Ach, ta młodzież, słyszymy co chwilę. Nie ma dla nich nic świętego, nie uznają żadnych norm ani autorytetów. Jeśli już na kimś się wzorują, to na celebrytach. Kochają Dodę, za chwilę Rihannę, przewodnikiem po świecie może być dla nich przez moment Kuba Wojewódzki ze swoimi skandalami i złośliwymi bon motami. Ale nie są w stanie już wymienić nazwiska żadnego intelektualisty, filozofa. Tak już zostanie?

Reklama

Kazimierz Krzysztofek: O młodych ludziach jest tyleż sprzecznych sądów, co o samej młodzieży. Jednak prawdą jest, że dziś nie ma trwałych, wielkich trendów – intelektualnych czy kulturowych, nie ma postaci pokoleniowych, które byłyby wspólne dla wszystkich. Ale proszę też zauważyć, że dziś trudno mówić o pokoleniach, bardziej o rocznikach, gdyż każdy jest już inny, podlega innym modom. Czas przyśpieszył, wszystko się zmienia w błyskawicznym tempie. Kiedyś mówiło się o pokoleniu JPII, dziś mamy pokolenie MP3, ale to jedyne, co te dzieciaki łączy.

Kiedy w 1992 r. CBOS spytał uczniów w wieku 17–19 lat o to, kto jest dla nich autorytetem, odpowiedzi „nikt” udzieliło 35 proc. 14 proc. nie wiedziało. Ale z postaci publicznych aż 9 proc. wybrało właśnie Jana Pawła II, po 3 proc. wskazywało na Lecha Wałęsę i Jacka Kuronia. Tylko 5 proc. wskazało na osoby najbliższe, np. rodziców. Po 1–2 proc. miały typy celebrytów: zagranicznych piosenkarzy czy sportowców. W tym roku o to samo zapytano szerszą grupę, w wieku 16–20 lat. I jest spora zmiana. 55 proc. nie ma żadnych autorytetów, 7 proc. trudno powiedzieć. Wśród odpowiedzi nie pojawia się żaden polityk, żadna postać historyczna. Jednak 7 proc. wymienia sportowców i gwiazdy pop. Ale co ciekawe, aż 17 proc. twierdzi, że autorytetem są dla nich rodzice. W tym segmencie to spory skok, nie uważa pan?

Trudno mi się odnosić do badań, których metodologii nie znam. Jednak w świecie chaosu, ciągłej zmiany, w jakim żyjemy, taki wynik by nie dziwił. Młody człowiek potrzebuje czegoś czy kogoś stałego, na kim może się oprzeć. I te dzieciaki, które znajdują wsparcie w domu, w rodzinie, mają wielkie szczęście. Szkoda, że jest ich tak mało. Z kolei z prowadzonych przez siebie badań mogę wyciągnąć wniosek, że nie są autorytetami ci rodzice, którzy nie nadążają za młodym pokoleniem, nie rozumieją jego świata i chcą stosować stare, wyniesione z domu wzorce wychowania. Mam tu na myśli świat komputerów, internetu. Nastolatków do szału doprowadza to, że starsi nie rozumieją choćby multitaskingu (wielozadaniowości – red.), chcą ograniczać dostęp do sieci swoim dzieciom, wciąż je kontrolować. Starzy wyrośli w epoce Gutenberga, teraz mamy czasy Zuckerberga. Świat wymaga od nas zmienności, śledzenia newsów, trendów, zagrożeń. Musimy mieć oczy dookoła głowy, wciąż zaglądać do różnych portali, wymieniać opinie poprzez komunikatory, słać SMS-y. Podobnie, jak to było przed wynalezieniem druku, kiedy ludzie, aby przeżyć, przetrwać, musieli się koncentrować na sygnałach słanych przez przyrodę.

Moja przyjaciółka denerwuje się, gdyż jej 13-letnia córka nie jest w stanie odrabiać lekcji bez komputera, ucząc się, ma podgląd na Facebooka, wciąż jest w kontakcie ze swoimi znajomymi, pisze do nich na czacie. Młoda tłumaczy, że musi być online, ale nie spotyka się ze zrozumieniem. Wciąż wybuchają awantury.

Niemiecki socjolog Ulrich Beck mówi o renaturalizacji świata. W tym sensie, że technologie cyfrowe, którymi dziś młodzież się posługuje, stają się częścią ich środowiska. Wprawdzie nie żywego, jak przyroda, ale całkiem naturalnego, w którym się świetnie czują, orientują, nie myśląc o tym nawet, jak je obsługiwać. Jest dla nich banalne, przezroczyste. Są w nim tubylcami, w przeciwieństwie do ich rodziców. Bo już pani, proszę się nie obrazić, jest emigrantką w sieci, wychowaną na druku, w czasach Gutenberga.

W sieci nie ma autorytetów. W każdym razie takich globalnych. Są grupy, grupki, kółka zainteresowań. Dziś nawet porządnych, dominujących subkultur młodzieżowych już nie ma – jak kiedyś hippisi czy punki – a więc brak systemów wartości wspólnych dla wielkich grup. Owszem rozróżnia się w socjologii hakerów, skejtów, sprejowców, szalikowców, a nawet squatersów, ale rozdrobnienie jest tak duże, że można mówić co najwyżej o liderach.

Tak bardzo brakuje dominującej grupy, że dziś wszyscy czują się mniejszością. W dodatku dyskryminowaną. I to nie tylko w grupie młodzieży. Katolicy, żydzi, muzułmanie, geje i osoby heteroseksualne – każda z tych wspólnot czuje się sekowana. Zresztą długo by wymieniać. Niemniej dla każdej, najmniejszej nawet grupy ktoś jest tym znaczącym innym, czyli osobą, do której się odnosimy. Margaret Mead, amerykańska antropolożka kultury, w latach 70. XX w. wydzieliła na przestrzeni dziejów trzy dominujące kultury. W pierwszej, zwanej postfiguratywną, autorytetami – zwłaszcza w niewielkich społecznościach lokalnych – byli ludzie starsi. Bo długie życie oznaczało duże doświadczenie i wiedzę, którą mogli się dzielić z młodymi, a która była niezbędna do przetrwania. I to, czego młodzi się nauczyli od starych – uprawianie ziemi, polowanie, leczenie czy pielęgnowanie dzieci, wystarczało, aby przeżyć w spokoju do końca dni. Stąd rady starszych, stąd senat – szczątki tego systemu przetrwały do dziś. Ale świat się zmieniał, ludzie ze swoich wiosek ruszyli do miast, zaczął się rozwijać przemysł, który wymagał wykwalifikowanych pracowników. I nastały nowe czasy, zwane epoką kofiguratywną, kiedy system autorytetów stał się bardziej skomplikowany. Rodzice nadal byli ważni, ale do grona tych, z którymi należy się liczyć i których należy słuchać, dołączyły instytucje i reprezentujący je ludzie. A więc szkoła i nauczyciele, bo dawali wiedzę. Państwo i jego urzędnicy. I tak dalej. Jednak już wtedy pojawiły się grupy rówieśnicze, wtórna socjalizacja, gdyż okazało się, że wiedza wyniesiona z domu i szkoły to za mało. I wreszcie mamy, przepraszam, bo to kolejne dziwne pojęcie, kulturę prefiguratywną. Tutaj już rządzi tylko zmienność, ona wywraca wszystko do góry nogami. Skoro wszystko się zmienia, to każdego dnia jesteśmy nowicjuszami i musimy się wszystkiego od nowa uczyć. Nowe technologie, nowe sprzęty, nowe trendy. W tym świecie podeszły wiek nie jest już handikapem, a przeszkodą, bo zdobywanie technicznej wiedzy starszym przychodzi z trudem. Okazuje się, że potrzebują pomocy młodych – więc jakimi mogą być autorytetami? W Polsce takim zwrotnym momentem było powstanie Naszej Klasy, kiedy to kilka milionów dorosłych zapragnęło zobaczyć, jak wyglądają i jak sobie radzą ich koledzy z młodości. Ruszyli do sklepów, kupili komputery, ale do ich uruchomienia i obsługi potrzebowali pomocy swoich dzieci i wnuków. Braku wiedzy się nie szanuje, więc ten autorytet oparty na starszeństwie prawdopodobnie runął.

Nie tylko ten. Padły tradycyjne autorytety instytucjonalne. Państwa, szkoły, wojska, polityków. Ale też, jak już wspomnieliśmy, nie ma jednego kanonu kulturowego, który by kazał dzieciom bawić się w kowboi i Indian („Winnetou”), rycerzy („Pan Wołodyjowski”) czy choćby w czterech pancernych.

To także jest proces rozciągnięty w czasie. Postawiłbym tu cezurę na rewolucji kulturowej przełomu lat 60. i 70. Ja wychowywałem się na Lemie, tak samo moi rówieśnicy. Jego się czytało, o jego książkach dyskutowało. Był autorytetem intelektualnym. Ale generalnie dzieci w tamtych czasach czytały i słuchały tego samego, co ich rodzice – jakiegoś Fogga na przykład. Twist to był pierwszy wyłom w murze. Dopiero kontrkultura przyniosła celebrytów popowych na miejsce intelektualnych. Beatlesi, Elvis Presley – dziś ikony, ale wtedy monstra nie do przyjęcia przez dorosłych. Potem weszły do głównego nurtu, zasiliły kanon kulturowy. Ma jednak pani rację, mówiąc, że dziś taki kanon – czy to literacki, czy muzyczny – po prostu nie istnieje. Nawet szkoła pozbywa się wieszczy i romantyków z listy lektur. Kiedyś ich dzieła pomagały wychowywać młodych w kulcie państwa, w duchu patriotycznym.

Faktycznie, „Kordian” Juliusza Słowackiego jest dziś obowiązkowy tylko dla tych, którzy zechcą zdawać maturę z języka polskiego na poziomie rozszerzonym. Ale to niejedyny powód, dla którego państwo i politycy znaleźli się w odwrocie. Kiedyś mówiąc „polityk”, ludzie mieli na myśli męża stanu. Nawet jeśli był ich przeciwnikiem ideowym. Dziś ta grupa jest postrzegana gorzej niż panie kupczące swoim ciałem.

Dlatego że współcześni politycy to w większości nie mężowie stanu, ale celebryci z bożej łaski, mało zabawni klauni, osoby bez charyzmy i wiedzy. Trudno by im było nawet konkurować z nosicielami kultury, intelektualistami, artystami, pisarzami, którzy kiedyś masowo gościli na ekranach telewizorów i antenach radiowych, a dzisiaj są wypierani przez polityczne gwiazdy. Politycy sami się zresztą sprowadzili do takiej roli, ulegając magii telewizji. Kiedy rozmnożyły się kanały, trzeba było czymś zapełnić czas antenowy, a oni chętnie weszli w rolę zapaśników i bokserów w ringu, którzy okładając się nawzajem, dają masom emocje. I są w tym lepsi niż napuszczane na siebie koguty. Z tym związana jest jeszcze jedna kwestia: jeśli dysputę zastąpiono waleniem pałką, kiedy nie ma ważenia racji, tylko emocje, każdą prawdę można uzasadnić i sprzedać jako najprawdziwszą.

Jednak nie wszyscy to kupują. Nie wszyscy dają się ogłupić. Traktują technologie jak narzędzia, ale chcą mieć kontakt z przeszłością. Uczyć się z niej, brać wzorce. Bo skąd taka popularność czasopism historycznych czy portali traktujących o tej tematyce.

Jestem sceptyczny. Może i jest tak, jak pani mówi, ale poważnie traktuje to niewielka grupa. Odrodzenie tematyki historycznej widzę w czymś innym. Kiedyś lekcje historii to była nudna piła. Kazali uczyć się dat, kto z kim, co to dało. A dziś historia wkroczyła w nurt pop, w którym liczą się doznania, emocje – popwiedza, popmedcyna, poppsychologia i poppolityka. W kulturę kasyna, gdzie nowa stawka zaciera pamięć po poprzedniej. Jest czarne lub białe, jest gra, zabawa. Ta historia także jest przyjmowana w ten sam sposób. Głosujmy: Piłsudski czy Dmowski? Lubisz to? Zobacz, jak zagłosowało więcej osób. Brawo, jesteś w gronie zwycięzców. Nie trzeba się uczyć, starać, budować statusu. Gratyfikacja przychodzi zaraz. I tak jest ze wszystkim. Nie musimy dążyć do wiedzy, doskonałości, jeśli można się sprzedać w sekundę – swoje ciało, swój skandal, sarkastyczny bon mot.

Tak sobie myślę, panie profesorze, że sytuacja jest trudna, jeśli nie beznadziejna. Bo jeśli jest tak, jak pan mówi – nie ma jednego wzorca, nie ma autorytetów – to także nie ma się przeciwko czemu ani komu buntować. A bunt przeciwko autorytetom jest zasadniczym mechanizmem pozwalającym młodym ludziom zbudować swoje ja.

Reklama

Jest jeszcze gorzej, niż pani mówi. Nawet jeśli pojawia się bunt, natychmiast zostaje zmonetyzowany. Kupiony przez rynek, wykorzystany. Dziś firmy z tego żyją. Pamięta pani Frugo? Ta marka została zbudowana właśnie na buncie. Pierwsza w Polsce, ale nie jedyna. To zaburza odwieczny proces równowagi ciągłości i zmiany. Przykład: hippisi, którzy się buntowali przeciwko mieszczańskiemu społeczeństwu, po latach weszli w jego buty. Buntownicy stali się prezesami firm, politykami etc. Teraz ten podział, luka międzypokoleniowa stała się tak olbrzymia, że młodzi nie są nawet w stanie odnieść się do norm wytworzonych przez poprzednie pokolenie. Nie kontestują nawet ładu społecznego, który zastali, bo on dla nich nie istnieje. Pyta pani o autorytety, jednym z nich, pewnie ulotnym, jest Julian Assange z WikiLeaks, organizacji, która kwestionuje takie – wydawałoby się mocne – autorytety i priorytety jak państwo, jego dobro i obronność, prawo do tajemnicy. Skoro państwo wie o nas wszystko, to my też chcemy wiedzieć wszystko o państwie. Niech będzie przejrzyste, bo z tego, co wiemy, to jest brudne, złe i niespełniające wymagań moralnych. Gdybym chciał ten wątek spointować, powiedziałbym, że autorytet starego państwa 1.0 oddał pole państwu 2.0, cyfrowemu, które stale monitoruje obywateli. To stare państwo jeszcze walczy, ale czy dojdzie do reinstytualizacji tradycyjnego ładu, nie będę się zakładał. Bo przegram.

W jednym z pana tekstów przeczytałam, że w Holandii, która jest krajem najszybciej absorbującym różne nowinki cywilizacyjne, pojawiła się idea likwidacji państwa jako anachronicznego tworu, który przestał pełnić swoje zadania. Stary anarchizm w nowym e-wydaniu.

Badał to mój znajomy Holender, dr Rob van Kranenburg. Zwrócił uwagę na to, że usieciowione państwo pozbywa się coraz większej liczby tradycyjnych zadań i obowiązków, zaczyna uprawiać outsourcing na olbrzymią skalę. Holandia zrezygnowała z narodowej waluty, czego my jeszcze nie uczyniliśmy. Ale prawo, polityka zagraniczna – te dziedziny są coraz bardziej oddawane zewnętrznym instytucjom typu Unia Europejska. Ale to jeszcze mało. Weźmy edukację. Uczniowie brytyjscy twierdzą, że większość potrzebnej im w życiu wiedzy, aż 90 proc., czerpią z internetu, a nie ze szkoły. Albo przyjrzyjmy się niewydolnej – tak u nas, jak i w innych krajach – służbie zdrowia. Zanim młodemu Europejczykowi przyjdzie ochota, aby zarejestrować się w kolejce do lekarza, idzie do dra Google’a. Sprawdza objawy, wchodzi na fora, szuka porady. Tak samo jest z innymi dziedzinami wiedzy. Smartfon, komputer, tablet stały się pośrednikami z kanałami e-doradców, e-klaunów, e-mentorów. Co by się stało, gdyby zniknął Amazon? Tragedia. Nie tyle biznesowa, co społeczna, kulturowa. Dla młodych ta firma jest przecież nie tylko kanałem dystrybucji książek czy płyt, ona zastępuje domy kultury i wszelkie ministerstwa mające w zadaniach dziedzictwo narodowe razem wzięte. Albo Google. Wszyscy jesteśmy jego niewolnikami, a ta wyszukiwarka ma jeszcze misję naprawy, czyli zmiany świata: zgromadzenia całej wiedzy ludzkości w jednym. I ten holenderski socjolog, Kranenburg, pyta, co by było, gdyby w którymś momencie ludzie – tutaj Holendrzy – wypowiedzieli państwu posłuszeństwo i np. przestali płacić podatki. Co by to państwo zrobiło? Zamknęło wszystkich do więzienia? Nie starczyłoby miejsc. Wprowadziłoby stan wojenny? Hm. Dziś to nie taka łatwa sprawa, nawet w dyktaturach albo państwach autorytarnych. Rządy bardzo powoli, ale jednak zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że algorytmy przejmują od nich władzę.

