W tym miejscu chciałbym podzielić się z wami pewnym spostrzeżeniem – prowadzenie samochodu, gdy macie dreszcze, gorączkę, a w zatokach cały kartusz silikonu, jest znacznie niebezpieczniejsze niż jazda na ostrej bani, po narkotykach i dopalaczach jednocześnie. Wiem, co mówię, bo byłem zmuszony w takim stanie pokonać 50 km do Warszawy i jeszcze wrócić. Miałem poważny problem z ocenieniem, czy auto jadące przede mną znajduje się 10 cm, czy może 10 km od mojego zderzaka. Nieczynna bramka na autostradzie, przez którą codziennie przejeżdżam z prędkością 100–120 km/h, tym razem wydała mi się tak wąska, że zwolniłem do ok. 2 km/h, złożyłem lusterka i usiadłem w fotelu bokiem. Nie byłem w stanie odróżnić dacii od audi, a forda od filara wiaduktu, zamiast kierunkowskazów włączałem wycieraczki i – co absolutnie nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło – przez kilkanaście kilometrów jechałem prawym pasem między dwoma tirami. I modliłem się, żebym nagle nie kichnął.
Jak to możliwe, że człowiek wysyła misje na Marsa, rozszczepia atom, klonuje owce, umie wyhodować ludzkie ucho na grzbiecie myszy, produkuje prąd ze słońca, sprawia, że ważący 575 ton Airbus A380 lata, a nie potrafi poradzić sobie ze zwykłym katarem? Przeszczepiamy serca, nerki, włosy, powiększamy piersi, wydłużamy penisy i prostujemy zmarszczki, a ciągle nie wymyśliliśmy tabletki, która w parę sekund oczyszczałaby nam nos? Przecież biorąc pod uwagę postęp technologiczny, jakiego dokonaliśmy w ostatnich latach, każdy nowy smartfon obok funkcji „odblokuj ekran” powinien mieć polecenie „odblokuj zatoki”.
Oczywiście w aptekach jest wiele preparatów, których producenci zapewniają, że przyniosą wam ulgę w chorobie. Ale w praktyce działają one tak skutecznie, jak posmarowanie kremem Nivea kikuta człowieka, któremu mina przeciwpiechotna przed chwilą urwała nogę. Czyli wcale. Przez tydzień wydaliśmy na różne specyfiki ponad 200 zł i obawiam się, że jedynymi osobami, które lepiej się dzięki temu poczuły, byli panowie Bayer, Pfizer, Glaxo, Smith i Kline.
Jedyne, o czym marzę w takich trudnych dniach, to zamknięcie dzieci w dźwiękoszczelnej piwnicy, napełnienie wanny ciepłą wodą, a kieliszka – malinową nalewką własnej roboty. Jeśli natomiast w stanie grypowym muszę się udać w drogę samochodem, to autentycznie modlę się, żeby w moim garażu stał akurat jakiś lexus. To jedyna marka, której modele można określić mianem „kojących” (no, może poza wersjami z literką „F” w nazwie). Za każdym razem, gdy wsiadam do jakiegoś lexusa, odnoszę wrażenie, że wykonano go specjalnie dla mnie – dokładnie dopasowano fotele, podłokietnik umieszczono na idealnej wysokości, a przełączniki porozmieszczano tak, żebym trafiał w nie z zamkniętymi oczami. Dokładnie tak samo jest w hybrydowym modelu IS 300h po faceliftingu, którym niedawno jeździłem. Siadając za jego kierownicą, czułem się, jakbym zakładał świetnie skrojony garnitur – nie za ciasny, nie za luźny, po prostu idealny. Było mi tak dobrze, że odruchowo sprawdziłem, czy w bagażniku nie schowano kołdry.
Reklama
O ile BMW przedstawia się jako sportowe, audi na każdym kroku pragnie udowadniać swoją „przewagę dzięki technice”, a mercedes wmawia, że już nie jest mercedesem, tylko audi i BMW, to lexus konsekwentnie buduje wizerunek samochodu, w którym po prostu miło spędza się czas. Nieważne, czy akurat się wam spieszy i musicie szybciej pokonać parę zakrętów, czy macie zapchane zatoki, boli was głowa i chcecie w świętym spokoju, bezpiecznie dotrzeć do domu – w obu tych sytuacjach IS 300h sprawdzi się równie dobrze. Gdyby był człowiekiem, nazwałbym go po prostu czułym i opiekuńczym.
Lexus
Media
Podoba mi się jego stylistyka – zupełnie inna od tego, do czego przyzwyczaili nas Niemcy. Jakość wykonania i materiałów jest więcej niż imponująca (BMW serii 3 czy Mercedes C zostają w tyle), a cena w relacji do wyposażenia wydaje mi się bardzo atrakcyjna. Wady? Drażnić może bezstopniowa skrzynia biegów powodująca, że przy ostrzejszym przyspieszaniu w środku na chwilę robi się dość głośno, ale przecież nawet najbardziej opiekuńcza matka czasami podnosi głos. Niektórzy wytykają IS-owi, że jego konkurenci oferują nieco więcej miejsca na tylnej kanapie i w bagażniku. Ale przecież jeszcze więcej ma go dacia logan, a mimo to nie wydaje mi się lepszym wyborem od lexusa. Więc to żaden argument.
Myślę, że gdyby lexus był koncernem farmaceutycznym, a nie motoryzacyjnym, na rynku od dawna mielibyśmy lek skutecznie zwalczający katar i grypę. Może nie byłby najtańszy, ale za to zapakowany w pudełko wykonane z naturalnej skóry, miałby smak Charlize Theron, a po trzech sekundach od jego przyjęcia stawalibyście się po prostu szczęśliwsi. A tak przy okazji, to nie zdrowia, a właśnie szczęścia chciałbym wam życzyć w Nowym Roku. Bo na „Titanicu” wszyscy zdrowi byli, tylko im szczęścia zabrakło.