Magdalena Rigamonti: Liczy pan?
Tomasz Grodzki: Dni? Ile to już trwa? O to chodzi? Z mniejszym lub większym natężeniem od 12 listopada. Od dnia, kiedy zostałem marszałkiem Senatu. Codziennie. Saga o marszałku Grodzkim, oczernianie, kłamstwa, wymysły.

Reklama

Ponad połowa Polaków uważa, że marszałek Grodzki brał łapówki - to sondaż Wiadomości.
To jest taka sytuacja, jak ja bym powiedział, że dwadzieścia lat temu chciałem udzielić pani wywiadu i dałem pani za to 10 tysięcy złotych. I co pani zrobi, żeby udowodnić, że tak nie było? Pozwie mnie pani? I co dalej? Proszę sobie wyobrazić ten absurd. Przypomnę, że były takie czasy, kiedy sto procent propagandy szło na wmawiane ludziom, że socjalizm jest najlepszym ustrojem. I co? Wszystko skończyło się w 1989 roku. Nas, Senat, ludzie nazywają przylądkiem dobrej nadziei. To z jednej strony ogromne zobowiązanie, odpowiedzialność, a z drugiej gotowość do poniesienia pewnych ofiar.

I pan chce być tą ofiarą?
Ja już w pewnym sensie jestem. Doświadczam tego, czego wielu ludzi w Polsce już doświadczało. Doświadczam nienawiści, zorganizowanego hejtu tak, jak w większym stopniu doświadczał Paweł Adamowicz czy ksiądz Jerzy Popiełuszko.

Aż tak się pan porównuje?
Nie porównuję się. Ale jak pani sobie przypomni, co wypisywano w propagandowych mediach innej władzy na temat księdza Jerzego, co wypisywano, mówiono na temat Adamowicza już w czasie rządów PiS, to można znaleźć analogie. Kto sieje wiatr zbiera burzę. I takie sianie nienawiści wobec mnie, oczernianie mnie, może oczywiście wyzwolić jakieś mordercze zamiary u ludzi nienormalnych, niezrównoważonych.

Ma pan ochronę.
Mam, z urzędu. I czuję się z tym dobrze. Uważam, że ochrona ważnych polityków w państwie jest koniecznością.

Bo boi się pan o własne życie?
Nie patrzę na to w ten sposób.

Jest pan mężem, ojcem dwóch córek.
Jestem nawet dziadkiem. Jednak słowo "boję się" nie jest chyba tu właściwe. Nie chciałbym po prostu, żeby mnie jakiś wariat zaatakował. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że zająłem zamiast premiera Tuska zaszczytne miejsce wroga publicznego numer 1.

Tyle, że Donald Tusk, to jest zaprawiony w bojach polityk, a pan do tej pory był jedną kadencję szeregowym senatorem i lekarzem i zwykle u ludzi budził pan wdzięczność, bo ratował pan ich życie.
Zdaję sobie sprawę, że te wszystkie działania skierowane przeciwko mnie są obliczone na to, żeby się mi się coś stało zdrowotnie, na to, że albo mi pęknie jakieś naczynko w głowie albo dostanę zawału, albo popadnę w jakąś depresję. Mam złą wiadomość dla tych wszystkich, którzy na to liczą. Gdybym nie miał poczucia misji do spełnienia w Senacie, to może by to zadziałało. Proszę pamiętać, że jestem chirurgiem, chirurgiem klatki piersiowej. Przeprowadzam operacje, w których podczas dziesięciu sekund można chorego stracić.

Serce widać?
Pewnie, że widać. Naczynia krwionośne są grubości dwóch kciuków i jak takie naczynie pęknie, to albo złapie się tę dziurę albo klatka piersiowa zamienia się w czerwone morze krwi i anestezjolog mówi, że mu ciśnienie zniknęło. To nie są żarty, to nie są podchody. To jest walka na śmierć i życie. I trzeba zachować emocje na wodzy, bo to jest jedyny sposób na uratowanie chorego. I jeszcze jedna zła wiadomość dla tych, którzy uruchomili mechanizm zniszczenia mnie. Kiedyś jeden profiler przygotował mój profil i powiedział, że jestem jak ryba głębinowa - im większe ciśnienie, tym lepiej pływam. Tu, w Senacie, w polityce, jak pani widzi też staram się swoje emocje trzymać na wodzy. Choć ludzie, z którymi pracuję twierdzą że są momenty, kiedy powinienem zwyczajnie przypier...

