Pech chciał, że wczoraj przez jakąś awarię sieci komórkowej zostałem odcięty od aplikacji Spotify i zmuszony do przełączenia się na radio. W ten sposób w ciągu zaledwie pół godziny zaproponowano mi wykupienie całego asortymentu najbliższej apteki. Gdybym nie czekał i od razu wciągnął wszystkie suplementy, których reklamy usłyszałem przez 30 minut, dojechałbym do biura 10 kg chudszy, 5 cm wyższy, 15 cm dłuższy, z ciśnieniem 120 na 80, z plastrem antynikotynowym na czole, z włosami na głowie, sokolim wzrokiem, stawami o wytrzymałości tytanu i z taką ilością żelaza oraz magnezu w organizmie, że w pierwszym lepszym skupie złomu żona dostałaby ze mnie okrągłą sumkę. Jestem jednak pewien, że by mnie tam nie oddała, bo oprócz włosów miałbym coś jeszcze – trzecią nogawkę w spodniach.

Choć z jej punktu widzenia istotniejsze mogłoby być jeszcze co innego – że wreszcie minąłby mi syndrom niespokojnych nóg. Polega on na tym, że za każdym razem, gdy siadam z nią wieczorem na kanapie, zaraz muszę wstać i przejść się do lodówki, by sprawdzić, czy czasem nie ma w niej butelki schłodzonego pinot grigio. Pal licho, jeżeli tam jest – wtedy wracam na kanapę z dwoma kieliszkami i grzecznie siedzę. Ale jeśli nie ma, dalej szuram niespokojnie nogami – w kierunku najbliższego sklepu.