Jednak algorytm pozostanie narzędziem, nigdy nie stanie się autorytetem.

Otóż myli się pani. Google stał się metaautorytetem, autorytem autorytetów. A googliści stają się coraz bardziej zauważalnym nurtem nie tyle technologicznym, co metafizycznym. Bo jak potraktować Heaven’s Gate (grupę religijną Wrota Niebios – red.)? Przecież ci ludzie, zanim popełnili samobójstwo, czekali nie tylko na UFO i kometę, ale głównie na to, że będą przeniesieni do raju, gdzie będą mogli surfować w nieskończoność po wirtualnym świecie. To nie jest makaronowy potwór, będący memem, kpiną ze starej religii. To wiara, która zaczyna jednoczyć pewne grupy. Zresztą autorytety nieosobowe coraz częściej zaczynają rządzić ludzką wyobraźnią. Pamięta pani na przykład misia Knuta z berlińskiego zoo, o którym śpiewano piosenki? A dziś w Japonii dla starszych pań (one żyją dłużej) najukochańszymi istotami są roboty opiekuńcze, o antropomorficznych twarzach, których mimika jest napędzana 28 silniczkami. Nie mają nikogo bliższego.

Jestem jednak przekonana, że są to, mówiąc trywialnie, jaja. Chichot historii. I tak jak szybko się rozpadł stary ład i jego instytucje, tak szybko wszystko wróci na stare, utarte ścieżki. Podobnie, jak to było z hippisami i światem, który usiłowali zburzyć.

Nie byłbym tego taki pewien. Instytucje takie jak rodzina, Kościół, państwo – o ile nie zostały już całkiem zniszczone – straciły swoje korzenie. Globalizacja rządzi się swoimi prawami, stare więzi są jej nie po drodze. Teraz mamy googlistów, makaronowego potwora, a zamiast tradycyjnej rodziny związki partnerskie. No i szkoła, bo ona jest tutaj szczególnie ważna. Na pierwszych uniwersytetach uczono nauk wyzwolonych. Generalnie rzecz biorąc, chodziło o wykształcenie człowieka, który był nie tylko biegły w łacinie i logice, lecz także w arytmetyce, filozofii czy muzyce. Wszechstronnie wyedukowanego. Potem zaczęła się era szkół wyższych tworzonych na podstawie wizji Alexandra von Humboldta. Trzeba było na potrzeby ówczesnego świata wykształcić oficerów przemysłu (inżynierów), tych, którzy potrafili grać z przyrodą, oraz tych, którzy dawali radę sobie z kontaktami z ludźmi: medyków i biurokratów. I także ten model, a raczej modele dzisiaj padają, bo oba zakładały wykształcenie holistyczne. To już się nie sprawdza. Tysiące magistrów nie mogą znaleźć pracy nie tylko dlatego, że szkoły ich źle uczyły. Dziś są całkiem inne potrzeby, liczy się wiedza modułowa, którą można zmienić, uzupełnić w razie potrzeby. Rośnie przekonanie, błędne oczywiście, że nie trzeba do tego procesu edukacyjnego wykładowcy, mistrza. Wystarczy platforma e-learningowa. Bo chodzi nie o wiedzę, ale o umiejętności, które można szybko sprzedać.

Z naszej rozmowy wynika, że oprócz rodziny, osób, które sobie wybierzemy na chwilę jako naszych przewodników w sieci czy mass mediach, nic już nam nie zostało. Autorytetów brak.