Przecież pan, jako lekarz wie, że to tak łatwo nie spływa, że ciało na to reaguje, umysł też, że się kumuluje...
I co mi pani radzi w związku z tym? Bardzo dobry jest ruch.

Biega pan, jak Donald Tusk?
Nie, gram w tenisa i jeżdżę na nartach. Może nie tak dobrze, jak prezydent Duda, ale zawsze.

Widzę, że pan z nim konkuruje.
Wręcz przeciwnie. Widać to na nagraniach z uroczystości 30-lecia Naczelnej Izby Lekarskiej w Teatrze Polskim. Był prezydent Duda. Byłem i ja. On dostał niemrawe oklaski, ja owacje na stojąco. Prezydent się tak wkurzył, że nie został na części artystycznej. Natomiast jego kancelaria zniżyła się do taniego chwytu - pokazała takie zdjęcia, jakby mnie tam nie było. Mnie to się, jak mówią dawni milicjanci, w pale nie mieści. To wszystko, co się dzieje, to skoordynowana operacja w celu odzyskania Senatu przez armię PIS-u. To nie jest atakowanie mnie, Tomasza Grodzkiego. To jest atakowanie trzeciej osoby w państwie.

Kto koordynuje tę operację?
Nie wiem, czy to są ludzie prawdziwi, czy to są jakieś awatary, czy oni istnieją, czy byli kiedykolwiek naszymi pacjentami. Nie mam o tym pojęcia. Jedno jest pewnie, że jest kilka osób, które rozpowszechnia na mój temat nieprawdziwe informacje. Będą musieli to, co mówią na mój temat, udowodnić przed sądem. I wspomóc hospicjum dla dzieci w Szczecinie.

Reklama

Już pan wie, że pan wygra?
Mam czyste sumienie. I relacje armii pacjentów. Ci ludzie są gotowi poświadczyć, jak było naprawdę. Że nikt od nich nie brał pieniędzy, że byli leczeni, że jak przyjeżdżałem w nocy z Senatu, to przychodziłem kontrolować, co się dzieje na oddziale. Dotąd etyka lekarska nie pozwalała mi sięgać po ich relacje, bo obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Jednak teraz ci ludzie się sami zgłaszają, sami chcą dawać świadectwo. Nikogo o to nie prosiłem, do niczego nie zmuszałem, nie zabiegałem o żadną obronę. Mam nagranie, które jest dowodem na to, że proponowane były pieniądze człowiekowi, dokładnie 5 tys. zł, za to żeby publicznie mnie oczernił, żeby powiedział, że brałem łapówki.

Kto proponował?
Nie wiem, czy dziennikarz, czy agent naszych służb czy agent obcych służb. Na pewno sprawa nadaje się do ABW. Mam nagranie pod imieniem i nazwiskiem. Nie anonimowe. To nie jest żaden pan Romuald czy Krzysztof, tylko konkretny człowiek. W dodatku powstaniec warszawski, człowiek honoru.

Sam się do pana zgłosił?
Nie, zadzwonił do szpitala w Szczecinie. Rozmawiał z jednym z moich kolegów. A kto to wszystko koordynuje... To są spekulacje. Wiadomo, że tropy prowadzą na Nowogrodzką, do siedziby PiS. Telewizja PiS-owska jest realizatorem tej operacji. A Polskie Radio Szczecin jest producentem sfabrykowanych informacji na mój temat. Jak mówią plotki, koledzy z PiS-u dostali zadanie odzyskania Senatu jak najszybciej. Jak widać, metody są nieważne. Pozwę wszystkich tych, którzy mnie oczerniają.

Prof. Papiela mówiła, że musiała dać 500 dolarów za operację swojej mamy.
Najpierw mówiła, że musiała dać, potem, że to w zasadzie było po operacji, a potem, że czuła presję psychiczną i musiała wpłacić 500 dolarów.

Wpłaciła? Zna ją pan?
Kompletnie nie pamiętałem ani prof. Popieli ani jej mamy, którą operowałem 21 lat temu. Dopiero, kiedy zajrzałem w opisy operacji, to byłem w stanie znaleźć dane pacjentki. Nie przypominam sobie kontaktu z panią prof. Popielą, choć oczywiście jako córka pacjentki mogła ze mną rozmawiać. Inni ludzie, inne przypadki są mi kompletnie nieznane. Jeśli oni się odanonimizują, czyli pokażą swoje twarze i nazwiska, zostaną przeze mnie podani do sądu. Tak zresztą, jak Tomasz Duklanowski z Polskiego Radia Szczecin, który to wszystko montuje. Znam jego kuzyna i jego wujka. To są moi koledzy z Rady Miasta w Szczecinie, z okresu, kiedy byłem radnym. Byli w PiS, spór był ostry, ale współpracowaliśmy. Jego kuzyn słynął z rozmaitych manipulacji. Wrzucał jakąś bzdurę na FB, a jak go ludzie atakowali, to kasował wpis i lamentował. Sam pan Dulkanowski z Radia Szczecin był wcześniej wyrzucony z Jedności, gazety Solidarności Pomorza Zachodniego. Gdyby pani porozmawiała z Mieczysławem Jurkiem, przewodniczącym zachodniopomorskiej Solidarności, to dowiedziałaby się pani więcej na temat pana Dulkanowskiego.

Będzie pan pozywał jako osoba prywatna?
Pozwy podpisuję swoim nazwiskiem: Tomasz Grodzki. I szczerze powiem, że nie wiem, czy marszałek jako instytucja może pozywać. Choć to, co się dzieje, ten atak, to oczernianie, jest obliczone na odbicie Senatu przez PiS. Przypomnę, że przez 36 lat swojej praktyki lekarskiej nie miałem najmniejszej skargi dotyczącej zachowań nieetycznych, czy tym bardziej korupcyjnych. Kiedy byłem zwykłym szeregowym senatorem również nic takiego się nie zdarzyło. Natomiast w momencie wyboru na marszałka, w ciągu trzech dni pojawiło ponad trzydzieści negatywnych opinii na mój temat. Traktuję to więc jako atak na funkcję marszałka Senatu i na cały Senat.

A nie na służbę zdrowia?
Nie, nie na służbę zdrowia. Jestem przekonany, że gdyby na moim miejscu był ktokolwiek inny z demokratycznie wybranej większości, to również byłby, pewnie w innych aspektach atakowany.

Płacenie lekarzom, pielęgniarkom za to, by ich bliscy mieli w szpitalu lepszą opiekę - to jest coś w rodzaju wspólnego doświadczenia Polaków.
A ja wprowadziłem cykl szkoleń dla lekarzy i pielęgniarek dotyczących zachowań antykorupcyjnych. Słynąłem też z tego, że na Pomorzu Zachodnim, razem z dr Kozakiem z Gryfic, wprowadziliśmy system kontraktów lekarskich, po to, żeby ludzie godnie zarabiali, żeby nie musieli się ubiegać o jakieś nielegalne gratyfikacje. Byliśmy w tym pionierami. Ponadto, jako pierwszy dyrektor szpitala na Pomorzu Zachodnim, a nie wiem czy nie pierwszy w Polsce, zaprosiłem do szpitala prokuratora Prokuratury Okręgowej, żeby opowiedział lekarzom i pielęgniarkom, kiedy zaczyna się korupcja, a kiedy jest to zwyczajowe podziękowanie.

Kiedy jest zwyczajowe podziękowanie?
Kwiaty, bombonierka - to jest zwyczajowe podziękowanie i to się zdarza dość często. Paradoksalne jest to, że jeszcze niedawno PiS-owscy politycy chcieli, żebym został ministrem zdrowia w ich rządzie. Nawet dwa razy. Raz, gdy odwoływano Konstantego Radziwiłła, drugi raz w okolicach ostatnich wyborów. Przecież musieli mnie sprawdzić, skoro proponowali takie stanowisko. Proszę zwrócić uwagę na inny aspekt tej sprawy, na to, jak wyglądają kadry PiS-u w zakresie służby zdrowia, skoro chcieli mnie, opozycyjnego polityka przekupić stanowiskiem. Oni wiedzą, że sytuacja w służbie zdrowia pogarsza się z dnia na dzień. To pani powie każdy lekarz, każdy SOR-owiec, każda pielęgniarka i pacjenci. Ministerstwo zdrowia popadło w pewien letarg i nawet nie udaje, że chce cokolwiek naprawiać. To mnie skłania do decyzji, by w Senacie, przy Komisji Zdrowia powołać ciało, które na poważnie popracuje nad realną reformą ochrony zdrowia.

Czyli pan, tu w Senacie chce budować alternatywny rząd.
Nie, nie rząd. Ale nie mogę bezczynnie patrzeć na to, co się dzieje w szpitalach, w całej służbie zdrowia. Szlag mnie trafia. I skoro mam możliwości, mogę działać, próbować naprawiać państwo w różnych dziedzinach. Powiem szczerze, że decydując się na przyjęcie stanowiska marszałka Senatu, zrobiłem sobie rachunek sumienia.

Na kartce czy w myślach?
W myślach. Wystarczyło mi wyobraźni na to, żeby wiedzieć, że będę wściekle atakowany. Nie myślałem, że aż tak, nie sądziłem, że w tak okropny sposób, ale przecież zdawałem sobie sprawę, że lekarza najłatwiej jest oskarżyć o łapówkę Zrobiłem ten rachunek i dopiero, kiedy wypadł pozytywnie, to zdecydowałem się przyjąć proponowaną mi funkcję.

Były tam jakieś punkty zapalnie, czy uznał pan, że jest krystaliczny?
Socjologowie i spece od polityki mówią mi, że jak się temat łapówek skończy, a skończy się zaraz, bo to jest wszystko ukręcona sprawa, to zacznie się montowanie na mnie jakiś spraw obyczajowych, potem zrobią ze mnie alkoholika, bo przecież wszyscy lekarze piją, a potem handlarza organami ludzkimi do Chin, bo przecież zajmowałem się transplantologią. Spodziewam się różnych rzeczy. Niestety, świadczy to tylko o tym, że jakość prowadzenia życia politycznego w Polsce jest pod zdechłym Azorem. Jedną z moich misji jest, żeby to zmienić. Polska to jedyny kraj, który od wielkiej potęgi drogą autodestrukcji przy pomocy nieżyczliwych sąsiadów doszedł do tego, że na 123 lata zniknął z map. Nie wiem, czy to chodzi o gen autodestrukcji, zawiści czy o gen wiecznej waśni. Wierzę, jak śpiewał Niemen, że "ludzi dobrej woli jest więcej", wierzę, że ludzie wolą, kiedy ktoś jest przyzwoity, praworządny, darzy szacunkiem drugą osobę.

Pan minister nie będzie trzeciej osobie w państwie dyktował, co ma robić - to pan o prezydenckim ministrze Szczerskim.
Bo nie będzie.

Minister Szczerski mówiąc o tym, że nie powinien pan jechać do Brukseli i rozmawiać o polskich sprawach, polskich ustawach dotyczących sądownictwa, przedstawiał pogląd prezydenta Dudy.
To na takiej zasadzie Anna Godzwon, jedna z moich najbliższych współpracownic powinna się wypowiadać w moim imieniu. Tu, na moim biurku jest bezpośredni telefon do pana prezydenta i do pana premiera.

Dzwonił pan?
Nie, nie było takiej potrzeby. Polska nie była w takim niebezpieczeństwie, żeby podnosić ten telefon. Natomiast przy całym szacunku do pana ministra Szczerskiego, nie może minister prezydencki dyktować trzeciej osobie w państwie, co ma robić. Gdyby do mnie zadzwonił w tej sprawie prezydent Duda, moglibyśmy porozmawiać.

Odwołałby pan wtedy swoją wizytę w Brukseli?
Nie sądzę. Wizyta w Brukseli odbywa się na zaproszenie wiceszefowej Komisji Europejskiej. Jadę do Brukseli, do miejsca, które jest stolicą naszej wspólnoty, w której jesteśmy z pełnią praw i obowiązków Jeżeli będziemy Brukselę traktować jak wroga, to pytanie, kogo będziemy traktować, jak przyjaciela.

Prezydent Duda wypomniał ostatnio panu spotkanie z rosyjskim ambasadorem.
Nie miał dostatecznej wiedzy na temat tego uzgodnionego z MSZ spotkania. To spotkanie odbyło się na długo przed Świętami Bożego Narodzenia, na długo przed tym, kiedy Putin oskarżył Polskę o współpracę z Hitlerem. Rozmawialiśmy m.in. o zwrocie wraku tupolewa. Gościłem też innych ambasadorów. Musi pani wiedzieć, że prawie wszystkie swoje posunięcia dotyczące spraw zagranicznych, na arenie międzynarodowej staram się uzgadniać z ministrem Czaputowiczem albo generalnie z Ministerstwem Spraw Zagranicznych.

I tę wizytę w Brukseli też pan konsultował z ministrem Czaputowiczem.
Ta wizyta jest na zaproszenie wiceszefowej Komisji Europejskiej. I nie ja się tam wpraszałem, tylko zostałem zaproszony.

To pan zaprosił do Polski Komisję Wenecką.
Senat musi wypełnić tę rolę, której nie spełnił Sejm. Fundamentalna ustawa sądowa, choć wszyscy mówią, że była przygotowywana w Ministerstwie Sprawiedliwości, była procedowana jako projekt poselski, który pozwala uniknąć konsultacji społecznych. Skoro tych konsultacji w Sejmie nie było, to trzeba się tym zająć w Senacie.
Nie możemy doprowadzić do sytuacji, jaka miała miejsce przy okazji ustawy o Sądzie Najwyższym, która była procedowana w tzw. ekspresie legislacyjnym. Efekt był taki, że musieliśmy to poprawiać siedem, czy osiem razy. Niech pani sobie wyobrazi chirurga...

Wiem, wiem, że przeprowadza operację z myślą, że i tak ją będzie poprawiać. Powtarza pan to dość często.
Powtarzam, bo to ważne. Niech pani sobie wyobrazi, że jest pani chora, trzeba operować i ja mówię: wie pani, pierwszą operację to zrobimy tak na szybko, a potem się siedem razy poprawi i będzie dobrze. Powiedziałaby pani, że zwariowałem. A politykom to uchodzi. A niesłusznie, bo ich decyzje wpływają na życie milionów.

Wasze.
Słucham?

Wasze decyzje, nie ich.
Tak, ma pani rację. Nasze decyzje. Dlatego robię wszystko, żeby debata w Senacie odnośnie jednej z fundamentalnych ustaw była jak najlepiej przygotowana. I to prezydent Duda powinien zadzwonić do mnie, czy przed debatą w Sejmie, czy po debacie w Sejmie i porozmawiać o tej ustawie. Moim zdaniem, jeśli prezydent będzie się poruszał w oparach absurdu, to podzielony naród, podzielona Polska będzie łatwiejszym przeciwnikiem dla tych, którzy nam źle życzą. Wiem, że jeśli polski rząd, polski prezydent byliby rzeczywiście oburzeni słowami Putina, który oskarża Polskę o współpracę z Hitlerem, to byśmy np. na parę dni wstrzymali import rosyjskiego węgla. Przecież importujemy go gigantyczne ilości, co jest dla mnie nie do końca zrozumiałe. U nas niestety jest tak, że słowa jedno, czyny drugie. A wciskanie mi jakiś związków z Rosją, z prezydentem Putinem to jest coś takiego, czego ja nawet nie potrafię skomentować. Nie zabiegałem o stanowisko marszałka Senatu, nie pchałem się na nie, ale skoro go się podjąłem, to nie po to, żeby grzebać na wieki demokrację w Polsce i wpisywać się w niecne działania, które mają zachwiać jednym z jej filarów. Walczę między innymi o to, żeby sąd był niezawisły. Niebawem będę powoływał ciało, które z pewnością wywoła kolejną falę hejtu w kręgach PiS-owskich, a mianowicie Zespół d/s oceny konstytucyjności prawa. Zasiądą w nim wybitni polscy prawnicy i będą zajmować się ustawami, które są bądź będą w Senacie.

Sam pan został. Już wiadomo, że Grzegorz Schetyna nie będzie kandydował na szefa PO, a to on zdecydował, że pan będzie kandydatem na marszałka Senatu.
Bez Grzegorza Schetyny pakt senacki, który doprowadził nas do zwycięstwa by nie zaistniał. Pani musi wiedzieć, że jeszcze trzy minuty przed głosowaniem nie było do końca wiadomo, czy wygramy to głosowanie. Staram się całą swoją działalnością udowadniać, że to był dobry wybór. Teraz jest kilku kandydatów na przewodniczącego PO. Ze wszystkimi jestem w dobrych relacjach. I nie mam poczucia, że zostałem sam.

Nie uważa pan, że się pan powinien spotkać z parlamentarzystami z PO?
Po co?

Żeby zapewnić ich o swojej niewinności.
Mam powtarzać, że moje sumienie jest czyste, że nie mam sobie nic do zarzucenia? O to chodzi?

O morale szeregowych polityków PO chodzi.
Morale to jest w wojsku. U nas nikt nie działa na rozkaz tak, jak w partii rządzącej. Takie działanie na rozkaz pięknie było widać przy okazji ustawy dotyczącej obniżenia pensji parlamentarzystom. Mogę opowiadać godzinami, ile było do nas wycieczek polityków PiS. Prosili, żebyśmy pomogli, bo oni nie będą mieli z czego dzieci utrzymać. Mówiliśmy, że mają nasze 34 głosy, pod warunkiem, że oni znajdą 17 głosujących przeciwko tej ustawie. I co, przyszedł prezes, walnął pięścią w stół i ustawa przeszła.

I PiS rządzi drugą kadencję.
Chyba nie do końca tej kadencji.

To pana intuicje czy fakty?
Jak pani zauważyła polityką zajmuje się dość krótko, natomiast diagnozowaniem całe dorosłe życie. I widzę, że Prawo i Sprawiedliwość przekroczyło już swoje apogeum świetności. Czemu zresztą prezes Kaczyński dał wyraz. Był głęboko rozczarowany wynikiem wyborczym. Oczekiwał większości konstytucyjnej. Był pewien, że Senat weźmie bez najmniejszego problemu. Socjologowie natomiast są pewni, że są momenty, kiedy partii politycznej uchodzi wszystko, ale i takie, kiedy coś drobnego, jak ośmiorniczki czy zegarek i wywala wszystko, wszystko leci na łeb na szyję, do bazowego poziomu, czyli w wypadku PiS do 27 procent poparcia.

I wchodzi marszałek Grodzki, cały na biało...
Proszę sobie ze mnie dworować. Od 12 listopada nie operuję. Jestem tylko tu, w Senacie.

Bycie lekarzem to powinna być misja, działanie propaństwowe.
Zgoda. To patriotyzm.

W państwowej służbie zdrowia. Pan też pracował w prywatnej?
Przyroda nie znosi próżni. Jeśli państwowa służba zdrowia nie zapewnia należytej opieki, to się pojawia nowy produkt, prywatna służba zdrowia. Proszę pamiętać, że to PiS chciał zlikwidować, wyciąć prywatną służbę zdrowia. Wykładam, uczę studentów, rozmawiam z nimi. Oni mi mówią, że chcą być lekarzami, ale nie jak ja, bo ja to nie zauważyłem, jak mi córki urosły, nie miałem czasu na swoje hobby, bo zasuwałem po 300 godzin w miesiącu, żeby utrzymać rodzinę i jako taki poziom. I rzeczywiście, mam już ponad 60 lat, już mi bliżej niż dalej i nie wiem, kiedy to wszystko minęło. Tak może o sobie powiedzieć mnóstwo lekarzy w kraju. Inna sprawa jest taka, że jakby wszyscy lekarze w Polsce jednego dnia zdecydowali, że będą pracować 168 godzin w miesiącu, to cały system leży. W zasadzie nie ma systemu ochrony zdrowia. Nie dziwię się, że ludzie odchodzą do gabinetów prywatnych, w których mogą godziwie zarobić. Oczywiście, najpierw muszą zbudować sobie reputację, nazwisko, muszą coś umieć. Nie do każdego automatycznie przyjdzie pacjent.

Pan zaczął przyjmować prywatnie ze względów finansowych.
Torakochirurgia to nie jest dyscyplina profitogenna. Myślę więc, że raczej z powodu bezradności systemu. 80 proc. czasu przeciętny polski lekarz poświęca na biurokrację, a 20 procent na pacjenta. Na świecie tej biurokracji jest tyle samo, tylko lekarz jest otoczony przez flotyllę pomocniczą. W poradni w szpitalu, zgodnie z regułami NFZ, mogłem przyjąć góra 30 pacjentów dziennie. A powinienem 70, bo takie było zapotrzebowanie. To jest możliwe, widziałem jak pracują moi koledzy w Stanach i w innych krajach rozwiniętych. Miałem to rozpisane w programie Platformy. Chodzi o to, żeby lekarzy, pielęgniarki i techników wykorzystywać zgodnie z ich kompetencjami, a nie przekształcać w skryby.

Czyli pan zaczął leczyć prywatnie, żeby przyjmować więcej pacjentów?
Między innymi z tego powodu. Cieszyłem się sporą popularnością jako lekarz. Natomiast w czasie, kiedy byłem radnym czy później senatorem, to w gabinecie prywatnym udzielałem się dość skromnie. Z prostego powodu - brak czasu.

Żonę ma pan okulistkę z prywatnym gabinetem
Okulistkę dziecięcą. Otworzyła gabinet dopiero, jak nasze córki dorosły. Zauważyła pani, że dość późno wszedłem w politykę. Wie pani dlaczego, bo najpierw uczyniłem ze swojego szpitala najsilniejszy ośrodek naukowy w Polsce, wykształciłem swoich trzech następców. Jeden odpowiada za transplantację, drugi za bronchologię, a trzeci, który jest moim zastępcą, za chirurgię przełyku. Trzech samodzielnych pracowników nauki, którzy za chwilę będą profesorami, do tego kilku mądrych adiunktów i młodzież szkoląca się. Kiedy byłem pewien, że 99,9 procent operacji są w stanie wykonać beze mnie, dałem się namówić na start do Senatu. Czasami dzwonią do mnie, konsultują. Zresztą zamierzam wrócić do operowania.

Jako marszałek Senatu chyba pan nie może.
Na zasadzie wolontariatu mogę. Nie chcę wyjść z wprawy. Jednak do wyborów prezydenckich pewnie nie dam rady, bo tu będzie coraz ostrzej.

Coś mi umknęło? Będzie pan startował?
Nie! Pojechaliśmy ostatnio z Małgorzatą Kidawą-Błońską zdobywać Zakopane, czyli gniazdo PiS-u. I świetna wizyta.

Pan był bardziej popularny?
Było po równo. Ja dlatego, że opowiedziałem historię o miłości. Po pierwszym roku medycyny pojechaliśmy na pielęgniarski staż do szpitala w Zakopanem. Miałem kolegę, teraz dra Buczkowskiego. Na tych żyłach góralskich uczyliśmy się wkłuwania igły. Lataliśmy jako noszowi helikopterem GOPR-u. Było super do tego stopnia, że kolega zakochał się w instrumentariuszce. W góralce. I summa summarum się pobrali. Opowiadam to zakopiańczykom. Po wszystkim podeszła do mnie starsza góralka i mówi: tyć, chopie, ja wiem skąd ja cię pamiętam. Ulę Sikorską se wziął. A ślub był w hotelu Giewont. Pamiętała, że 40 lat temu rozkwitła miłość w szpitalu w Zakopanem. I powiedziała, że nie będzie głosować na Dudę.