Dziennik Gazeta Prawana logo

"Programy socjalne powinny dawać ludziom wędkę, uczyć, jak jej używać i dopiero potem mówić: radź sobie dalej sam"

Ludzie ulica Warszawa
Ludzie ulica Warszawa/Shutterstock
W polityce rządu powinno być miejsce dla programów socjalnych. Tyle że powinny dawać ludziom wędkę, uczyć, jak jej używać i dopiero potem mówić: radź sobie dalej sam - mówi w rozmowie z DGP Elżbieta Mączyńska, profesor nauk ekonomicznych, kierownik Zakładu Badań nad Bankructwami Przedsiębiorstwa w SGH, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

DGP: W sierpniu rząd zapowiedział, że budżet na 2020 r. będzie „bez deficytu”. Ucieszyło to panią?

Elżbieta Mączyńska: Moja reakcja była ambiwalentna. Ze zrównoważonym budżetem sprawa wcale nie jest taka jednoznaczna.

Jak to? Przecież oznacza ograniczenie zadłużania się państwa.

Tak i to może być oczywiście pozytyw. Ale pytanie, jak się do tego „braku deficytu” dochodzi. Wybitny, chociaż dzisiaj już trochę zapomniany, ekonomista brytyjski John Kenneth Galbraith przestrzegał przed budżetowym prymitywizmem. Wydatki państwa nie są jednorodne. Galbraith sugerował – i to jest także mój postulat – by wydatki budżetowe jasno dzielić na trzy części: sztywne, instytucjonalne i prorozwojowe. Udział tych pierwszych, czyli określanych ustawami i niepodlegających doraźnym zmianom, powinien być możliwie niski.

W Polsce wydatki sztywne stanowią ok. 60 proc.

I to jest problem. To za dużo. Im więcej sztywnych wydatków, tym mniejsze pole manewru w bieżących działaniach państwa i racjonalizacji długookresowej polityki, np. mniejsza możliwość reagowania na nagłe kryzysy czy inne zjawiska niepożądane. Z kolei wydatki na instytucje państwa powinny mieć taki wymiar, by zapewnić wysoką jakość usług świadczonych obywatelom – od finansowania edukacji, sądownictwa, po ochronę zdrowia. Jednak nie powinny one rosnąć szybciej niż PKB. Natomiast wydatki na inwestycje prorozwojowe to te pobudzające rozwój społeczno-gospodarczy, koniunkturę. Jak twierdzi Galbraith, za ich redukowanie powinno się karać.

Karać?

Owszem. Cięcia wydatków prorozwojowych szkodzą i gospodarce, i ludziom. Z tej perspektywy, wracając do projektu polskiego budżetu na 2020 r., problem wygląda tak, że w rzeczywistości nie wiemy, które wydatki w polskim budżecie należą do jakiej kategorii. Mamy pomieszanie z poplątaniem. Sztywne wydatki na poziomie 60 proc. to zaledwie szacunki. Nie wiemy więc, czy budżet bez deficytu będzie działaniem pro- czy antyrozwojowym.

Pytam o budżet, by dowiedzieć się, czy ekonomiści w ogóle mają politykom w tej kwestii do powiedzenia coś, czego ci drudzy chcieliby słuchać? Choć planowanie wydatków jest jednym z najistotniejszych działań rządu, wydaje się, że proces ten jest podporządkowany czynnikom politycznym, a nie merytorycznym.

I to jest wielka bolączka kolejnych ekip rządzących w Polsce, że ekonomistów o zdanie pyta się nieczęsto. Efektywność nie ma elektoratu. Dominują interesy partyjno-wyborcze. Politycy nie zawsze przy tym wiedzą, o co mogliby zapytać. Wielu z nich brakuje elementarnej wiedzy na temat finansów państwa. Myślenie o budżecie trzeba uporządkować, wprowadzić do niego fundamentalne obserwacje, jak np. tę, że wydatek wydatkowi nierówny. Jeśli zwiększy pan swoje wydatki, chodząc do restauracji i pijąc tam drogie wina, będzie to miało inny skutek dla pańskiego dobrobytu, niż gdy wyda pan te pieniądze na zakup laptopa służącego zarobkowaniu. Podobnie jest z wydatkami państwa. Dlatego deficyt nie zawsze jest złem. Ważne, czym jest spowodowany.

I na szczęście już dzisiaj wiadomo, że projekt budżetu bez deficytu nie będzie raczej wykonany.

Istotne jest jednak to, czy ewentualny wzrost wydatków będzie miał charakter prorozwojowy. W Polsce, gdy pojawia się deficyt, to często dlatego, że ktoś postanowił spełnić niekoniecznie sensowne obietnice wyborcze. A gdy go redukujemy, to – by użyć słów Marka Belki – na zasadzie małpy z brzytwą, czyli tnąc bez namysłu, bez oceny następstw. Kiedyś, za premiera Tuska, rekomendowano obcięcie wydatków wszystkich ministerstw o 10 proc. Absurd! Przecież każde ministerstwo ma działy wymagające dofinansowania oraz działy, które można redukować. Zwiększanie wydatków i ich cięcia wymagają analizy ekonomicznej z uwzględnieniem następstw społeczno-gospodarczych.

Przecież rządy zatrudniają ekonomistów, ekspertów, doradców. Na próżno?

Tak, zatrudniają. Ale nie tyle po to, by opracowywali dobrą politykę gospodarczą, lecz przede wszystkim po to, żeby pomagali w realizowaniu pomysłów danego rządu. Niestety u nas nie ma eksperckich ciał doradczych, które funkcjonowałyby ponad podziałami, w pełni niezależnie od układu politycznego. Są ludzie zatrudniani przez ekipę A i zwalniani przez ekipę B, a nie ma ponadrządowych krajowych ośrodków myśli strategicznej działających na rzecz trzymania polityki blisko spraw merytorycznych, bez względu na to, kto jest u władzy.

W innych krajach są?

Oczywiście. Dzisiaj wzorem pod tym względem są Chiny, które zadziwiają świat umiejętnością patrzenia 50 lat naprzód.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W INTERNETOWYM WYDANIU "DGP">>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj