące władzy podejrzenia "wykształciuchów", "łże-elit" i "obrońców III RP".

Jeśli wierzyć byłemu ministrowi, którego prezydent i premier nazywali wspaniałym fachowcem i człowiekiem prawym, mamy w Polsce do czynienia z totalną instrumentalizacją prawa, z upolitycznieniem prokuratury i pozbawieniem tej instytucji resztek niezależności. A odpowiada za to, według Kaczmarka, ukochane dziecko rządzącej partii oraz sondaży - minister Zbigniew Ziobro. Można oczywiście powiedzieć, i już to słyszymy, że Kaczmarek jest w kręgu podejrzanych i się broni, a do tego chce się zemścić. Można powiedzieć, że Lepper mówiący o demonstrowanej przez premiera chęci wykończenia niezależnych dziennikarzy bredzi, bo szuka stronników, a sam za chwilę może mieć postawione zarzuty. Można też założyć, że i Lepper, i Kaczmarek złamali prawo, a wśród podejrzanych są także współpracownicy Kaczmarka.

Można tak zakładać, tyle że oznaczałoby to nieprawdopodobne rozszerzenia pojęcia "układ". Okazałoby się w efekcie tego rozszerzenia, że w układzie byli nie tylko twórcy i dzieci III RP, ale również twórcy IV RP. Już więc nie tylko Kwaśniewski czy Miller, ale także Lepper, Kaczmarek, Kornatowski i diabli wiedzą kto jeszcze. Krótko mówiąc, oznaczałoby to, że układ jest niemal absolutnie wszechogarniający, a poza układem w naszym życiu publicznym są tylko prezydent, premier, minister sprawiedliwości oraz grupka ich najwierniejszych zwolenników. Przy czym następowałoby też zawężenie definicji słowa "najwierniejsi". W pierwszej fazie budowy IV RP za mało wierni okazali się Marcinkiewicz i Sikorski, w kolejnej - poseł Zalewski, teraz Kaczmarek i jego ludzie, a jutro, a może już za kilka godzin - jacyś następni. Nie trzeba mikroskopu i wielkiej przenikliwości, by stwierdzić, że wizja potężnego spisku obejmującego nawet tych, którzy przed chwilą wydawali się lojalni, jest skrajnie paranoiczna i pachnie Wielkim Bratem, czy też w tym wypadku - większym bratem.

Na rewelacje, których jesteśmy świadkami, patrzylibyśmy inaczej, gdyby nie bardzo wiele sytuacji z niedawnej przeszłości, które owe rewelacje czynią bardziej wiarygodnymi. Sprawa Mirosława G., sprawa Barbary Blidy i skrajna niechęć PiS do powołania komisji śledczej w sprawie akcji CBA wobec Andrzeja Leppera uprawdopodabniały przypuszczenia o politycznych motywach wielu działań prokuratury oraz podległych premierowi służb. Wtedy jednak byliśmy w sferze domysłów i przypuszczeń. Dziś tamte domysły i przypuszczenia potwierdza ktoś, kto jeszcze przed chwilą był najważniejszym z prokuratorów. On też nie wie, co mówi? On też bredzi? On też spiskuje, knuje, rzuca kłody pod nogi dzielnej władzy?

Cóż, coraz więcej wskazuje na to, że miał rację Michał Karnowski, gdy pisał, że Jarosław Kaczyński wprowadził w naszej polityce całkiem nowe standardy. Nie wiadomo tylko, czy pisał o tych standardach, o których mówi Kaczmarek. Były prokurator krajowy miał pojechać do Włoch, w drodze dowiedzieć się o dymisji i ze względów emocjonalno-dystansowych mieć i opór przed mówieniem, i trudność z dotarciem do mediów. Ale najwyraźniej postanowił nie sprzedawać tanio skóry, najwyraźniej postanowił pomyśleć o swej przyszłości i następnym okrążeniu, gdy o jego karierze, funkcji i pozycji nie będą decydowali obecni władcy. Dowiedzieliśmy się zaś od niego tyle, że uzasadniony jest postulat nie tylko powołania komisji śledczej, która zbadałaby działania CBA w sprawie Leppera, ale i innej komisji, która zbadałaby działalność Zbigniewa Ziobry w prokuraturze generalnej. Minister Ziobro mówi, że wszyscy są równi wobec prawa. Trzeba mieć nadzieję, że dotyczy to także jego samego.

To, co widzimy, przypomina groteskową wersję wydarzeń z rewolucji francuskiej, na szczęście w wersji bezkrwawej. Nie wiadomo, kto jest Robespierre’em, Dantonem i Maratem, rolę Ludwika XVI-go odgrywają elity III RP. Robespierre, należy pamiętać, też był "do bólu uczciwy", nie przez przypadek nazywano go "nieprzekupnym". On uważał po prostu, że wrogami rewolucji są wszyscy inni. Do czego doprowadził "nieprzekupny", wiadomo. Jak skończył, też wiadomo. Gilotyn u nas nikt stawiać nie będzie, ale na naszych oczach odgrywa się niezbędny akt każdej rewolucji - "pożeranie własnych dzieci".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj