Na razie, wraz z ocieplaniem się klimatu na Ziemi (czemu nie sposób już zaprzeczyć), strach dostrzec można jedynie wśród pewnych grup. Boją się naukowcy zajmujący naukami przyrodniczymi i zmianami klimatycznymi, aktywiści organizacji ekologicznych, uczestnicy Marszów Klimatycznych, na pewno szczerze boi się Greta Thunberg. Jednak większość mieszkańców krajów wysokorozwiniętych (bo to ich obywatele biorą udział w publicznej debacie tyczącej się efektu cieplarnianego), nie wykazuje objawów paniki.

Paradoksalnie, dopóki taki stan rzeczy się utrzymuje, istnieje szansa na racjonalne zachowanie społeczeństw i rządów. Jeśli wzrost średniej temperatury będzie nadal postępował (a wszystko wskazuje na to, że będzie) cała ludzkość stanie przed jednym z największych wyzwań w historii. W takich momentach bardzo istotne jest zachowanie jasności myślenia i nie uleganie emocjom. Wówczas udaje się minimalizować straty, a przede wszystkim osiągać cele służące wspólnemu dobru.

Co starsze osoby być może jeszcze pamiętają termin "dziura ozonowa". Dziś najżywszy jest dla miłośników teorii spiskowych, wpisujących ją na długą listę odwiecznych knowań: Żydów, masonów, wielkiego biznesu, Klubu Bilderberga i jezuitów. W realnym życiu narodziła się za sprawą wejścia po II wojnie światowej do powszechnego użyci freonów. Ta grupa gazów sprawiła, że od początku lat 80. ubiegłego stulecia stężenie ozonu w atmosferze zaczęło gwałtownie spadać. Znikniecie jego warstwy oznaczałoby brak ochrony przez promieniowaniem ultrafioletowym, zabijającym wszystkie żywe istoty, nie potrafiące zapewnić sobie schronienia.

Dwie dekady przed końcem stulecia w mediach narastała panika, co nie przekładało się jednak na zachowanie całych społeczeństw. Zaś międzynarodowa wspólnota sprostała wyzwaniu. Dzięki Protokołowi Montrealskiemu, do którego po roku 1987 przystąpiło 160 państw, udało się sukcesywnie wyeliminować z użycia 95 substancji niszczących ozon. Dziś badacze oceniają, iż wielka dziura ozonowa, rozciągająca się na przełomie stuleci nad niemal całą Arktyką zniknie zupełnie za około czterdzieści lat. Natura, gdy dano jej święty spokój, sukcesywnie leczy rany i wraca do stanu równowagi.

Fakt, że ograniczenie emisji dwutlenku węgla oraz niwelowanie innych szkód wyrządzanych środowisku przez cywilizację będzie o wiele trudniejsze, lecz technologicznie i organizacyjnie jest to już w zasięgu ręki. Wymaga jednak czasu, wysiłku i racjonalnych działań. Tymczasem śledząc otoczkę, towarzyszącą nowojorskiemu szczytowi klimatycznemu ONZ, coraz wyraźniej widać, iż politycy, intelektualne elity i media uważające się za "postępowe" poczuły, że najwięcej ugrają na podsycaniu lęku. Jak to zwięźle ujęła Greta Thunberg: "chcę, żebyście wpadli w panikę. Chcę, żebyście panikowali, jakby wasz dom się palił”. Słowa szwedzkiej nastolatki, którą wykreowano na symbol walki ze zmianami klimatu, mogą wkrótce stać się ciałem, bo właściwe zarządzanie strachem daje władzę.

Ostatnio dowiedli tego populiści, osiągając tak wielki sukces dzięki wskoczeniu na grzbiet fali wzbierających w społeczeństwach lęków. Sprzyjał im strach przed islamskim terroryzmem, wielkimi falami uchodźców ciągnącymi z Afryki oraz Bilskiego Wschodu, ale też lęki przed coraz głębszą pauperyzacją i brakiem perspektyw.

Dotychczasowe elity robiły wszystko, by narastające problemy ignorować, więc traciły społeczne zaufanie. Masowa utrata poczucia bezpieczeństwa dała szansę populistycznym politykom sięgnąć po realną władzę. Jednak wśród obaw, jakie podsycali i wykorzystywali, jedną ignorowali lub dezawuowali w stylu starych elit. Dla populistów strach przed ociepleniem klimatu był "lewicowym wymysłem" lub wręcz spiskiem tych, którzy ciągnęli zyski z narzucanych przez rządy rewolucji technologicznych. Czego sztandarowym przykładem jest fobia na punkcie odnawialnych źródeł energii.

Prąd z elektrowni wiatrowych okazywał się ideowo obcym w odwrotności od prądu z elektrowni węglowych. Kto nie wierzy, niech przypomni sobie polityczne decyzje Donalda Trumpa w kwestii reaktywacji wydobycia węgla kamiennego w USA, czy absurdalną "antywiatrakową" ustawę, jaką na samym początku rządów zafundował Polsce PiS. Tymczasem z roku na rok jest coraz bardziej gorąco i sucho, a pogoda obfitujące w anomalie. Każdy to widzi i nawet najbardziej zręczni populiści nie mogą już temu zaprzeczać. Społeczne lęki, które dla siebie zaanektowali to kaszka z mleczkiem wobec strachu przez nadciągającą zagładą.

Pierwszym z przywódców, który dostrzega, jakie daje on możliwości, zdaje się być Emmanuel Macron. Prezydent Francji jest na scenie politycznej niezwykłą hybrydą. Z jednej strony to skończony populista, w niczym nieustępujący na tym polu Trumpowi. Z drugiej - dzięki temu, że wziął na swe sztandary hasła postępu oraz obrony demokracji - stał się idolem dla starych elit. W każdym kraju, gdzie populiści mieli szanse wygrać wybory, stare elity wznosiły w stronę niebios modły o zesłanie "naszego Macrona" (zaledwie dwa lata temu te modlitwy szczególnie głośno były słyszane nad Wisłą). Potem gwiazda idola mocno wyblakła z racji oporu Francuzów, jaki tężał przeciw ordynowanym przez Macrona reformom.

Jednak ten potrafi uczyć się na błędach. Szybkiego wyjścia z chorób trapiących V Republikę nie ma szansy znaleźć. Za to może zaoferować obywatelom coś więcej. Czym bowiem jest codzienna pauperyzacja wobec walki o ocalenie całego świata. Choć, aby to miało realne znaczenie, ludzie najpierw muszą zacząć się panicznie bać. Każda fala upałów, wielki huragan, emocjonalne wystąpienie nowej Joanny D’Arc - Grety Thunberg i medialne histerie, pchają obywateli w stronę paniki.

Macron oraz inni politycy, chcący wskoczyć na szczyt tej fali, muszą jedynie ją wspierać oraz dbać o nieustanne dawanie świadectw swej "ekologiczności". Licytacja już trwa, bo deklaracje w sprawie likwidacji elektrowni węglowych i rozwijania OZE spowszedniały. W kolejce do zamknięcia stają elektrownie atomowe (we Francji na początek 14 reaktorów), choć jest to czystym absurdem, bo nie emitują ani dwutlenku węgla ani żadnego innego gazu cieplarnianego. Jednak dla ruchów ekologicznych od pół wieku są symbolem zła, więc mają przechlapane.

Nadal to tylko początek. Likwidację energii atomowej da się przelicytować likwidacją zwierząt hodowlanych. Wydzielany przez nie metan przecież potęguje efekt cieplarniany. Choć jeszcze skuteczniejsze może się okazać powstrzymywanie ludzi od rozmnażania. Acz przecież nic tak nie zmniejszy emisji CO2 jak radykalne zmniejszenia pogłowia ludzi na świecie. Że niby absurd? Żaden absurd tylko połączenie pseudonauki z żądzą władzy.

Ten toksyczny związek ludzkość przerabiała kilka razy. Fani teorii Roberta Malthusa alarmującej, że nadmierny przyrost naturalny zniszczy cywilizację, tak długo podsycali przed tym lęki, aż politycy w XIX w. z premedytacją przestali ingerować w klęski głodu. Traktując pomoc obszarom nimi objętymi jako szkodliwe zapobieganie naturalnej "samoregulacji". Za sprawą maltuzjanistów z partii Torysów między rokiem 1845 a 1849 na odciętej od świata Irlandii zmarło z głodu 1,5 mln ludzi. Jeszcze większe triumfy pół wieku później święcili eugenicy, fanatycznie wierząc, że nowoczesne państwa muszą stworzyć prawa promujące "eugenes" (z greckiego „dobrze urodzonych”). Inaczej ci głupsi, ociężali umysłowo, chorzy psychicznie, lepiej mnożąc się od jednostek wybitnych, zdominują świat. Wiara w to na początku XX w. stała się powszechną, a lęk narastał.

Nikt nie protestował, gdy kolejne kraje wprowadzały zasady eugeniki do swego prawa. Rzeczą normalną stała się przymusowa sterylizacja ludzi niedorozwiniętych umysłowo oraz chorych psychicznie. Po nich zajęto się: włóczęgami, bezdomnymi, prostytutkami, a nawet epileptykami. Wreszcie na wszelki wypadek sterylizowano też dzieci osób niedorozwiniętych umysłowo. W końcu Adolf Hitler zalicytował wyżej i sterylizację zamienił na likwidację. Ale nawet jego w popełnianiu zbrodni w imię rzekomo naukowych racji, potrafili przelicytować komuniści. Wszystko dla dobra ludzkiej cywilizacji, bez baczenia, że lekarstwa okazywały się gorsze od choroby. Dlatego trudno nie zgodzić się z myślą Franklina D. Roosvelta, który stając do walki z Wielkim Kryzysem, w orędziu do Amerykanów inaugurującym jego prezydenturę, oświadczył: "Przede wszystkim pozwólcie, że potwierdzę moje mocne przekonanie, że jedyną rzeczą, której musimy się bać, jest sam strach".