To herezja – oburzą się pewnie thatcheryści. Przecież jej polityczne credo brzmiało: na Wyspach przedsiębiorczość musi się opłacać. Potrzebowała do tego luźniejszej polityki kredytowej, by przedsiębiorcy mogli rozruszać biznesy, nawet jeśli nie mieli wystarczająco dużo kapitału na start. I stąd deregulacja sektora finansowego. Słowem, Thatcher chciała, by brytyjskie społeczeństwo przypominało jej ojca sklepikarza, który utrzymywał rodzinę ciężką pracą. Ale jej deregulacja doprowadziła do powstania gospodarki opartej na konsumpcji finansowanej komercyjnym kredytem. To przyniosło wzrost, lecz także podłożyło podwaliny pod obecny problem zadłużenia gospodarstw domowych, które należy do najwyższych w Europie. Wielka Brytania zamiast ojca Thatcher (solidnego pana Robertsa) zaczęła przypominać jej syna – Marka, hulakę i utracjusza.

Albo zamknięcie nierentownych kopalni, co do dziś uchodzi za synonim niepopularnych, ale koniecznych reform. Thatcher, tłumacząc ten ruch, mówiła, że nie kieruje się sentymentami, lecz rachunkiem ekonomicznym. Czyżby? Potem nieraz dowodzono jej, że taniej byłoby stopniowo zmniejszać subsydia do przemysłu węglowego, niż uderzyć szokowo. Koszty pomocy socjalnej dla bezrobotnych okazały się znacznie wyższe. Thatcheryści twierdzili wprawdzie, że zwolnieni górnicy znaleźli pracę w bardziej perspektywicznych gałęziach gospodarki, jednak dane dotyczące długotrwałego bezrobocia w regionach pogórniczych tego nie potwierdzają. Ci ludzie i te regiony nie podniosły się do dziś. A związki zawodowe? Owszem, Żelazna Dama złamała ich potęgę. Ale nie zrobiła tego, tak jak obiecywała w 1979 r., przez „przywrócenie rządów prawa”. Pomogły jej recesja lat 1980–1981 i ogromne bezrobocie. Bez nich Żelazna Dama nie byłaby taka żelazna.

To właściwie nie są wobec Thatcher zarzuty. Problem jest uniwersalny. Angielski ekonomista John Kay napisał na ten temat nawet książkę pt. „Obliquity” (można to tłumaczyć jako „Na opak”). Dowodzi w niej, że w historii świata cele były najczęściej osiągane w sposób często niezamierzony. To dlatego Paryż jest miastem ładniejszym niż zaplanowana od podstaw Brasilia. A firmy, które ogłaszają, że ich celem numer jeden jest najwyższy zysk dla akcjonariuszy, niekoniecznie ten zysk lepiej niż inne koncerny realizują. I tak dalej. Aż po polityków. Takich jak choćby lady Margaret Thatcher.