Dziennik Gazeta Prawana logo

Detwitteryzacja polityki. Po spotkaniu w realu odrobinę trudniej się nienawidzić [OPINIA]

30 sierpnia 2019, 17:32
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Internetowy troll
Internetowy troll/Shutterstock
D ebata publiczna w Polsce zamieniła się – zresztą naśladując trendy światowe, wyznaczane głównie przez prezydenta USA Donalda Trumpa – w niekończącą się serię kąśliwych kłótni na Twitterze.

Platforma mająca służyć wymianie myśli zamieniła się w pole bitwy. Za jej pomocą politycy, intelektualiści i dziennikarze nasyłają na wrogów armie wiernych sobie trolli i z rozkoszą przyglądają się "zaorywaniu" (oraz rosnącym zasięgom). Napięcie rośnie, konflikty się zaogniają. Ostudzić je może… zwarcie bezpośrednie. Spotkanie w realu.

Takie zwarcie nie może odbyć się w Sejmie. Izba to element politycznego teatru, w którym każdy musi grać role niestrudzonych bojowników o "najmojsze" racje. Na prawdziwą rozmowę nie ma tam miejsca. Co innego kongresy i fora ekonomiczne. Odbywają się ona zazwyczaj za zamkniętymi, a co najwyżej półotwartymi drzwiami i w luźnej atmosferze. Zjeżdżają na nie politycy, dziennikarze oraz intelektualiści z różnych parafii światopoglądowych. Nie ma tam trolli (zazwyczaj), karmiących się inwektywami oraz z rewolucyjną czujnością pilnujących, by ich pupil nie podał ręki "mordzie zdradzieckiej" bądź przedstawicielowi "watahy". Dzięki temu wrogowie mogą od forumowego święta spotkać się twarzą w twarz. Więcej! Na jednym panelu dyskusyjnym, bankiecie czy w przerwie na kawę redaktor "Gazety Polskiej" może porozmawiać z publicystą "Newsweeka", nie domyślając się z początku, z kim ma do czynienia. Potem, gdy się już sobie przedstawią i poznają o sobie tę straszliwą prawdę, odrobinę trudniej będzie się im nienawidzić. Dlatego chociaż fora i kongresy – przynajmniej ich oficjalne części – wyglądają na niezobowiązujące pogaduszki, to owo gadu-gadu łagodzi, a przynajmniej potencjalnie może łagodzić polityczne obyczaje.

Bezpośrednia rozmowa i podanie sobie ręki naprawdę działają cuda i godzą ze sobą przeciwników. Świadkiem historia. W Wigilię 1914 r. na zachodnim froncie I wojny światowej doszło do niezwykłej sytuacji – alianccy i niemieccy żołnierze nie tylko zawiesili ogień, lecz nawet zaczęli się bratać. Niemcy dali Brytyjczykom piwo, Brytyjczycy Niemcom pudding. Rozgrywano mecze piłkarskie. Rozejm przeciągnął aż do Sylwestra.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj