Anna Sobańda: Czujesz się bardziej stand-uperem, czy kabareciarzem?

Tomasz Jachimek: Uprawiam zawód pod tytułem „Tomasz Jachimek” i nie doprecyzowuję tego, żeby sobie nie ograniczać możliwości występowania. Radzę sobie na występach kabaretowych i mam nadzieję, że na stand-uperskich również.

Ale środowiska kabareciarzy i stand-uperów chyba za sobą nie przepadają. Nie czujesz się rozdarty?

Jeśli ktoś jest rdzennym stand-uperem i nigdy nie miał z kabaretem nic wspólnego, nie poważa tej formy rozrywki, uważa ją za bezsensowne wygłupy, to złośliwości się pojawiają. Jednak w jednej i drugiej dziedzinie chodzi o to, żeby bawić ludzi. I choć różnic jest wiele, to nie są one tak drastyczne i ideologiczne, by kabareciarze i stand-uperzy zachowywali się jak kibice Polonii i Legii.

Dla ciebie jako performera, jaka jest różnica pomiędzy kabaretem a stand-upem?

Po pierwsze różnica w formie. Stand-uper bierze mikrofon i przez wyznaczony mu czas opowiada zabawne historie, lub mówi o czymś, co go wkurza, czy boli. Nie szuka przy tym specjalnie wyrafinowanej formy literackiej, nie przetwarza rzeczywistości. To jest opowiadanie jeden do jednego. Nie znajdziemy tu ani ładnego języka, ani wyszukanych metafor, nie ma przenośni artystycznej. Sporo ludzi za to stand-upu nie lubi, a inni właśnie tego chcą, rozrywki która wali toporem prosto w łeb. W klasycznym kabarecie zaś mamy przetworzenie rzeczywistości na modłę artystyczną. Pojawia się kostium, rekwizyt, piosenka z puentą, wątek liryczny. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że tego klasycznego, artystycznego kabaretu jest na rynku coraz mniej; obowiązuje metoda nieustannego grepsowania, bo inaczej widz się nudzi i marudzi, a następnym razem wybierze stand up.

Stan-up nie jest jednak improwizacją?

Nie, choć pojawiają się elementy improwizowane. Kiedy ktoś krzyknie coś z publiczności, obowiązkiem stand-upera jest zareagować. Najlepiej błyskotliwie.

Zdarza się, że publiczność wybija z rytmu?

Oczywiście, dość regularnie. Jednak o ile w początkowych latach swojej stand-uperskiej kariery byłem spanikowany i bałem się reagować na bieżąco, tak teraz tylko czekam na jakieś zaczepki publiczności. Oczywiście zdarzają się momenty, kiedy ktoś jest pijany i wydaje mu się, że jest dowcipniejszy od gościa występującego na scenie. Wchodzenie w interakcję z taką osobą jest jednak bez sensu.

Polski stand-up jest bardziej zachowawczy niż amerykański?

Na pewno nie ma żadnej różnicy jeśli chodzi o kwestie języka. Jeśli obejrzysz młodych polskich stand-uperów, to ewidentnie nie mają się czego wstydzić w porównaniu z amerykańskimi kolegami. W Ameryce jest jednak większe spektrum poruszanych tematów. Można tam zobaczyć bardzo mocny stan-up damsko – męski, dobrą obserwację obyczajową, dobry stand-up polityczny, dużo uwagi poświęca się także kwestiom rasizmu. W Polsce to spektrum tematów jest mniejsze, zazwyczaj to jest seks, przygody po alkoholu i układy rodzinne. Religia pojawia się bardzo rzadko, a polityki właściwie w ogóle nie ma

Dlaczego?

Bardzo możliwe że nie ma na taki temat zapotrzebowania. Wątki polityczne pojawiają się u starszych solistów, takich jak Jerzy Kryszak czy Andrzej Grabowski. Młodsi koledzy zaś tematy polityczne omijają z daleka. Raz na jakiś czas pojawia się jakieś delikatna aluzja, czy rzucenie nazwiska. Nikt jednak nie pokusił się o to, żeby zrobić w stand-upie obszerną analizę sytuacji politycznej

To dziwne, bo w obecnej sytuacji aż się o to prosi

Też tak sądzę, ale nie wiem, czy publiczność nie zareagowałaby niechęcią. Ludzie przychodzą na stand-up żeby się od tych tematów oderwać.

A może chodzi o to, że Polacy są tak bardzo podzieleni, że stand-uperzy boją się o utratę części publiczności?

Być może, ale przecież można napisać stand-up który atakowałby obie strony. To nadal rodzi ryzyko, że przy tak spolaryzowanym społeczeństwie na sali znajdzie się zwolennik partii X, który poczuje się urażony i wyjdzie. Myślę jednak, że problem leży gdzieś głębiej. Po pierwsze niewielu jest na naszym rynku stand-uperów, którzy potrafiliby to zrobić tak, żeby było na tyle zabawne i atrakcyjne, żeby ktoś chciał to obejrzeć. Druga rzecz to ciężar tematu. Stand-up w Polsce poszedł w poszukiwanie jak najszerszego wspólnego mianownika. A jeśli ten wspólny mianownik ma obejmować jak największą część społeczeństwa, to wiadomo, że nie może być ustawiony zbyt wysoko.

