Polska powinna się uczyć konsekwencji od Niemców i Rosjan. My jednak, zamiast budować sojusz energetyczny biegnący z północy na południe, skutecznie zrażamy do siebie sąsiadów.

Unia Europejska uznała most energetyczny między Polską a Litwą za jeden z priorytetów wspólnej polityki energetycznej. Przeznaczyła na ten cel setki milionów euro. Tą drogą do UE ma być przesyłana energia z elektrowni w Ignalinie, która w założeniach miała być przedsięwzięciem polsko-litewskim. W relacjach z Wilnem wieje dziś chłodem, który oziębia klimat do wspólnych inwestycji. Z przedsięwzięcia nic może nie wyjść.

Podobnie jest na południu. We wrześniu premierzy Polski i Czech otworzyli w Cieszynie gazowe połączenie transgraniczne, ale przy okazji Donald Tusk zraził do siebie sąsiadów. Uczestniczył w uroczystości po stronie polskiej – mimo wcześniejszych zapowiedzi po drugiej stronie granicy już się nie pojawił. Dla Pragi był to policzek. Dlatego politycy czescy z dystansem mówią dziś o solidarności energetycznej.

Tymczasem inwestycje w energetykę rzadko mają wymiar wyłącznie krajowy. Eksploatacja złóż łupkowych w dłuższej perspektywie będzie miała sens ekonomiczny, jeśli będziemy mogli paliwo eksportować na południe, północ i zachód.

200 mld zł, jakie w najbliższych kilkunastu latach będziemy musieli wydać na modernizację sieci energetycznych, również musi się odbywać w porozumieniu z sąsiadami – tylko wtedy będziemy mogli zabezpieczyć sobie dostawy prądy w przypadku nagłego kryzysu. My też potrzebujemy więc sojuszy.