Self-made man nie istnieje?

To nie do końca tak. Zdarza się, że osoby z biednych czy robotniczych rodzin odnoszą sukcesy – wykonują prestiżowe zawody, zajmują najwyższe stanowiska, dobrze zarabiają. Problem w tym, że figura self-made mana podtrzymuje mit, iż można wejść na szczyt niezależnie od pochodzenia klasowego. Takie przekonanie powoduje, że umyka nam z pola widzenia to, jak struktury społeczne promują tych, którzy w wielu różnych aspektach już są uprzywilejowani.

W książce "Sufit klasowy" ("The Class Ceiling") przekonuje pan, że nawet jeśli osobom z gorzej sytuowanych i wykształconych rodzin uda się w końcu dostać do najbardziej elitarnych grup zawodowych, i tak doświadczają dyskryminacji: zarabiają gorzej niż koledzy z zamożnych domów, na ogół są im powierzane mniej odpowiedzialne i prestiżowe zadania.

Zgadza się. Już od dawna mamy dowody na to, że osoby urodzone w rodzinach robotniczych, zwłaszcza na prowincji, mają znacznie mniejsze szanse na karierę w zawodach o najwyższym statusie społecznym. Jeszcze trudniej jest wtedy, gdy taka osoba jest kobietą, członkiem mniejszości rasowej czy etnicznej. W Wielkiej Brytanii – a tu właśnie prowadziliśmy badania – tylko ok. 10 proc. osób z klasy niższej zajmuje dyrektorskie stanowiska w biznesie, branży prawniczej, kulturze, mediach czy zawodach medycznych, np. 12 razy rzadziej zostają lekarzami niż ci, którzy pochodzą z bogatych domów. Elitarność tych profesji wzmacnia to, że dzieci nierzadko idą w ślady rodziców. Natomiast do tej pory niewiele poświęcano uwagi temu, że ludzie, którzy nie dorastali w uprzywilejowanych warunkach, a zanotowali duży awans społeczny, i tak dużo rzadziej pracują w najbardziej renomowanych firmach i dostają się na kierownicze szczeble niż ich koledzy mający bogatych rodziców.

Nawet jeśli ukończyli świetne uniwersytety z najlepszymi wynikami i na papierze mają podobne kwalifikacje?

Nawet wtedy. Pokonali wiele przeszkód, których nie zdołała przejść większość podobnych im rówieśników, a mimo to w pewnym momencie ich kariera się zatrzymuje. A jeśli już udaje się im wejść na szczyt, to trwa to dłużej. Twoje pochodzenie klasowe nie znika tylko dlatego, że zostałeś lekarzem, prawnikiem czy producentem telewizyjnym.

To najpierw zdefiniujmy dokładnie, co to w ogóle znaczy "uprzywilejowanie"?

Chodzi przede wszystkim o klasę społeczną. Mam na myśli osoby, których rodzice są menedżerami bądź uznanymi specjalistami. Bardzo często uczęszczały one do prywatnych szkół, mają dyplomy elitarnych uniwersytetów. W książce koncentrujemy się na przedstawicielach branży międzynarodowego doradztwa finansowego, pracownikach telewizji, architektach i aktorach. To osoby, które dzięki wychowaniu i edukacji zdobyły narzędzia pozwalające im swobodnie poruszać się w środowiskach cieszących się wysokim prestiżem społecznym. Być zauważanym i nagradzanym za swoje wysiłki w sposób, w jaki często nie docenia się osiągnięć osób z rodzin robotniczych.

To talent nie jest rozpoznawany i wynagradzany tak samo, niezależnie od klasy społecznej?

Absolutnie nie. Tu chodzi o coś więcej niż pewność siebie, zaangażowanie w pracę czy doświadczenie. Nasze badania pokazują, że pomyślny rozwój kariery zależy także od tego, czy własne kompetencje umiemy zaprezentować zgodnie ze specyficznymi kodami kulturowymi obowiązującymi w elitarnych środowiskach zawodowych. Bo ludzie mają tendencję do budowania więzi z osobami, u których rozpoznają coś znajomego – do tego sprowadza się koncepcja homofilii. Osoby na dyrektorskich stanowiskach, pochodzące z klasy wyższej, będą skłonne sprzyjać pracownikom o podobnym zapleczu kulturowym. Mówiąc inaczej, trzeba umieć się wpasować (ang. fit – red.).