Czy ty jako twórca stand-upu masz takie tematy, których z założenia nie ruszasz?

Zdarza się, że czegoś nie ruszam, ale to dlatego, że nie mam pomysłu, jak miałbym to zrobić, żeby było zabawnie. Gdybym taki pomysł znalazł, to nie ma dla mnie tematów tabu. Są jednak takie tematy, na które nie wyobrażam sobie napisania dobrego stand-upu

Jakie to są tematy?

Przykładem jest hospicjum dla dzieci. Byłem kiedyś w takim miejscu i widziałem, że te dzieciaki miały genialne poczucie humoru i choć zdają sobie doskonale sprawę z sytuacji, w jakiej się znajdują, to między sobą wymieniają często bardzo ostre żarty. Oni mogą tak żartować, ale ja nie. Tego typu temat ciężko ograć w taki sposób, by jego ciężar nie przykrył tego, że to ma być występ rozrywkowy. Jednak bariery obyczajowe, czy dotyczące dobrego wychowania już dawno zostały przełamane. Stand-uper mówiący o ru**niu już nikogo nie dziwi

Polska publiczność jest przygotowana na takie ostre żarty?

Polska publiczność stand-upowa przychodzi głównie po to, żeby usłyszeć właśnie takie żarty. Ktoś niedawno powiedział, że 20 lat temu trzeba było być bardzo odważnym, żeby wyjść na scenę i powiedzieć ku**a. Teraz zaś trzeba być bardzo odważnym, żeby wyjść na scenę i ani razu nie zbluźnić. Znaczna część polskiej publiczności, jeśli nie dostanie okraszonego bluzgami stand-upu o relacjach damsko męskich, czy gejach, to uzna taki występ za nieudany.

Czy Polacy lubią śmiać się sami z siebie, czy wolą wyszydzać innych?

Hmmm, to zależy od Polaka, bo mówimy o nacji, która ma 37 milionów obywateli i wszelkie sprowadzanie dyskusji do hasła „Polacy lubią to, a nie lubią tego” jest z założenia fałszywe. Na pewno warto zauważyć, że na scenie stand-upowej pojawiło się kilka postaci, które budują swoje występy na widocznej ułomności – weźmy Jacka Nocha, który choruje na stwardnienie rozsiane czy Olę Petrus, kobietę, że tak to ujmę, o mocno nienormatywnym wzroście. Żartują z siebie na scenie ile wlezie, pokazują olbrzymi dystans i to ma w sobie moc nie tylko artystyczną, ale wręcz terapeutyczną.
Generalnie w stand upie taktyka oparta na ostrej, dosadnej autoironii ma się całkiem nieźle. Czasem odnoszę wrażenie, że jest wręcz nadużywana.

Wiele stand-upów opiera się na tym, żeby sobie, lub komuś innemu przywalić. Czy to nie jest o krok od hejtowania?

Przede wszystkim nie porównywałbym tych zjawisk, bo to zupełnie inne dyscypliny sportu. Podstawową różnicą jest to, że stand-uper nie jest anonimowym hejterem. Daje twarz temu, co mówi, występuje z otwartą przyłbicą. Jego występ jest zamkniętą całością, powinien mieć jakąś strukturę. W hejcie zazwyczaj mamy do czynienia z narracją pod tytułem „kowalski to chuj”. Gdyby stand-uper miał tylko tyle do powiedzenia, to przyjęłaby go zimna cisza. Hejt nie służy niczemu innemu poza tym, żeby komuś dokopać.

Czyli nie spotykacie się z zarzutami o szerzenie mowy nienawiści?

Jeśli na stand-up wybierze się ktoś zupełnie nieświadomy tego, co zobaczy na scenie, zdarza się, że pojawia się zarzut, że to jest zbyt wulgarne. Jeśli ktoś spodziewa się występu artystycznego, też zazwyczaj jest zawiedziony i mówi, że stand-up to dno i patologia. Niemniej o przypadku stand upera oskarżonego o szerzenie mowy nienawiści nie słyszałem. Znając życie każdy szanujący się stand uper zrobiłby z takiego oskarżenia mocny dziesięciominutowy materiał, więc może potencjalni oskarżyciele siedzą cicho w domu i boją się ośmieszenia?

Zdarzało się, że kabaret pełnił funkcję moralizatorską, humorem walczył z absurdami władzy. Czy stand-up również miewa jakąś misję?

Oj, słowo „misja” w kontekście występów estradowych czy - patrząc szerzej - artystycznych zostało już tak sponiewierane, że byłbym bardzo ostrożny w jego używaniu. A samo zestawienie określeń „stand up” i „misja” wyjątkowo mocno zgrzyta mi w uszach jako fałszywe i absurdalne.

Czy bywasz krytykowany za występu w programie „Szkło kontaktowe”?

Oczywiście przez prawą stronę jestem już zdefiniowany jako zdrajca, komuch, agent służb informacyjnych itd. Wszystkimi „komplementami”, którymi obsypywany jest TVN, też dostaję rykoszetem. Jeśli zaś chodzi o spotkania z ludźmi, to w 90 procentach są to bardzo pozytywne reakcje.

A te pozostałe 10 procent?

Zdarza mi się „oberwać” niemiłym spojrzeniem od zwolennika tej drugiej opcji politycznej. Raz przytrafiła mi się taka sytuacja, że szedłem w centrum Warszawy, kiedy podbiegła do mnie pani w wieku około 65 lat i zaczęła mnie szarpać krzycząc „kłamiecie ludzi, jak tak możecie mówić”. Po drugiej stronie ulicy szedł zaś mocno napakowany facet i kiedy zobaczył, że ja się z tą kobietą szarpię, podbiega, już chce mnie okładać ale pyta „okradł panią?”. A ta kobita mnie uratowała mówiąc „gorzej, prowadzi ‘Szkło kontaktowe’. Osobiście wolę jednak występować w „Szkle kontaktowym” niż w „W tyle wizji”

Dlaczego?

Ponieważ w „Szkle..” swoich poglądów politycznych nie muszę ujawniać, nikt mi nie narzuca jak i co mam komentować. Nie mam absolutnie żadnych nacisków na to, co mam mówić, nie muszę kłamać, żeby wpasowywać się w linię stacji. Podejrzewam, że w konkurencyjnym programie byłoby inaczej.

A jak czujesz się z tym, że te programy są do siebie porównywane. Kiedy „W tyle wizji” jest krytykowane za szczucie na jedną opcję polityczną, z prawej strony pada argument, że w „Szkle kontaktowym” dzieje się to samo, tylko w przeciwnym kierunku.

Bardzo dobrze, że są dwa takie programy, mogłoby być ich jeszcze więcej. Mamy wolność mediów i jeżeli przekonujemy się do swoich racji nie przekraczając granicy nienawiści, to super. Nikomu się krzywda nie dzieje. A jeśli się komuś nie podoba, to zawsze można zmienić kanał.

W „Szkle kontaktowym” konfrontujecie się z telefonami od widzów. Zdarza się, że ktoś was atakuje?

W tym programie bariera cenzury jest w dwóch przypadkach – jeśli ktoś dzwoni do studia będąc ewidentnie pod wpływem alkoholu, albo kiedy w tej wstępnej rozmowie zaczyna używać wulgaryzmów. Zdarza się więc, że dodzwaniają się przeciwnicy i TVNu i danej opcji politycznej. Nie mam jednak problemu z tym, że ktoś mnie krytykuje, to są tak zwane koszta podróży. Po dwudziestu latach pracy w rodzimym show-biznesie wiara w to, że wszyscy będą cię lubić i podziwiać jest we mnie, eufemistycznie rzecz ujmując, znikoma.

Uodporniłeś się na hejt?

Nie czytam komentarzy. Jak zaczynałem swoją karierę takich rzeczy jak Internet, a nawet plotkarska prasa nie było. Kiedy to zjawisko się pojawiło, przeżyłem szok, bo nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby siadać przed komputerem i wypisywać jakieś negatywne komentarze. Gdy pierwszy raz przeczytałem taki hejt na swój temat, to uznałem, że kończę z publicznymi występami. Dopiero jak pogadałem z kolegami ze środowiska, a oni przyznali, że też się z takimi komentarzami spotykają i zaczęła się licytacja, komu pojechali bardziej, nabrałem do tego dystansu. Uznałem, że trzeba przestać się tym zajmować, bo żyjemy w Polsce, w kraju w którym przywalenie w rodaka jest jedną z ulubionych rozrywek, zaraz po skokach narciarskich i futbolu.
Poza tym, jestem szczerze i otwarcie załamany poziomem większości komentarzy. Można mieć różne poglądy, można się fajnie kłócić, można sobie dogryzać. Ale najczęściej czytanie komentarzy na forach to jak dobrowolna kąpiel w sadzawce wypełnionej ekskrementami. Babranie się w tym nie ma sensu. Odpuszczam więc dla własnego zdrowia psychicznego.

Tomasza Jachimka zobaczymy w trzecim sezonie stand-upowego show Comedy Central, którego premiera odbędzie się już poniedziałek, 1 kwietnia, godz. 22:00.

To już trzeci sezon stand-upowego show Comedy Central, które na fali coraz większej popularności sztuki one-man-show, cieszy się z sezonu na sezon coraz większym zainteresowaniem i oglądalnością. Wzorem poprzednich edycji, w programie pojawią się zarówno znani komicy, jak i debiutujący stand-up’erzy. Prowadzącym nowego sezonu jest Michał Meyer, który miał już okazję udowodnić swój talent komediowy wcielając się w niezliczone role: od Ryszarda Petru, przez Kubę Wojewódzkiego i Marcina Dorocińskiego po Micka Jaggera czy Henryka Walezego. 3. Sezon Comedy Club to łącznie 12 odcinków, w każdy z odcinków zobaczymy 3 stand-uperów. Na scenie Comedy Central wystąpią między innymi Tomasz Jachimek, Rafał Rutkowski, Jacek Stramik, Karol Modzelewski