Przyznam się szczerze, że bardzo zaimponowała mi postawa warszawskich sędziów orzekających w II instancji w głośnej ostatnio sprawie byłej posłanki oskarżonej o korupcję. Zasada państwa prawa jest w naszych warunkach ciągle jeszcze bardziej postulatem niż rzeczywistością. Nieraz się zdarzało, że na pytanie, czy Polska jest państwem prawa, odpowiadałem nieco przewrotnie, że jest raczej państwem nadmiaru źle stanowionych kiepskich ustaw – żeby jednak coś powiedzieć, a uchylić się w istocie od odpowiedzi wprost, która przecież ciągle musi być negatywna.

Prawomocny wyrok w tej sprawie do ideału państwa prawa mocno nas przybliża, choć, jak już widać, nie jest to krok powszechnie akceptowany. Między innymi dlatego że na jego wydźwięk mają wpływ przede wszystkim przesłanki polityczne, a nie merytoryczne. I nie ma się co temu dziwić. Skoro sympatie lub antypatie polityczne mają znaczenie dla wyrobienia zdania w sprawie smoleńskiej, to dlaczego miałyby one być mniej istotne w sprawie oceny zachowań byłej posłanki PO?

Dlatego też największym błędem przy tworzeniu CBA było powierzenie jego kierownictwa politykowi. Z jednej strony tworzy się bowiem w ten sposób pokusę użycia instrumentu służby specjalnej w celu bieżącej walki wyborczej – która trwa przecież od wyborów do wyborów, a z drugiej strony utrudnia się, a może nawet i uniemożliwia rzetelną ocenę pracy służb specjalnych, bo zawsze na wszelkie kryteria oceny przyłożone będzie szkiełko oglądu partyjnego.

Jeśli jednak to partyjne szkiełko usunąć, wiele kwestii się wyjaśnia albo przynajmniej mocno upraszcza.

Odwaga warszawskiego sądu apelacyjnego tym bardziej godna jest podkreślenia, że nasza procedura karna nie zwerbalizowała wprost zasady owoców zatrutego drzewa. Sam na tych łamach postulowałem swego czasu wpisanie jej do k.p.k. dla usunięcia wszelkich wątpliwości – choć nie oznacza to, że nie ma jej w naszym systemie prawa w ogóle.

Wywodzi się ją z treści europejskiej konwencji i budowanego na jej gruncie konsekwentnie orzecznictwa strasburskiego, daje się także odczytać w art. 2 konstytucji, co w połączeniu z kodeksową zasadą swobodnej oceny dowodów pozwala, a nawet nakazuje dyskwalifikować dowody zebrane nielegalnie. W postępowaniu karnym cel nie może jednak w żadnym wypadku usprawiedliwiać środków, a o tym zapominają w tym przypadku wszyscy obrońcy „dobra publicznego” rozumianego w stylu funkcjonariuszy CBA z okresu burzy i naporu.

Zwalczanie korupcji jest zadaniem organów państwa zawsze, ale tak sformułowany cel nie może przechodzić do porządku dziennego nad metodami tej walki. Dlatego tak ważną kwestią z punktu widzenia tej długofalowej polityki antykorupcyjnej jest ocena stosowanych w niej metod.

Politycy związani z CBA uznali na początku jej istnienia, że najskuteczniejsza będzie tu swoista terapia szokowa. Stąd głośne nazwiska polityków na ich celowniku. Przy okazji, a może przede wszystkim chodziło o pogrążenie własnych przeciwników politycznych. Stąd apel szefa CBA przed wyborami w trakcie konferencji prasowej ujawniającej wiekopomne osiągnięcia agenta Tomka, by dobrze zastanowić się, na kogo się będzie głosowało. Apel, jak wiadomo, nie został wysłuchany po myśli apelującego albo raczej wyborcy, wysłuchawszy go, odwołali się do własnego rozsądku, co raczej należy przyjąć.

W każdym razie CBA jako instrument skutecznej walki politycznej okazał się narzędziem tępym.

Przytaczane w telewizji fragmenty uzasadnienia sądu apelacyjnego brzmiały przekonująco, ale nie tylko świat prawniczy czeka teraz na pełne motywy tego wyroku. Podane w nich zostaną zasadnicze i szczegółowe przesłanki wyciągniętych wniosków oraz cała droga rozumowania prowadząca do zajęcia ostatecznego stanowiska w tej sprawie. Niezależnie od pojawiających się tu i ówdzie wcześniejszych orzeczeń w podobnych kwestiach ten wyrok ma na gruncie polskim charakter precedensowy. Długo będzie analizowany i z pewnością wielokrotnie cytowany – świetnie będzie się także nadawał na kazus w zajęciach ze studentami.

A przede wszystkim stał się już dziś bardzo istotnym osiągnięciem cywilizacyjnym.