Zwłaszcza podczas wakacji, gdy przy śniadaniu urządzamy sobie poranny przegląd informacji z kraju i świata. Dzięki wierze w konserwatywno-prawicowy pakiet światopoglądowy uniknąć można wówczas wielu przykrych dolegliwości. Poczynając od niestrawności i bólu brzucha, a kończąc na nieodpartej chęci zapoznania ekranu, uruchomionego przed chwilą laptopa, z treścią żołądka. Acz jeśli się jest szczerze wierzącym lewicowcem o bardzo postępowych przekonaniach, w takich momentach zamiast perturbacji z żołądkiem ryzykuje się zawałem lub wylewem krwi do mózgu - góra po czwartym newsie.

Na pomysł, jak racjonalnie dobierać sobie światopogląd, by móc cieszyć spokojem ducha, wpadł już w XVII w. genialny matematyk i fizyk Blaise Pascal. Francuski uczony potrafił tworzyć nowatorskie koncepcje, zarówno dotyczące rachunku prawdopodobieństwa, jak i ciśnienia atmosferycznego. Ale sukcesy na niwie naukowej wcale nie oznaczały dobrego samopoczucia na co dzień. Zwłaszcza wyzbycia się lęku przed nadchodzącą przyszłością. Mierząc się z tymi, ponadczasowymi wyzwaniami, w swoich filozoficznych "Myślach" wyłożył teorię niezwykłego zakładu.

W wielkim skrócie opierał się on na założeniu, że wiemy na pewno, iż Bóg istnieje albo nie istnieje. "Tertium non datur" – lubił podkreślać Pascal. Ale skoro nie mamy pewności, to możemy w niego wierzyć lub nie wierzyć. I w tym miejscu zaczynał się zakład Pascala. Gdy założymy, że jest i w niego wierzymy, to mamy szansę zyskać życie wieczne. Jeśli nie wierzymy, bo uznamy, iż Stwórcy nie ma, wówczas ryzykujemy bezpowrotne utracenie życia wiecznego.

Z tego prostego rachunku trzech czynników: zysku, straty oraz ryzyka wynika, że matematyczna logika jasno nakazuje wierzyć w Boga, bo to gwarantuje wygranie zakładu. Jeżeli wygrasz, zyskujesz wszystko; jeżeli przegrasz, nie tracisz nic. Zakładaj się tedy, że jest (Bóg – przyp. aut.), bez wahania – przekonywał optymistycznie Pascal w "Myślach".

Niestety wielki matematyk nie potrudził się jeszcze o podołanie jednemu zdaniu. Mianowicie opracowaniu sposobu, w jaki mogliby ludzie, przy użyciu logiki, budzić w sobie szczerą wiarę w najbardziej korzystny pakiet światopoglądowy. To okazuje się najtrudniejsze i nie dotyczy jedynie kwestii religijnych. W dzisiejszych, coraz bardziej zsekularyzowanych czasach, od życia wiecznego o wiele większe emocje (o zainteresowaniu nie wspominając), budzi życie doczesne. Zwłaszcza wszystko, co kręci się wokół polityki i głównych nurtów ideowych, potrafi rozpalać ludzi do białości. Najbardziej tych szczerze wierzących w jakiś pakiet światopoglądowy. Siła owej wiary miewa wymiar niegdyś przypisany jedynie kwestiom religijnym. Natomiast granice pakietów, zwłaszcza w Polsce, są dość jasno wytyczone. Za dużo by pisać o ich zawartości, bo w kwestii codziennego spokoju ducha i wynikającego z tego komfortu, najważniejsze są związane z ową zawartością lęki.

To one właśnie najbardziej dotykają w Polsce pechowców, których da się scharakteryzować słowami: postępowy lewicowiec, liberalny w kwestiach obyczajowych. Tak osoba powinna w te wakacje już przy śniadaniu ograniczyć się do czytania starych książek. Najlepiej bardzo pozytywnie nastawionych do życia autorów w stylu Astrid Lindgren. Pozostać przy nich przy obiedzie, a przede wszystkim kolacji, bo nieprzespane noce, połączone z kłopotami trawiennymi, są najgorsze.

Takie zagrożenie stwarza każdy kontakt z mediami preferowanymi przez "obóz postępu". Pół biedy jeśli mowa o lęku, że w nadchodzących wyborach PiS weźmie większość konstytucyjną, wprowadzi faszystowską dyktaturę, a jednocześnie wyprowadzi Polskę z Unii Europejskiej. Po tym, jak się pamięta z dzieciństwa stan wojenny, przeżyło przygnębiające lata 80., przetrwało balcerowiczowską transformację gospodarczą i bezrobocie lat 90., reformy Buzka, Leszka Milera na stanowisku premiera, kohabitację Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem, światowy krach po 2008, sejmowe przemowy Jarosława Kaczyńskiego i Annę Zalewską naprawiającą system edukacji, to coraz trudniej przejmować się polską sceną polityczną. "Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki" – mawiali w takich momentach mieszkańcy PRL. Najzabawniejsze, że mieli rację.

No ale jak przeżyć apokalipsę?

Wprawdzie zaplanowana jest na rok 2050, lecz ze śniadaniowej lektury mediów "postępowych" wynika, iż dożyją jej jedynie najwięksi pechowcy. Każdy kolejny rok codziennej egzystencji będzie bowiem przynosił nasilający się ból istnienia. Przestanie on być jedynie psychiczny. Polaków na północy czeka zalanie przez Bałtyk. Śmierć za sprawą utonięcia trudno uznać za fajną. Polakom na południu szykują się duszące upały, powodzie, trąby powietrzne, brak wody i głód. W sumie trudno się zdecydować, czy lepiej umrzeć z głodu, czy od poparzenia słonecznego. Tych w środkowej Polsce czeka styczność z gigantycznymi, afrykańskimi kleszczami, komarami tygrysimi z Azji, boreliozą, malarią, wirusem dengi (eboli jeszcze nie ma w planach ale też by się przydała).

To z kolei skłaniałoby do zastanowienia, czy jednak nie lepiej wybrać się nad Bałtyk i utopić. Na ten cudowny pakiet piekielnych mąk nakłada się obowiązek wiary w niepodważalną mądrość szwedzkiej szesnastolatki Grety Thunberg, bo wie jak ocalić świat i Polaków. Europejska tradycja pojawiania się w czasach wielkich katastrof świętych dziewic (przeważnie nastoletnich), znających prawdy objawione, jest bardzo stara i sięga czasów przedchrześcijańskich. Nagle dziś, będąc oddanym nauce ateistą, jest się zmuszanym przez media do przełknięcia przy śniadaniu nowoczesnej wersji Joanny d'Arc. I to w sposób absolutnie bezkrytyczny. Wszelki krytycyzm, polegający na wątpieniu, że nastolatka z warkoczykiem, potrafi trafne wskazywać, jak dobrze przeorganizować świat, uznawany jest za herezję. Politycy, nie chcący skończyć jako heretycy, nadskakują jej więc bez opamiętania. Niezwykle przypominając otoczenia króla Karola VII, gdy ówczesne elity, zmuszone wielbić publicznie Joannę d'Arc, w duchu szczerze życzyły jej, jak najszybszego końca na stosie.

W tym samym czasie polski prawicowy konserwatysta, żyjąc w swej medialne bańce (bo obie strony unikają zaglądania do wrogich mediów), może sobie poczytać o tym, że trwające ocieplenie klimatu, nie jest związane z emisją dwutlenku węgla. Poza tym po ociepleniu, z racji obniżenia aktywności słońca, za jakieś dziesięć lat, zacznie się ochłodzenie. Natomiast wieszczona apokalipsa to spisek: ekologów, przekupnych naukowców, lewicowych dziennikarzy, postępowych polityków oraz niemieckich koncernów produkujący turbiny wiatrowe.

Oczywiście prawica ma własny zestaw lęków, lecz jest on bardzo optymistyczny, bo na każdy znaleźć można jakieś lekarstwo. Ideologia LGBT naciera, lecz powstrzyma się ją "anty-tęczowymi" naklejkami. Niemcy wciąż knują, ale pogoni się ich reparacjami wojennymi. Europę zaleją Afrykanie i muzułmanie, jednak gdy na granicy postawi się zasieki oraz karabiny maszynowe, to do Polski nie przejdą. O tak pozytywnej nadziei, że PiS wygra wybory i weźmie większość konstytucyjną, nie ma nawet co wspominać.

Jednym słowem lektura prawicowym mediów podczas śniadania ułatwia trawienie i potrafi od razu zrobić czytelnikowi cały dzień. Zgodnie z logiką "zakładu Pascala" warto więc wykształcić w sobie szczery prawicowy konserwatyzm. Dzięki temu zyskuje się w wakacje miłe życie codzienne w spokoju i pogodzie ducha, z nadzieją na życie wieczne. Postępowcom na pociechę można jedynie powiedzieć, że jeśli wieszczona apokalipsa nadejdzie, to przed samą zagładą mają szansę wygłoszenia sakramentalnego – "A nie mówiliśmy!". Każdy, kto miał okazję tego doświadczyć wie, iż niewiele rzeczy w życiu doczesnym daje więcej satysfakcji.