Bardzo mi przykro, ale tak właśnie jest. Mamy do czynienia z nowym cyklem kultury. Pierwotny charakteryzował się tym, że ludzie, niczym pszczoły miód, sami tworzyli dobra kulturowe dla siebie. Siedzieli twarzą w twarz, układali piosenki, śpiewali je, opowiadali historie, które przeobrażały się w legendy i mity. I w tych małych kręgach wyrastały autorytety. W społeczeństwie masowym pojawiła się kasta producentów, będących jednocześnie dystrybutorami kultury i autorytetów, popychających te ich twory w masy. Muzyka, filmy, popliteratura – mogli tym uderzać w miliony. Z tym samym przekazem. Ale wraz z wejściem nowych technologii zmieniają się reguły gry. Ludzie sami zaczynają być twórcami, pojawia się samozaopatrzenie ludyczne i poznawcze, jak w zamierzchłych czasach. Każdy może coś skomponować, napisać, stworzyć teorię polityczną. I znaleźć oddźwięk. Co prawda w wąskim kręgu, ale to ludzi zadowala. Choć z jednej strony to chaos, z drugiej powstaje nowy ład, absolutnie demokratyczny. Każdy może być autorytetem w jakiejś dziedzinie, przynajmniej przez te pięć minut, kiedy kilkanaście osób klika na lajka przy jego poście.

Jednak z tego chaosu wyłaniają się większe postaci. Jak chociażby wspomniany wcześniej przez pana Assange.

On jest przykładem elity alterokratów, osób, którym wystarczy przyłączony do sieci komputer, aby byli w stanie rzucić wyzwanie możnym tego świata. Są także pomniejsze przykłady, jak ta Amerykanka Kristen Christian wkurzona na Bank of America, który podniósł opłaty za korzystanie z kart debetowych do 5 dol. Założyła fan page na FB i poprosiła znajomych, aby przenosili konta do małych banków lokalnych. Setki tysięcy osób posłuchały jej wezwania, więc globalna instytucja musiała się ugiąć. W Polsce był człowiek, który jako pierwszy wezwał do bojkotu NC+, z tym samym rezultatem. Jednak sprowadzanie ludzi sieci do buntujących się przeciwko systemowi rewolucjonistów to zbyt uproszczona wizja. Bo są też tacy, którzy swój bunt przekuwają na światowy prestiż, nie tylko megazarobki. Steve Jobs był kiedyś hippisem, ale uznał, że szkoda energii na burzenie starego systemu, lepiej wybudować nowy. I co z tego wyszło, wiemy. Sieć jest jak grzybnia, z której wyrastają dosłownie w ciągu jednej nocy nowe fortuny i autorytety. Z niczego, z czystej kreacji.

Nie każdy może być Jobsem. Ludzie mogą go podziwiać, ale bardziej zachwycają ich produkty firmy, którą stworzył.

I tu trafiła pani w sedno. Dziś młodzi organizują się nie wokół wielkich idei, ale wokół marek. Albo swoich koniunkturalnych celów. Prywatyzują społeczności internetowe dla doraźnych potrzeb. Zdenerwował mnie dostawca internetu, zrobię awanturę w sieci. Szukam pracy, muszę rozszerzyć grono znajomych. Te więzi i autorytety są bardzo płynne i zmienne. Ludzie realizują swoje projekty życiowe, kierując się ekonomią, swoim własnym dobrem. Jeśli państwo nie daje mi pracy, olać państwo. To zła korporacja, poszukam sobie lepszej, Wyjeżdżam, uciekam za granicę. I to się już nie zmieni. Może to jest przyczerniony obraz, pewnie należałoby poszukać jakichś jaśniejszych stron. One oczywiście są, ale jeśli o autorytety chodzi, widzę ich niewiele. Ale czy to oznacza, że mamy powtarzać jak za „Boską Komedią”: „Porzućcie wszelką nadzieję...”? Raczej kultura wytworzy jakieś przeciwciała, żeby odbudować zdrową tkankę, tak to już nieraz bywało w historii cywilizacji ostatnich stuleci zdominowanej przez technikę.

Każdy może być autorytetem w jakiejś dziedzinie, przynajmniej przez te pięć minut, kiedy kilkanaście osób klika na lajka przy jego poście

Starzy wyrośli w epoce Gutenberga, teraz mamy czasy Zuckerberga. Musimy mieć oczy dookoła głowy