W efekcie, jeśli dziś większość Polaków jest zadowolona z UE, to opozycja będzie uderzała w PiS wizją polexitu. Z kolei PiS ma dowody, że konserwatywne społeczeństwo będzie zaniepokojone wizją spełniania postulatów środowisk LGBT w edukacji. Stąd nowa kampanijna linia tego ugrupo wania uderzająca w Koalicję Europejską (KE). Zresztą ten temat instrumentalizuje także opozycja. Jeszcze wcześniej sztabowcy PO wymyślili, że porozumienie w Warszawie ze środowiskami LGBT będzie zręcznym ruchem odbierającym poparcie Wiośnie Roberta Biedronia.
PiS i KE fundują nam właśnie wojnę o centrum. Dwie koalicje będą walczyły o głosy – jak lubią mówić politycy – zwykłych czy też normalnych Polaków. Sugerując przy okazji, że konkurencja i jej wyborcy normalni nie są. Pisząc o centrum, niekoniecznie mam na myśli ludzi o centrowych poglądach. Raczej sporą grupę elektoratu, dla którego kwestie ściśle polityczne nie są pierwszoplanowe, a który dokonuje wyborów pod kątem troski o byt własny i rodziny.
Te osie kampanii widać było na sobotniej konwencji PiS w podrzeszowskiej Jasionce. Widać także w zapowiedziach opozycji. Jeśli wierzyć wizji PiS, ich przeciwnicy marzą, by wpuścić do szkół aktywistów LGBT, aby uświadamiali seksualnie dzieci i rozbijali rodziny. Do tego opozycja po dojściu do władzy będzie tolerowała przestępstwa podatkowe, a na forum unijnym spełni rolę gromady nieudaczników podlizujących się Francji, Niemcom i Brukseli. I jeszcze jedno. To, o czym marzą politycy KE, to odwrócenie zmian wprowadzonych przez PiS.
Reklama
Z kolei Koalicja Europejska maluje obraz polityków PiS jako nieodpowiedzialnych, antydemokratycznych populistów i łapczywych hipokrytów, których głównym, choć ukrytym celem jest wyprowadzenie Polski z UE, czyli mityczny polexit. Do tego całkowitych nieudaczników w sprawach międzynarodowych.
To esencja tego, czym będziemy karmieni przez najbliższe tygodnie. Wokół tych wizji będzie musiała nastąpić wyborcza refleksja znaczącej części wyborców. Bo jak wynika z sondaży, zsumowane poparcie obu bloków zbliża się do czterech piątych elektoratu. Tyle że te wizje nie wynikają z politycznych przekonań czy rzeczywistości, lecz z kampanijnych potrzeb.
Problem polega na tym, że kampania wyborcza toczy się w momencie, który idealnie nadaje się do poważnych dyskusji o tym, co dalej w kwestiach międzynarodowych, jaki przyjąć kurs w polityce gospodarczej czy społecznej. Do tego dyskusja mogłaby się toczyć w komfortowych warunkach gospodarczego wzrostu i spokoju w finansach publicznych. Ale wszystko wskazuje, że namysłu będzie mało, a emocji dużo, bo zanim zaczęła się dyskusja, już są rozstrzygnięcia.
Pakiet obietnic wyborczych PiS – słynna piątka – to spełnienie marzenia każdej ekipy rządowej. Od AWS przez Leszka Millera po PiS każdy liczył na scenariusz rządów opartych na gospodarczym wzroście. Bo dzięki niemu jest szansa zaoferowania w finale swoich rządów torby cukierków dla wyborców. Do tej pory nie udało się nikomu. AWS się rozpadła przy akompaniamencie silnego spowolnienia. Gdy Leszek Miller w końcu doczekał się wyraźnego wzrostu gospodarczego, musiał oddać władzę, a jego formacja się rozpadła. PiS wprawdzie miał sukcesy i nawet poczynił gesty, takie jak olbrzymia obniżka podatków i składki rentowej, które miały wejść w życie w wyborczym 2009 r. Tyle że wówczas rządziła już PO. Z kolei w 2015 r. PO miała za sobą lata wzrostu, ale i zmęczenie elektoratu. Największy paradoks polega na tym, że historyczna druga kadencja przypadła Platformie w pokryzysowym 2011 r., po podwyżce VAT, w atmosferze groźby rozpadu strefy euro i obaw przed przejęciem władzy przez PiS.
Teraz szansę na realizację scenariusza marzeń dostał PiS. I chce ją maksymalnie wykorzystać. W końcu będą to nie tylko wyborcze zapowiedzi. Zanim przyjdą wybory, torba cukierków stanie się faktem. Chyba żadna ekipa nie układała swojej agendy w taki jednostronny sposób z tak krótkim terminem oceny korzyści i kosztów. Bo gdy się rozmawia z osobami z PiS, widać, że cele obiecanego pakietu są dwa. Po pierwsze polityczny – czyli przechylenie wyborczej szali na korzyść PiS. Drugi – wlanie dużej ilości gotówki do gospodarki w monecie rozpoczynającego się spowolnienia, by opóźnić i osłabić jego efekty. Jak powiedziała jedna z osób znających tajniki ustalania piątki, proces zaczął się od oceny 20 propozycji, których łączne koszty przekraczały grubo 100 mld zł.
Wygrały te, których efekty najlepiej sprzedać politycznie i których skutek w gospodarce będzie widoczny najszybciej. Tyle że mówimy o potężnych pozycjach budżetowych, nad którymi w zasadzie nie odbyła się pogłębiona dyskusja. Zostały ogłoszone i już. Najdroższe z nich – 500 plus i emerytura plus – nie realizują długoterminowo ważnych celów społecznych, a raczej podobne cele można zrealizować w inny sposób, często taniej. Stosunkowo skromne będą dla budżetu koszty zwiększenia kosztów uzyskania przychodu. A to jedna z najlepszych propozycji, która daje korzyści podatnikom, a przy okazji promuje zatrudnienie na etat. Jednak, ponieważ jest mało nośna, przegrała z tymi głośnymi. Kolejny problem – wydatki podwyższone teraz utrudnią wprowadzenie innych, może bardziej pożytecznych, pomysłów w przyszłości. PiS zaczyna wyborczą podróż, na którą kupuje kosztowne bilety nam wszystkim. Pytanie tylko: na jakiej stacji wysiądziemy.